Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.eu

wtorek, 18 grudnia 2018

SIEKIERA

Narzędzia tnące są drugim co do ważności po naszej głowie (patrz post „Co jest najważniejsze w survivalu?”) elementem w survivalu. W naszych szerokościach geograficznych najbardziej przydatnymi narzędziami są nóż, siekiera i piła. Gdybym z jakichś powodów musiał się ograniczyć tylko do jednego narzędzia, to w ciepłej porze roku na wyprawę survivalową do naszych lasów zabrałbym duży nóż, natomiast w zimie dobrą, dużą siekierę. Ponieważ o nożu survivalowym pisałem już parę lat wcześniej, dzisiaj zaprezentuję moje przemyślenia dotyczące siekiery.

Na naszym rynku dostępnych jest bardzo dużo różnych modeli siekier. Pamiętam zachwyt nad siekierami z „niezniszczalnymi” trzonkami z tworzywa sztucznego, pewnej bardzo znanej firmy. Jak się później okazało owe trzonki wcale nie są niezniszczalne i widziałem osobiście kilka siekier z ułamanymi trzonkami tuż poniżej głowicy. Najczęściej zdarzało się to podczas dosyć dużych mrozów osobom mało wprawionym w rąbaniu drewna. Pomijając przyczynę łamania się trzonków, naprawienie w terenie takiej siekiery jest niemożliwe. Wymiana w warunkach terenowych złamanego trzonka, wykonanego ze sztucznego tworzywa, na drewniany jest bardzo problematyczna. Z tego powodu, po pierwszym zachwycie nad siekierami z trzonkami z tworzywa, zacząłem się rozglądać za siekierami z trzonkami z drewna i oczywiście kutą głowicą. Wybór poparty patriotyzmem padł na polskiego producenta. Ponieważ w sklepie nie udało mi się znaleźć ani jednego egzemplarza z poprawnie wyprowadzonym szlifem, zakupiłem siekierę ze szlifem najbardziej zbliżonym do właściwego i następnie w domowym zaciszu doprowadziłem go do formy użytkowej. Niestety, już podczas pierwszego rąbania głowica zaczęła zsuwać się z trzonka. Musiałem więc wbić dodatkowe kliny. Wyleczywszy się w ten sposób z patriotycznego podejścia do siekier od rodzimych producentów, postanowiłem zrujnować swój budżet poprzez zakup sprawdzonego produktu z Półwyspu Skandynawskiego. I to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Do tej pory w moim domu zagościło kilka egzemplarzy różnych producentów ze wspomnianego półwyspu.

Najlepszym okresem do kupna siekiery jest koniec roku, ponieważ wiele sklepów oferuje w tym czasie różne promocje i wyprzedaże. Siekierę najlepiej kupić osobiście, ponieważ wówczas możemy dokładnie się jej przyjrzeć i wychwycić ewentualne niedoróbki, które w przypadku najlepszych firm należą do rzadkości. Trzonki siekier są wykonane z odpowiednio sezonowanego i impregnowanego drewna orzesznika (hikory). Zanim zaczniemy pracować nowo zakupioną siekierą, warto poświęcić 2-3 miesiące na dodatkową impregnację trzonka. W tym celu należy zakupić specjalny olej lniany do impregnacji drewna. Najpierw wcieramy intensywnie olej w całą powierzchnię drewnianego trzonka, a następnie stawiamy siekierę pionowo (np. głowicą do góry) i staramy się nanieść na powierzchnię trzonka wystającą z głowicy (tak zwany grzybek) jak największą ilość kropel oleju. O ile na powierzchniach bocznych trzonka olej wsiąka wolno i schnie około 2-3 tygodnie, to w miejscach zakończeń trzonka wsiąkanie jest dużo szybsze. Dlatego prawie codziennie powinniśmy nanosić po kilka kropel oleju na powierzchnię wystającą z głowicy. Siekiera powinna być cały czas w pozycji pionowej. Po miesiącu odwracamy siekierę (głowicą w dół) i zaczynamy codziennie nanosić po kilka kropel oleju na drugą powierzchnię zakończenia trzonka. Dodatkowo wcieramy również olej w powierzchnie boczne trzonka. Bardzo staranie i długo nanosimy olej w miejscu, gdzie trzonek wchodzi w ucho głowicy. Po kolejnym miesiącu możemy ponownie odwrócić siekierę i powtórzyć czynności. Po trzech miesiącach trzonek siekiery powinien być już odpowiednio zaimpregnowany. Siekiera przez cały czas impregnacji powinna znajdować się w suchym pomieszczeniu o pokojowej temperaturze.

Trzonek zaimpregnowany olejem lnianym ma mniejsze tendencje do wyślizgiwania się z rąk, niż trzonek powleczony lakierem. Powłoka ochronna utworzona z zaschniętego oleju nie odpryskuje tak jak lakier, a w przypadku jej uszkodzenia drewno nie wchłania wody, ponieważ jest na wskroś nasiąknięte olejem. W zależności od czasu i warunków użytkowania siekiery, co pewien czas powinniśmy wcierać niewielką ilość oleju w jej trzonek. Zakup 0,25 litra oleju lnianego powinien wystarczyć na kilka lat intensywnej pracy siekierą.

Olejem lnianym warto również powlec wszystkie powierzchnie głowicy. Po paru tygodniach olej na stalowej powierzchni wyschnie, tworząc powłokę zabezpieczają głowicę przed korozją. Jeżeli trzonek nie posiada otworu służącego do zamocowania linki, warto taki otwór wywiercić przed pierwszą impregnacją. Krawędzie otworu powinniśmy sfazować. Olejem warto zaimpregnować również skórzany pokrowiec na głowicę siekiery. Będzie wówczas dużo bardziej odporny na wodę i pleśń. Olejem lnianym (zamiennie z olejem Victorinoxa) zabezpieczam przed korozją zarówno głowice siekier jak i głownie noży.

Jeżeli siekierą obrabiamy drewno lub drzewo iglaste, wówczas zarówno głowica jak i trzonek pokrywają się warstwą żywicy, do której przykleja się wszelki brud (gleba, piasek, igliwie, itp.). Żywicę można usunąć gorącą wodą lub rozpuszczalnikami, jednakże obie te metody w przypadku trzonka mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Najlepiej do tego celu użyć oleju lnianego. Nie tylko dobrze usuwa żywicę, ale również impregnuje drewno.

Zanim zdecydujemy się na zakup siekiery powinniśmy dobrze przemyśleć jaki model będzie najbardziej odpowiedni dla naszych prac. Do ścinania drzew najlepsza będzie siekiera z długim trzonkiem i ciężką głowicą. Ale już w innych pracach (np. ciesielskich) taka siekiera będzie mało poręczna. Pomijam w tym momencie aspekt kształtu głowicy i krawędzi tnącej. Również podczas wielodniowego noszenia ciężka siekiera z długim trzonkiem może nam sprawić sporo problemów. Jeżeli chcemy kupić siekierę o uniwersalnych parametrach, czyli do wszystkiego, to najlepiej rozejrzeć się za modelem z głowicą o wadze około 0,5-0,6 kg i trzonkiem „długim na łokieć”. W przypadku, kiedy chcemy używać siekiery jako młota lub klina, wówczas powinniśmy kupić siekierę z odpowiednio ukształtowanym i utwardzonym obuchem. Używanie do takich prac normalnej siekiery spowoduje deformację obucha i ucha, może również doprowadzić do powstania luzów pomiędzy trzonkiem a głowicą. Jeżeli nie mamy innego wyjścia i musimy użyć siekiery jako młota, wówczas najlepiej posłużyć się drewnianymi klinami a przy pobijaniu siekiery drewnianym palem.

Wraz ze spadkiem temperatury stal robi się coraz bardziej twarda i jednocześnie krucha. Dlatego przed rąbaniem w czasie dużego mrozu warto głowicę siekiery ogrzać dłońmi (ale nie gołymi, tylko w cienkich rękawicach) lub włożyć siekierę na kilka minut pod kurtkę. Można również głowicę siekiery ogrzać przy ognisku, jednakże nie wolno wkładać siekiery w płomienie. Włożenie głowicy w płomienie nawet na krótką chwilę może rozhartować krawędź tnącą.

Linka przewleczona przez otwór w trzonku spełnia bardzo ważną rolę, ponieważ po założeniu pętli powyżej nadgarstka zabezpiecza siekierę przed niekontrolowanym wysunięciem się z ręki podczas różnych prac. Szczególnie jest to ważne przy rąbaniu w zimie, kiedy trzonek siekiery nierzadko jest mokry od śniegu. Najlepiej, jeżeli długość linki pozwala na zrobienie podwójnej pętli. Przy pracach w których nie zakładamy pętli nad nadgarstkiem, linkę można ciasno owinąć wokół trzonka. Taka owijka również pomaga zabezpieczyć siekierę przed niekontrolowanym wysunięciem się z ręki. Linkę w siekierze możemy również wykorzystać do sporządzenia łuku ogniowego. Zanim wyruszymy w teren warto w jednym z policzków siekiery wywiercić płytki otwór, w którym osadzimy świder łuku ogniowego. Osoby mające zamiar wykorzystać w swoich siekierach mój patent z otworem do łuku ogniowego, powinny uiścić zwyczajową opłatę licencyjną. :-)

Siekiery można użyć również jako krzesiwa. Należy pamiętać, że poprawnie wykonana siekiera największą twardość ma w okolicach krawędzi tnącej i dlatego w tych miejscach powinniśmy uderzać krzemieniem lub pirytem. Krzesanie iskier za pomocą siekiery jest trudniejsze niż za pomocą krzesiwa kowalskiego, ponieważ krawędź tnąca siekiery jest znacznie niżej hartowana niż krzesiwo kowalskie.

Siekiery ostrzę tak samo jak noże ze szlifem skandynawskim. Sama krawędź tnąca jest ostrzona pod kątem 20 stopni. Do ostrzenia używam prętów ceramicznych o różnej gradacji, lub pilników diamentowych, również o różnej gradacji.

Mimo, że każdy wie jak wygląda siekiera i do czego służy, to jednak niewiele osób potrafi się nią poprawnie i bezpiecznie posługiwać. Widziałem podczas pracy cieśli, którzy mieli tylko siekierę i nie używali żadnego noża. Kunszt pracy takich osób wręcz hipnotyzuje.

Staszek




poniedziałek, 9 lipca 2018

czwartek, 24 maja 2018

PROTRACTOR

Protractor zwany również namiernikiem, waypointerem lub kątomierzem wielofunkcyjnym jest wśród turystów, survivalowców i żołnierzy wciąż niedocenianym narzędziem w nawigacji. Nie tylko ułatwia pracę przy odczytywaniu z mapy i nanoszeniu na nią współrzędnych obiektów, ale również pozwala na dużo precyzyjniejsze i szybsze wyznaczanie azymutów na mapie, niż jest to możliwe przy użyciu busoli płytkowej. Protractor jest wręcz nieodzowny przy posługiwaniu się busolą z nieprzeźroczystym dnem limbusa. A tego typu megataktycznie wyglądające busole są ulubionymi narzędziami militarystów i wielu żołnierzy. Za pomocą protractora można również mierzyć na mapie nie tylko odległości wzdłuż prostych, ale również krzywych linii. Protractor można także wykorzystać do mierzenia nachyleń terenu, wysokości gwiazd, odległości w terenie.

Niestety, nasz rodzimy rynek jest bardzo ubogi pod względem protractorów. Wykazując się nieco większym zaangażowaniem można kupić różne modele zagraniczne. Jednakże mimo, że posiadam kilkanaście różnych modeli protractorów, to jednak żaden z nich nie spełnia całkowicie moich wymogów. A to za sprawą tworzywa które jest zbyt cienkie i giętkie, zbyt małych liter i cyfr utrudniających odczyt przy słabym świetle, tysięcznych z niedomiarem, dziwnych (dla naszych polskich map) skali, niepotrzebnie skomplikowanemu sposobowi odczytywania i nanoszenia współrzędnych na mapę, itp. W ten sposób doszedłem do wniosku, że trzeba samemu stworzyć protractor, który będzie spełniał jak największą gamę wymagań. W efekcie powstał model, który po konsultacjach z szefem „Szkoły Kadetów” z Lublińca Aleksandrem Kukiełką, można było oddać do druku i przekazać do testów kursantom.

Mierzenie odległości wzdłuż linii prostych

Do tego celu służą pionowe i poziome podziałki liniowe 1:25 000 i 1:50 000 (Rys. 1). Zarówno żołnierze jak i cywile (mapy turystyczne i topograficzne Głównego Geodety Kraju) najczęściej używają map w skali 1:50 000. Mapy w skali 1:25 000 są rzadziej wykorzystywane, najczęściej korzystają z nich turyści. Bez większego problemu można mierzyć odległości również na mapach w skali 1:100 000. Trzeba wówczas pamiętać, że wartości podane na podziałce liniowej 1:50 000 należy pomnożyć przez 2.
Sposób przeprowadzenia pomiaru zaprezentowany jest na rys. 2.

Mierzenie odległości wzdłuż linii krzywych

Do tego celu służy nitka przeprowadzona przez środkowy otwór w protractorze. Najlepiej jeżeli wykonana jest z bawełny (bawełna dobrze wchłania wodę) z domieszką materiałów sztucznych i ma długość przynajmniej 30 cm (optymalna długość 50 cm). Nitkę zamaczamy w wodzie a następnie układamy na mapie tak, aby dokładnie przylegała do mierzonego obiektu liniowego (rzeki, drogi, itp.). Zaznaczamy na nitce długość mierzonego obiektu, lub zwyczajnie trzymamy palcami nitkę w miejscu w którym był koniec mierzonego obiektu. Następnie nitkę lekko naciągamy i przykładamy do podziałki liniowej (tak jak na rysunku 1), odczytując na podziałce długość mierzonego obiektu. Dobrym sposobem jest zawiązanie na nitce supełków co 6 cm (długość podziałki liniowej na protractorze), co w skali 1:50 000 oznacza 3 km w terenie. W ten sposób mierząc zarówno prosty jak i krzywy odcinek na mapie o długości np. 21 cm, najpierw odczytujemy ilość węzełków na nitce (w tym przypadku będą 3 węzełki, czyli 18 cm co oznacza 9 km w terenie), a następnie przykładamy do podziałki liniowej protractora tylko ostatni odcinek wynoszący 3 cm (1,5 km w terenie). Dodajemy 9 km do 1,5 km i otrzymujemy wartość 10,5km.

Nachylenie terenu.

Końcówkę nitki obciążamy np. długopisem. Protractor ustawiamy pionowo, tak aby obciążona nitka swobodnie zwisała, lekko dotykając podziałki kątowej z wartością „0” na obwodzie protractora. Górną krawędź ustawiamy równolegle do nachylonej powierzchni terenu (tak jak przy celowaniu busolą z klinometrem) i następnie odczytujemy wartość nachylenia terenu w stopniach lub tysięcznych. Analogicznie postępujemy mierząc np. wysokość Gwiazdy Polarnej nad horyzontem, wysokość drzewa, budynku, itp.

Mierzenie odległości w terenie.

Postępujemy podobnie jak podczas mierzenia odległości za pomocą podziałki tysięcznej w lornetce. Jeżeli nitka ma długość 50 cm wówczas jedną ręką końcówkę nitki przykładamy do policzka tuż poniżej oka, natomiast w drugiej ręce trzymamy protractor, lekko napinając nitkę. Jeżeli znajdujący się przed nami obiekt, którego wysokość wynosi około 2 m (np. żołnierz) mieści się dokładnie pomiędzy dwoma kreskami na podziałce liniowej protractora (kreski są co 2 mm) wówczas obserwowany żołnierz znajduje się w odległości ok. 500 m od nas.

Wyznaczanie lub odczytywanie współrzędnych z mapy

Protractor najczęściej używany jest do odczytywania z mapy i wyznaczania na niej azymutów oraz współrzędnych interesujących nas obiektów. Niestety, najczęściej spotykane na rynku protractory w celu np. zaznaczenia na mapie obiektu o określonych współrzędnych wymagają często dwukrotnego ustawienia i sposób ich pozycjonowania względem siatki współrzędnych, jak i samego punktu, jest mało precyzyjny. Dlatego opracowałem protractor, który pozwala na szybkie i precyzyjniejsze wyznaczanie, bądź też odczytywanie, współrzędnych obiektów. W opracowanym protractorze nie ma pustych trójkątnych okienek ani też podłużnych wycięć. W początku układu służącego do odczytywania lub zaznaczania współrzędnych znajduje się mały otwór, za pomocą którego możemy ołówkiem na mapie wyznaczyć punkt o określonych koordynatach. Poziome i pionowe linie poprowadzone co 1 cm zwiększają precyzję i przyśpieszają pozycjonowanie protractora. Sposób odczytywania współrzędnych jest przedstawiony na rys. 3.

Rys. 1. Mapa 1:50 000 z siatką kilometrową PUWG-1992. Dla lepszej wizualizacji południki i równoleżniki na mapie jak również ich opisy są w nietypowym kolorze fioletowym.


Rys. 2. Mierzenie odległości pomiędzy dwoma mostami na rzece Bystrzance za pomocą podziałki liniowej protractora.


Rys. 3. Wyznaczanie współrzędnych mostu na Bystrzance za pomocą protractora.


Nowy protractor z obu stron jest zabezpieczony przed porysowaniem specjalną folią. Przed przystąpieniem do pracy z protractorem należy przynajmniej z jednej strony ściągnąć folie zabezpieczającą, natomiast drugą folię w kolorze błękitnym można pozostawić. Będzie chronić nadruk przed ścieraniem się. Przez środkowy otwór w protraktorze należy przewlec nitkę i za pomocą węzełków zabezpieczyć ją przed wysunięciem się.

W najbliższych miesiącach „Szkoła Kadetów” uruchomi sprzedaż omawianego modelu protractora (szkolakadetow@onet.pl). Obecnie można u mnie zamówić tylko parę sztuk, które pozostały z pierwszego wydruku.

Dla lepszego zrozumienia przez Czytelników treści powyższego postu słownictwo fachowe zostało znacznie uproszczone.


piątek, 26 stycznia 2018

Szkolenie polarników

Ponieważ od ostatniej mojej relacji ze szkoleń minęło sporo czasu, postanowiłem zmobilizować się i zamieścić krótką fotorelację z ostatniego szkolenia polarników z Uniwersytetu Śląskiego. Fotorelacja jest na wesoło (dla równowagi) a prezentowane fotografie nie obejmują całości szkolenia.
Dziękuję za bardzo miłą atmosferę dr hab. Bogdanowi Gądkowi prof. UŚ, szefowi całego przedsięwzięcia oraz wszystkim Polarniczkom i Polarnikom.

Wszystkim Uczestnikom szkolenia życzę zawsze gwieździstego nieba. :-)

Staszek

Wykład. Uwierzcie mi, ten cały survival to jedna wielka ściema, ponieważ co komu pisane to go nie ominie (fot. B. Gądek).

Astronawigacja. Spójrzcie na te gwiazdy oczami swojej wyobraźni (fot. Nikt się nie przyznał).

Profile śnieżne. Zapisane w tym miejscu profilu ochłodzenie przyczyniło się do wyginięcia dinozaurów (fot. W. Czuchraj).

Najważniejsze jest zaklinanie pogody (fot. B. Gądek).

Zaczynamy fedrować (fot. B. Gądek).

Sztygar kontroluje sprzęt i postępy w pracy (fot. B. Gądek).

Robota skończona, można zacząć imprezę. Pochylnia i komora wydrążone w 1 h 25 min, nawet Wincenty Pstrowski tak szybko nie fedrował (fot. B. Gądek).

Impreza przeciągnęła się do późnych godzin nocnych (fot. K. Stachniak).

Termowizja. Na skutek błędnie odczytanej wartości stopnia geotermicznego wkopaliśmy się zbyt głęboko (fot. B. Gądek).

Ciepło geotermiczne powodowało, że co chwilę trzeba było wypełznąć na zewnątrz i schłodzić się (fot. B. Gądek).

Następny dzień. Sztygar chyba przesadził z imprezowaniem (fot. B. Gądek).

piątek, 30 czerwca 2017

Artykuły w SPECIAL OPS

W drugim wydaniu specjalnym czasopisma SPECIAL OPS poświęconemu survivalowi znajdują się trzy artykuły mojego autorstwa:

Sprzęt do współczesnej nawigacji lądowej
Nawigacja prymitywna
Zimowe wyzwanie

Zachęcam Czytelników naszego bloga do zapoznania się z ich treścią.

Redakcji czasopisma SPECIAL OPS gratuluję pomysłu!





Dodano 21 lutego 2018 r.

W kolejnym wydaniu specjalnym SPECIAL OPS dotyczącym survivalu ukazały się trzy moje artykuły:

Zestaw przetrwania
O szkoleniu survivalowym w Siłach Zbrojnych RP
O maskowaniu ognia i zapalającym słońcu

Czytelników naszego bloga zachęcam do zapoznania się z nimi.



Dodano 8 marca 2019 r.

W trzecim wydaniu specjalnym SPECIAL OPS dotyczącym survivalu ukazały się dwa moje artykuły:

Północe, bieguny i azymuty
Survivalowe metody pozyskiwania i uzdatniania wody


Oczywiście, naszych Czytelników zachęcam do zapoznania się z tymi artykułami.

czwartek, 23 lutego 2017

Zanim załamie się pod Tobą lód

W Internecie jest bardzo dużo informacji na temat sposobów postępowania w momencie załamania się lodu i wpadnięcia do wody, jak również ratowania takich osób. Informacje te zamieszczone są na stronach różnych służb i organizacji zajmujących się ratownictwem oraz wszelkiej maści outdoorowców. Niestety, prawie wszystkie te informacje można sprowadzić do znanego przysłowia „mądry Polak po szkodzie”. Dlaczego tak twierdzę? Otóż wszystko to, co zrobimy po załamaniu się pod nami lodu, będzie tylko konsekwencją tego co zrobiliśmy, lub nie zrobiliśmy, przed wejściem na lód. A niestety informacji o tym, jak przygotować się do wejścia na lód jest bardzo mało. Dlatego w niniejszym poście postaram się w bardzo uproszczony sposób opisać moje doświadczenia zdobyte podczas badań naukowych jak i survivalowych szkoleń. Nie będzie to więc typowy tekst o sposobach ratowania ludzi z „przerębli” i udzielaniu im pomocy po wydostaniu z wody. Takich opracowań należy szukać na innych stronach internetowych.

Analiza

Zanim zdecydujemy się wejść na zamarznięty zbiornik wodny lub rzekę, powinniśmy dokładnie przeanalizować trzy poniższe punkty.

1.Informacje.
Co wiemy o danym zbiorniku wodnym/rzece i miejscu w którym chcemy wejść na lód (głębokość, prędkość nurtu, dopływy, itd.)? Czy możemy oszacować grubość i wytrzymałość lodu na trasie naszego marszu?

2.Bezpieczeństwo.
Jak możemy się zabezpieczyć, żeby zmniejszyć ryzyko załamania się lodu? Jak możemy się zabezpieczyć na wypadek załamania się lodu i wpadnięcia do wody?

3.Uzasadnienie ryzyka.
Znając odpowiedzi na powyższe pytania musimy się zastanowić, czy mamy w stosunku do oszacowanego ryzyka wystarczająco uzasadniony powód do wejścia na lód.

Lód

Na różnych stronach internetowych możemy znaleźć tabele z informacjami o grubości i wytrzymałości lodu. Przykładowo, warstwę lodu o grubości 5-7 cm podaje się za wystarczającą do utrzymania ciężaru człowieka. Czy tak jest w rzeczywistości? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, ponieważ kolokwialnie można stwierdzić, że lód lodowi nie jest równy. I jest to bardzo ważne stwierdzenie.

Lód na rzece lub zbiorniku wodnym powstaje nie tylko wskutek zamarzania wody, ale również przeobrażeń (najczęściej mokrej metamorfozy) pokrywy śnieżnej powstałej na powierzchni lodu. Największą wytrzymałością charakteryzuje się ten pierwszy rodzaj lodu, ponieważ lód powstały ze śniegu jest porowaty i zawiera sporo powietrza. Im lód jest bardziej przeźroczysty, tym mniej zawiera w sobie pęcherzyków powietrza i jest bardziej wytrzymały. Przy czym wytrzymałość lodu nie zależy tylko od jego grubości i ilości zawartego w nim powietrza, ale również od temperatury. Im lód ma niższą temperaturę, tym jest twardszy. O ile temperatura lodu w spągu (na kontakcie z wodą) wynosi 0ºC, to w stropie może być już dużo niższa. Wartość temperatury w stropie lodu zależy głównie od wartości i czasu trwania temperatury powietrza nad zbiornikiem wodnym/rzeką, grubości i rodzaju lodu oraz grubości i gęstości pokrywy śnieżnej zalegającej na powierzchni lodu. Natomiast grubość pokrywy lodowej zależy nie tylko od ujemnej wartości temperatury powietrza i czasu jej trwania, ale również od głębokości zbiornika (im zbiornik głębszy tym wolniej zamarza), ruchu (przemieszczania się wody – dotyczy zwłaszcza wartkich rzek) i mieszania się wody, grubości i gęstości pokrywy śnieżnej zalegającej na powierzchni lodu (im pokrywa śnieżna grubsza, a jej gęstość mniejsza, tym lód wolniej przyrasta), zanieczyszczeń (ścieki obniżają temperaturę krzepnięcia wody). To wszystko, co napisałem powyżej jest sporym uproszczeniem, bowiem w rzeczywistości zagadnienia te są znacznie bardziej złożone.

W rzekach o wartkim nurcie najgrubsza pokrywa lodowa występuje w miejscach gdzie woda przemieszcza się najwolniej (najczęściej przy brzegach i wypłyceniach). Natomiast miejsca najszybszego przemieszczania się wody mogą być wolne od lodu nawet przy dużym mrozie. Wahania stanu wody w rzece mogą doprowadzić do powstania pustych przestrzeni pomiędzy pokrywą lodową a nie zamarzniętą wodą. Lód w takich miejscach będzie bardziej podatny na załamanie się. Podobna sytuacja może mieć miejsce na zbiornikach wodnych. Wahania poziomu lustra wody mogą spowodować, że pokrywa lodowa najpierw zawiśnie ponad lustrem wody, a następnie pod wpływem własnego ciężaru popęka (głównie przy brzegach) i z powrotem osiądzie na wodzie. Do popękania lodowej pokrywy może dojść również wskutek występowania silnych mrozów, ruchu wody (np. przyboru wody w rzece).

Zarówno na rzekach jak i zbiornikach wodnych na pokrywie lodowej najczęściej znajduje się warstwa śniegu, która uniemożliwia wzrokową ocenę lodu (przeźroczystość lodu, grubość, spękania). Jednakże czasami pokrywa lodowa jest wolna od śniegu. Taka sytuacja może wystąpić na początku zimy (kiedy spadkowi temperatury poniżej 0 C nie towarzyszą opady), długiej odwilży (podczas której pokrywa śnieżna, czasami również lodowa, ulega stopieniu a następnie ponownemu zamarznięciu), po wystąpieniu silnego wiatru (pokrywa śnieżna o małej gęstości może ulec wywianiu).

Przed wejściem na lód

Jeżeli po przeanalizowaniu wszystkich informacji „za” i „przeciw” podjęliśmy decyzję o wejściu na lód, to oczywiście musimy się odpowiednio przygotować do marszu po lodzie.

1. Ubranie.
Pozostawiamy na sobie tylko bieliznę termoaktywną i ubieramy na nią wodoodporną i najlepiej oddychającą kurtkę oraz spodnie. Nogawki spodni wkładamy do butów i odpowiednio mocno ściągamy sznurówki w butach. Sznurek od dolnego ściągacza kurtki mocno zaciskamy i zawiązujemy. To samo robimy ze ściągaczem od kaptura, który oczywiście nasuwamy na głowę. Wokół szyi możemy owinąć szal, bandamę, aby opóźnić przedostanie się wody pod kurtkę. Ubieramy rękawice, najlepiej cienkie wełniane i dobrze dopasowane do dłoni. Mocno zaciągamy rzepy od rękawów kurtki. W widocznym na fot. 1 wodoodpornym zestawie armii brytyjskiej dwukrotnie skoczyłem do przerębli. Miałem tylko wodę w butach, mokre po łokieć rękawy koszulki termoaktywnej oraz częściowo golf. Mój tułów oraz nogi (z wyjątkiem stóp i dolnej części łydek) pozostały suche. Odpowiednio założone wodoodporne ubranie pomoże nam dłużej utrzymać się na wodzie i spowolni wychładzanie naszego organizmu. Tym samym złagodzi, lub nawet pozwoli uniknąć (jeżeli odpowiednio szybko wydostaniemy się z wody) szoku termicznego, spowodowanego bezpośrednim kontaktem naszego ciała z zimną wodą. Jeżeli nie dysponujemy wodoodpornym ubraniem, wówczas możemy użyć folii NRC, którą szczelnie owijamy tułów, następnie ubieramy bieliznę termoaktywną. Pozostałe ubranie (polary, swetry, spodnie, itd.) owijamy szczelnie ponchem, tworząc z niego rulon. Końce rulonu mocno obwiązujemy sznurkiem (np. ściągaczami z poncha). Tak zabezpieczone ubranie wkładamy pod kurtkę, owijając je wokół tułowia. Po wpadnięciu do wody rulon z ubrania będzie spełniał rolę kamizelki ratunkowej. Dodatkowo pod kurtkę możemy włożyć pustą manierkę lub butelkę PET. Najlepszą prowizoryczną kamizelkę ratunkową wykonamy z materaca piankowego (tzw. karimaty). Owijamy nią nasz tułów i obwiązujemy paskiem trocznym lub linką. Pamiętajmy, że wszystkie prowizoryczne kamizelki ratunkowe musimy mocować na tułowiu jak najwyżej, najlepiej tuż pod pachami. Jeżeli rulon z ubrania lub karimatę umieścimy zbyt nisko, np. na wysokości pasa, wówczas nasz środek ciężkości będzie się znajdował powyżej kamizelki. Po wpadnięciu do wody prowizoryczna kamizelka ratunkowa spowoduje, że nogi będą nam wystawać ponad wodę, natomiast głowę będziemy mieli pod wodą.

2. Narty, rakiety śnieżne.
Jeżeli dysponujemy rakietami śnieżnymi lub nartami skiturowymi, koniecznie należy je założyć na nogi. W ten sposób zmniejszymy nasz nacisk jednostkowy na lód, a tym samym zmniejszymy ryzyko załamania się lodu. Pamiętajmy tylko, aby odpiąć zabezpieczenia (dodatkowe paski lub linki zabezpieczające narty lub rakiety przed zgubieniem w razie wypięcia się butów z wiązań) ponieważ w przypadku wpadnięcia do wody może koniecznym okazać się szybkie wypięcie nart lub rakiet.

3. Plecak.
Jeżeli nasz plecak jest lekki i wypełnia go śpiwór w wodoodpornym worku, zapasowe ubrania zapakowane w worek foliowy, wodoodporny pojemnik na żywność, duży kartusz do kuchenki z małą ilością gazu lub pusta butelka na paliwo, pusta manierka, wówczas takiego plecaka nie ściągamy z pleców. Po załamaniu się lodu i wpadnięciu do wody będzie działał jak pływak i utrzymywał nas na wodzie. W przypadku ciężkiego plecaka lepiej go ściągnąć z pleców i ciągnąć za sobą po lodzie na mocnej lince o długości przynajmniej 6-7 m. W ten sposób zmniejszymy nasz nacisk jednostkowy na lód, a w przypadku wpadnięcia do wody plecak może nieco spowolnić nasze zanurzanie się w wodzie i może również okazać się pomocny przy wychodzeniu z niej.

4. Sprzęt do sondowania i wydostawania się na lód.
Wchodząc na lód musimy dysponować narzędziem do sondowania stanu (grubości, twardości, szczelin) pokrywy lodowej. Można do tego użyć kijków z metalowymi końcówkami, czekana o długim stylisku lub wyciąć z przybrzeżnych drzew odpowiednio grubą tyczkę o długości około 3 m i zaostrzyć jeden z jej końców. Nawet gdy pokrywa lodowa jest wolna od śniegu, nie możemy zrezygnować z sondowania lodu. W przypadku, kiedy lód pokrywa warstwa śniegu, uniemożliwiająca wzrokowe badanie lodu, wówczas każdy nasz krok musi być poprzedzony sondowaniem lodu. Drewniana tyczka, kijki, a zwłaszcza czekan, będą również bardzo pomocne przy wydostawaniu się z wody. Pamiętajmy, że gruba pokrywa lodowa pod naszymi stopami nie musi świadczyć o równie grubej pokrywie lodowej tuż przed nami. Jak już wspomniałem wcześniej, grubość lodu z różnych przyczyn może się gwałtownie zmieniać. Szczególnie należy zwrócić na to uwagę na rzekach z szybkim nurtem, licznymi dopływami i ujściami ścieków (dotyczy to również zbiorników wodnych). Z kolei niezbyt zachęcająco wyglądająca pokrywa lodowa może okazać się wystarczająco bezpieczna do poruszania się po niej. Ale o tym możemy się przekonać z bezpośrednich badań lodu. Wielokrotnie uczestniczyłem w geofizycznych badaniach tatrzańskich jezior. Szczególnie utkwiło mi w pamięci badanie prowadzone pod koniec zimy. Na jednym z tatrzańskich stawów na skutek odwilży zalegał rozmiękły lód, utworzony z pokrywy śnieżnej. Co parę kroków któraś z osób prowadzących badania zapadała się prawie po kolana w rozmiękłej breji. Jednakże z licznych, wcześniej przeprowadzonych odwiertów wiedzieliśmy, że pod tą miękką warstwą jest twardy i gruby na kilkadziesiąt centymetrów lód. Dla turystów stojących na brzegu nasze poczynania wyglądały na bardzo ryzykowne, jednakże my czuliśmy się w miarę bezpiecznie. Napisałem „w miarę”, ponieważ na lodzie nigdy nie można się czuć zupełnie bezpiecznie.

Przekraczanie zamarzniętych rzek o szybkim nurcie należy do szczególnie niebezpiecznych z dwóch powodów: dużego zróżnicowania grubości i twardości lodu oraz szybkiego nurtu, który w przypadku wpadnięcia do wody będzie nas wciągał pod lód. Taką rzekę powinniśmy przekraczać asekurując się liną. Może to być odpowiednio wytrzymały repsznur, linka spadochronowa lub ulubiony przez survivalowców paracord. Linę, najlepiej za pomocą pętli, mocujemy do odpowiednio grubego nadbrzeżnego drzewa (linę mocujemy podobnie jak w przypadku zjazdu ze skalnej ściany, tylko nie używamy karabinka), a obiema jej złączonymi końcami obwiązujemy się pod pachami, stosując węzeł najlepiej w postaci podwójnej ósemki. Rzekę pokonujemy idąc po niewielkim skosie w dół rzeki. Możemy również przekraczać ją idąc prostopadle do jej biegu, ale wówczas przekraczanie rzeki najlepiej rozpocząć nieco poniżej drzewa do którego przymocowana jest lina. Dzięki temu, w przypadku wpadnięcia do wody, będzie nam łatwiej walczyć z prądem i wydostać się na lód. Podczas asekurowania się liną pamiętajmy, aby na linie nie było nadmiernego luzu, najlepiej jeżeli lina jest lekko napięta.

Nawet przy asekurowaniu się liną powinniśmy mieć narzędzia ułatwiające wydostanie się na lód. Najlepsze są do tego tak zwane „lodowe kolce asekuracyjne”, które można kupić w sklepach wędkarskich lub wykonać samemu. Przed wejściem na lód przewlekamy je przez oba rękawy, tak jak rękawiczki ze sznurkiem dla małych dzieci i kasujemy nadmierną długość linki. Jeżeli nie mamy wymienionych kolców możemy użyć czekana, raków, mocnego noża, kijków (trzymając je tuż powyżej talerzyka). Pamiętajmy, że wydostanie się na lód bez wymienionych wyżej narzędzi będzie bardzo trudne, a czasami może okazać się niemożliwe.

Wpadnięcie do wody

Jeżeli mimo naszych wysiłków, mających na celu zminimalizowanie ryzyka wpadnięcia do wody, poczujemy że załamuje się pod nami lód, to powinniśmy starać się zachować spokój i wziąć głęboki oddech, zanim nasza głowa znajdzie się pod wodą. W przypadku asekurowania się liną należy cały czas mocno ją trzymać. Prowizoryczna kamizelka ratunkowa zapewni nam szybkie wypłynięcie na powierzchnię. Wodoodporne ubranie zmniejszy dyskomfort kontaktu z zimna wodą, jak również zmniejszy ryzyko wystąpienia szoku termicznego. Jeżeli asekurowaliśmy się liną, wówczas wydostanie się na lód nie powinno sprawić nam większych trudności. W przypadku braku takiej asekuracji, powinniśmy najpierw zorientować się w którym miejscu pokrywa lodowa jest najgrubsza i w tym miejscu rozpocząć próby wydostania się na lód. Nasze narzędzia (kolce lodowe, czekan, raki, kijki, nóż) wbijamy maksymalnie daleko od krawędzi lodu i powoli wciągamy swój tułów na lód. Po wciągnięciu tułowia delikatnie wyciągamy pod kątem prostym jedną nogę, a następnie pociągamy się w celu wyciągnięcia drugiej nogi. Jest bardzo prawdopodobne, że przy pierwszej próbie wyjścia z wody lód ponownie załamie się pod ciężarem naszego tułowia. Możemy próbować zapobiec temu uderzając obiema rękami w lód, w miejscu w którym chcemy się na niego wczołgać. Jeżeli lód się załamie, podpływamy dalej i ponownie testujemy lód. Po wciągnięciu się na lód nie podnosimy się, tylko odczołgujemy w kierunku brzegu z którego przyszliśmy. Dopiero kiedy uznamy, że lód pod nami jest już wystarczająco bezpieczny, możemy wstać i dalej poruszać się na nogach, najlepiej po swoich śladach. Po dojściu do brzegu może okazać się potrzebna krótka i intensywna rozgrzewka fizyczna. Po niej zdejmujemy mokry kombinezon oraz bieliznę termoaktywną, wycieramy się i przebieramy w suche ubranie, które mieliśmy w plecaku lub rulonie pod kurtką. Jeżeli jesteśmy dosyć mocno wychłodzeni, to powinniśmy rozpalić ognisko przy którym ogrzejemy się, wysuszymy ubranie i zagotujemy wodę.

Jeżeli jesteśmy morsami i dobrze jest nam znana reakcja naszego organizmu na wychłodzenie, spowodowane kontaktem z zimną wodą, nie zakładajmy, że nasz organizm po długiej i wyczerpującej wędrówce, wychłodzeniu, braku dostatecznej ilości pożywienia i snu, zachowa się tak samo jak podczas morsowania.

Przedstawione w tym poście informacje nie wyczerpują wszystkich zagadnień dotyczących bezpieczeństwa, związanego z przemieszczaniem się po zamarzniętych rzekach i zbiornikach wodnych. Stanowią tylko zarys problemu z jakim może się zetknąć zabłąkany, samotny turysta, którego jedynym lub najszybszym ratunkiem jest droga przez pokrytą lodem rzekę lub jezioro.

Po resztę informacji zapraszam na zimowe szkolenia.

Staszek


Fot. 1. Po wydostaniu się na lód za pomocą noża i magazynka wypiętego z kbk Tantal. Lina służyła tylko do asekuracji (fot. Przemysław „Fredi” Ferfet).

wtorek, 17 stycznia 2017

Związek pomiędzy temperaturą punktu rosy a bronią, lornetkami i aparatami fotograficznymi


(fot. Przemysław "Fredi" Ferfet)

Bardzo mroźna zima jest nie tylko wyzwaniem dla survivalowców, ale również dla sprzętu jakim się posługują. Jednym z czynników mającym duży wpływ na eksploatację znacznej części outdoorowego wyposażenia, poczynając od odzieży przeciwdeszczowej, namiotów, śpiworów, a kończąc na aparatach fotograficznych, lornetkach i broni palnej, jest temperatura punktu rosy. Temat jest bardzo szeroki, bo dotyczy nie tylko szerokiej gamy sprzętu, ale również różnego z nim związku. W obecnym poście opiszę w skrócie tylko wpływ temperatury punktu rosy na eksploatację broni, lornetek i aparatów fotograficznych.

Każdy żołnierz wie, że podczas mrozu nie można na krótki okres czasu wchodzić z bronią do ciepłego pomieszczenia, ponieważ w chwilę po wejściu do pomieszczenia broń (głównie metalowe elementy) pokryje się warstwą rosy. Jeżeli będziemy przebywać w pomieszczeniu przez dłuższy czas, wówczas temperatura broni wyrówna się z temperaturą otoczenia, a rosa powinna wyparować. Napisałem powinna, ponieważ w przypadku dostania się rosy (wody) do licznych zakamarków broni, w celu całkowitego wysuszenia konieczne może okazać się rozebranie broni. Im większa różnica pomiędzy wartością temperatury na zewnątrz i wewnątrz pomieszczenia, oraz im większa wilgotność powietrza wewnątrz pomieszczenia, tym skraplanie się pary wodnej na powierzchni broni będzie intensywniejsze. W przypadku kiedy skroplona para wodna nie zdąży odparować z powierzchni broni i jej zakamarków, wówczas po wyjściu z pomieszczenia na zewnątrz woda zamarznie, unieruchamiając broń.

Podobnie rzecz się ma z aparatami fotograficznymi i lornetkami. Nie raz widziałem turystów wchodzących w zimie do „zaparowanej” jadalni schroniska z odkrytymi aparatami fotograficznymi, którzy po szybkim wypiciu herbaty i zjedzeniu kanapki wychodzili na zewnątrz. Niestety, wykonane przez nich zdjęcia przed wejściem do schroniska, były często dla ich aparatu ostatnimi zdjęciami w tym dniu. Niektórzy jednak wracali do schroniska i umieszczali swoje aparaty na grzejnikach, czekając aż „odtają”. Jeżeli obiektyw aparatu nie jest wodoszczelny, a woda dostanie się pomiędzy soczewki, wówczas nawet parogodzinne suszenie na grzejniku nic nie da. Podobnie rzecz się ma z lornetkami. W przypadku wodoodpornych lornetek problem znacząco się upraszcza i ogranicza tylko do zewnętrznych powierzchni soczewek.

Czy istnieje sposób na uniknięcie tego rodzaju problemów?
Oczywiście, można je ominąć w bardzo prosty sposób, ale najpierw wyjaśnię ich przyczynę.

Otaczające nas powietrze zawiera parę wodną, czyli wodę, ale w gazowym stanie skupienia. Zawartość pary wodnej w powietrzu podlega bardzo dużym wahaniom. Im powietrze ma wyższą temperaturę, tym więcej może pomieścić w sobie pary wodnej.
Dla przykładu (oczywiście w uproszczeniu):
- 1m³ powietrza o temperaturze -20 ºC może pomieścić maksymalnie około 0,9g pary wodnej
- 1m³ powietrza o temperaturze 0 ºC może pomieścić maksymalnie około 4,8g pary wodnej
- 1m³ powietrza o temperaturze 20 ºC może pomieścić maksymalnie około 17,3g pary wodnej

Załóżmy, że jesteśmy we wnętrzu pomieszczenia w którym temperatura powietrza wynosi 20 ºC, a jego wilgotność (wilgotność względna) wynosi 50%, czyli powietrze jest nasycone parą wodną tylko w 50%. W temperaturze 20 ºC każdy m³ powietrza w pomieszczeniu jest w stanie pomieścić około 17g pary wodnej. Ponieważ wilgotność wynosi 50%, oznacza to, że w każdym m³ powietrza jest około 9g pary wodnej. Po wyłączeniu ogrzewania temperatura powietrza w pomieszczeniu zaczyna spadać. Wraz ze spadkiem temperatury maleje maksymalna ilość pary wodnej, jaką powietrze może w sobie pomieścić. W momencie, kiedy temperatura powietrza w pomieszczeniu osiągnie wartość około 9 ºC, wówczas każdy m³ powietrza będzie mógł pomieścić w sobie maksymalnie około 9g pary wodnej, czyli taką ilość, jaka znajduje się w pomieszczeniu w każdym m³.

A co stanie się z parą wodną, kiedy temperatura powietrza nadal będzie się obniżać?
Przy temperaturze 9 ºC i zawartości 9g/m³ wilgotność wzrosła do 100%, czyli powietrze zostało maksymalnie nasycone parą wodną. Dalszy spadek temperatury powietrza spowoduje, że zawarta w nim para wodna zacznie się skraplać. Wartość temperatury, przy której wilgotność osiągnęła 100% i poniżej której zaczyna się skraplanie pary wodnej, nazywamy temperaturą punktu rosy. Załóżmy, że temperatura powietrza obniżyła się do 0 ºC. W tej temperaturze każdy m³ powietrza może zawierać w sobie maksymalnie około 5g pary wodnej. Reszta pary wodnej, czyli około 4g uległa skropleniu.

Jak będzie przebiegał powyżej opisany proces przy wniesieniu do pomieszczenia karabinu, aparatu fotograficznego i lornetki?
Załóżmy, że temperatura powietrza na zewnątrz pomieszczenia wynosi -5 ºC, natomiast wewnątrz pomieszczenia panują warunki jak w powyżej opisanym przykładzie, czyli temperatura powietrza wynosi 20 ºC, a wilgotność 50%. Do pomieszczenia wnosimy sprzęt, którego temperatura wynosi około -5 ºC. Ciepłe powietrze po zetknięciu się z zimnym sprzętem zaczyna się ochładzać. Największemu schłodzeniu ulega warstwa powietrza na styku ze sprzętem. W momencie, kiedy temperatura powietrza w tej warstwie osiąga wartość około 9 ºC, dochodzi do skroplenia się na powierzchni sprzętu (zwłaszcza jego metalowych i szklanych częściach) pary wodnej zawartej w powietrzu. Proces ten będzie trwał dopóki sprzęt nie ogrzeje się do temperatury punktu rosy, czyli około 9 ºC. Podczas dalszego wzrostu temperatury sprzętu woda, która powstała ze skroplenia pary wodnej i osadziła się na powierzchni sprzętu, ulegnie odparowaniu, czyli ponownie zamieni się w parę wodną.

Jak można zabezpieczyć się przed skraplaniem się wody na sprzęcie?
Wystarczy szczelnie owinąć go materiałem nie przepuszczającym powietrza.
W przypadku karabinu, przed wejściem do ogrzewanego pomieszczenia, należy szczelnie owinąć go ponczem przeciwdeszczowym lub folią NRC. Broń przed zawinięciem w poncho lub folię należy dokładnie oczyścić ze śniegu! Ponowne odpakowanie broni może nastąpić po wyniesieniu broni z pomieszczenia lub też w pomieszczeniu, ale dopiero wówczas, kiedy temperatura broni podniesie się powyżej temperatury punktu rosy.
W przypadku aparatów fotograficznych lub lornetek najlepszym rozwiązaniem jest odpowiednio duży worek foliowy (najlepsze są woreczki do mrożonek). Przed wejściem do ogrzewanego pomieszczenia wkładamy aparat/lornetkę do worka foliowego i dokładnie zamykamy worek. Ponownie wypakowujemy sprzęt z worka foliowego dopiero po wyjściu na zewnątrz lub kiedy temperatura sprzętu podniesie się powyżej temperatury punktu rosy, czyli postępujemy tak samo jak z bronią. Worek foliowy odda nam również nieocenione usługi podczas długiej ulewy, kiedy zachodzi ryzyko zamoknięcia sprzętu w plecaku. Wówczas najlepiej włożyć do worka aparat wraz z futerałem.

Tym krótkim postem nie omówiłem wszystkich problemów związanych z temperaturą punktu rosy. Jak już wspomniałem na początku problemy te dotyczą szerokiej gamy naszego sprzętu i to w różnych aspektach, np. pogarszającej się termoizolacji śpiworów, zamakania wnętrz namiotów, itp. Ale o tym może przy innej okazji.

Staszek

W niniejszym poście, w celu uproszczenia omawianych zagadnień, pominąłem niektóre aspekty, jak chociażby wpływ ciśnienia atmosferycznego na temperaturę punktu rosy.


Zależność temperatury punktu rosy (dew point) od temperatury i wilgotności (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Dewpoint-RH.svg).