Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.eu

piątek, 30 czerwca 2017

Artykuły w SPECIAL OPS

W drugim wydaniu specjalnym czasopisma SPECIAL OPS poświęconemu survivalowi znajdują się trzy artykuły mojego autorstwa:

Sprzęt do współczesnej nawigacji lądowej
Nawigacja prymitywna
Zimowe wyzwanie

Zachęcam Czytelników naszego bloga do zapoznania się z ich treścią.

Redakcji czasopisma SPECIAL OPS gratuluję pomysłu!




czwartek, 23 lutego 2017

Zanim załamie się pod Tobą lód

W Internecie jest bardzo dużo informacji na temat sposobów postępowania w momencie załamania się lodu i wpadnięcia do wody, jak również ratowania takich osób. Informacje te zamieszczone są na stronach różnych służb i organizacji zajmujących się ratownictwem oraz wszelkiej maści outdoorowców. Niestety, prawie wszystkie te informacje można sprowadzić do znanego przysłowia „mądry Polak po szkodzie”. Dlaczego tak twierdzę? Otóż wszystko to, co zrobimy po załamaniu się pod nami lodu, będzie tylko konsekwencją tego co zrobiliśmy, lub nie zrobiliśmy, przed wejściem na lód. A niestety informacji o tym, jak przygotować się do wejścia na lód jest bardzo mało. Dlatego w niniejszym poście postaram się w bardzo uproszczony sposób opisać moje doświadczenia zdobyte podczas badań naukowych jak i survivalowych szkoleń. Nie będzie to więc typowy tekst o sposobach ratowania ludzi z „przerębli” i udzielaniu im pomocy po wydostaniu z wody. Takich opracowań należy szukać na innych stronach internetowych.

Analiza

Zanim zdecydujemy się wejść na zamarznięty zbiornik wodny lub rzekę, powinniśmy dokładnie przeanalizować trzy poniższe punkty.

1.Informacje.
Co wiemy o danym zbiorniku wodnym/rzece i miejscu w którym chcemy wejść na lód (głębokość, prędkość nurtu, dopływy, itd.)? Czy możemy oszacować grubość i wytrzymałość lodu na trasie naszego marszu?

2.Bezpieczeństwo.
Jak możemy się zabezpieczyć, żeby zmniejszyć ryzyko załamania się lodu? Jak możemy się zabezpieczyć na wypadek załamania się lodu i wpadnięcia do wody?

3.Uzasadnienie ryzyka.
Znając odpowiedzi na powyższe pytania musimy się zastanowić, czy mamy w stosunku do oszacowanego ryzyka wystarczająco uzasadniony powód do wejścia na lód.

Lód

Na różnych stronach internetowych możemy znaleźć tabele z informacjami o grubości i wytrzymałości lodu. Przykładowo, warstwę lodu o grubości 5-7 cm podaje się za wystarczającą do utrzymania ciężaru człowieka. Czy tak jest w rzeczywistości? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, ponieważ kolokwialnie można stwierdzić, że lód lodowi nie jest równy. I jest to bardzo ważne stwierdzenie.

Lód na rzece lub zbiorniku wodnym powstaje nie tylko wskutek zamarzania wody, ale również przeobrażeń (najczęściej mokrej metamorfozy) pokrywy śnieżnej powstałej na powierzchni lodu. Największą wytrzymałością charakteryzuje się ten pierwszy rodzaj lodu, ponieważ lód powstały ze śniegu jest porowaty i zawiera sporo powietrza. Im lód jest bardziej przeźroczysty, tym mniej zawiera w sobie pęcherzyków powietrza i jest bardziej wytrzymały. Przy czym wytrzymałość lodu nie zależy tylko od jego grubości i ilości zawartego w nim powietrza, ale również od temperatury. Im lód ma niższą temperaturę, tym jest twardszy. O ile temperatura lodu w spągu (na kontakcie z wodą) wynosi 0ºC, to w stropie może być już dużo niższa. Wartość temperatury w stropie lodu zależy głównie od wartości i czasu trwania temperatury powietrza nad zbiornikiem wodnym/rzeką, grubości i rodzaju lodu oraz grubości i gęstości pokrywy śnieżnej zalegającej na powierzchni lodu. Natomiast grubość pokrywy lodowej zależy nie tylko od ujemnej wartości temperatury powietrza i czasu jej trwania, ale również od głębokości zbiornika (im zbiornik głębszy tym wolniej zamarza), ruchu (przemieszczania się wody – dotyczy zwłaszcza wartkich rzek) i mieszania się wody, grubości i gęstości pokrywy śnieżnej zalegającej na powierzchni lodu (im pokrywa śnieżna grubsza, a jej gęstość mniejsza, tym lód wolniej przyrasta), zanieczyszczeń (ścieki obniżają temperaturę krzepnięcia wody). To wszystko, co napisałem powyżej jest sporym uproszczeniem, bowiem w rzeczywistości zagadnienia te są znacznie bardziej złożone.

W rzekach o wartkim nurcie najgrubsza pokrywa lodowa występuje w miejscach gdzie woda przemieszcza się najwolniej (najczęściej przy brzegach i wypłyceniach). Natomiast miejsca najszybszego przemieszczania się wody mogą być wolne od lodu nawet przy dużym mrozie. Wahania stanu wody w rzece mogą doprowadzić do powstania pustych przestrzeni pomiędzy pokrywą lodową a nie zamarzniętą wodą. Lód w takich miejscach będzie bardziej podatny na załamanie się. Podobna sytuacja może mieć miejsce na zbiornikach wodnych. Wahania poziomu lustra wody mogą spowodować, że pokrywa lodowa najpierw zawiśnie ponad lustrem wody, a następnie pod wpływem własnego ciężaru popęka (głównie przy brzegach) i z powrotem osiądzie na wodzie. Do popękania lodowej pokrywy może dojść również wskutek występowania silnych mrozów, ruchu wody (np. przyboru wody w rzece).

Zarówno na rzekach jak i zbiornikach wodnych na pokrywie lodowej najczęściej znajduje się warstwa śniegu, która uniemożliwia wzrokową ocenę lodu (przeźroczystość lodu, grubość, spękania). Jednakże czasami pokrywa lodowa jest wolna od śniegu. Taka sytuacja może wystąpić na początku zimy (kiedy spadkowi temperatury poniżej 0 C nie towarzyszą opady), długiej odwilży (podczas której pokrywa śnieżna, czasami również lodowa, ulega stopieniu a następnie ponownemu zamarznięciu), po wystąpieniu silnego wiatru (pokrywa śnieżna o małej gęstości może ulec wywianiu).

Przed wejściem na lód

Jeżeli po przeanalizowaniu wszystkich informacji „za” i „przeciw” podjęliśmy decyzję o wejściu na lód, to oczywiście musimy się odpowiednio przygotować do marszu po lodzie.

1. Ubranie.
Pozostawiamy na sobie tylko bieliznę termoaktywną i ubieramy na nią wodoodporną i najlepiej oddychającą kurtkę oraz spodnie. Nogawki spodni wkładamy do butów i odpowiednio mocno ściągamy sznurówki w butach. Sznurek od dolnego ściągacza kurtki mocno zaciskamy i zawiązujemy. To samo robimy ze ściągaczem od kaptura, który oczywiście nasuwamy na głowę. Wokół szyi możemy owinąć szal, bandamę, aby opóźnić przedostanie się wody pod kurtkę. Ubieramy rękawice, najlepiej cienkie wełniane i dobrze dopasowane do dłoni. Mocno zaciągamy rzepy od rękawów kurtki. W widocznym na fot. 1 wodoodpornym zestawie armii brytyjskiej dwukrotnie skoczyłem do przerębli. Miałem tylko wodę w butach, mokre po łokieć rękawy koszulki termoaktywnej oraz częściowo golf. Mój tułów oraz nogi (z wyjątkiem stóp i dolnej części łydek) pozostały suche. Odpowiednio założone wodoodporne ubranie pomoże nam dłużej utrzymać się na wodzie i spowolni wychładzanie naszego organizmu. Tym samym złagodzi, lub nawet pozwoli uniknąć (jeżeli odpowiednio szybko wydostaniemy się z wody) szoku termicznego, spowodowanego bezpośrednim kontaktem naszego ciała z zimną wodą. Jeżeli nie dysponujemy wodoodpornym ubraniem, wówczas możemy użyć folii NRC, którą szczelnie owijamy tułów, następnie ubieramy bieliznę termoaktywną. Pozostałe ubranie (polary, swetry, spodnie, itd.) owijamy szczelnie ponchem, tworząc z niego rulon. Końce rulonu mocno obwiązujemy sznurkiem (np. ściągaczami z poncha). Tak zabezpieczone ubranie wkładamy pod kurtkę, owijając je wokół tułowia. Po wpadnięciu do wody rulon z ubrania będzie spełniał rolę kamizelki ratunkowej. Dodatkowo pod kurtkę możemy włożyć pustą manierkę lub butelkę PET. Najlepszą prowizoryczną kamizelkę ratunkową wykonamy z materaca piankowego (tzw. karimaty). Owijamy nią nasz tułów i obwiązujemy paskiem trocznym lub linką. Pamiętajmy, że wszystkie prowizoryczne kamizelki ratunkowe musimy mocować na tułowiu jak najwyżej, najlepiej tuż pod pachami. Jeżeli rulon z ubrania lub karimatę umieścimy zbyt nisko, np. na wysokości pasa, wówczas nasz środek ciężkości będzie się znajdował powyżej kamizelki. Po wpadnięciu do wody prowizoryczna kamizelka ratunkowa spowoduje, że nogi będą nam wystawać ponad wodę, natomiast głowę będziemy mieli pod wodą.

2. Narty, rakiety śnieżne.
Jeżeli dysponujemy rakietami śnieżnymi lub nartami skiturowymi, koniecznie należy je założyć na nogi. W ten sposób zmniejszymy nasz nacisk jednostkowy na lód, a tym samym zmniejszymy ryzyko załamania się lodu. Pamiętajmy tylko, aby odpiąć zabezpieczenia (dodatkowe paski lub linki zabezpieczające narty lub rakiety przed zgubieniem w razie wypięcia się butów z wiązań) ponieważ w przypadku wpadnięcia do wody może koniecznym okazać się szybkie wypięcie nart lub rakiet.

3. Plecak.
Jeżeli nasz plecak jest lekki i wypełnia go śpiwór w wodoodpornym worku, zapasowe ubrania zapakowane w worek foliowy, wodoodporny pojemnik na żywność, duży kartusz do kuchenki z małą ilością gazu lub pusta butelka na paliwo, pusta manierka, wówczas takiego plecaka nie ściągamy z pleców. Po załamaniu się lodu i wpadnięciu do wody będzie działał jak pływak i utrzymywał nas na wodzie. W przypadku ciężkiego plecaka lepiej go ściągnąć z pleców i ciągnąć za sobą po lodzie na mocnej lince o długości przynajmniej 6-7 m. W ten sposób zmniejszymy nasz nacisk jednostkowy na lód, a w przypadku wpadnięcia do wody plecak może nieco spowolnić nasze zanurzanie się w wodzie i może również okazać się pomocny przy wychodzeniu z niej.

4. Sprzęt do sondowania i wydostawania się na lód.
Wchodząc na lód musimy dysponować narzędziem do sondowania stanu (grubości, twardości, szczelin) pokrywy lodowej. Można do tego użyć kijków z metalowymi końcówkami, czekana o długim stylisku lub wyciąć z przybrzeżnych drzew odpowiednio grubą tyczkę o długości około 3 m i zaostrzyć jeden z jej końców. Nawet gdy pokrywa lodowa jest wolna od śniegu, nie możemy zrezygnować z sondowania lodu. W przypadku, kiedy lód pokrywa warstwa śniegu, uniemożliwiająca wzrokowe badanie lodu, wówczas każdy nasz krok musi być poprzedzony sondowaniem lodu. Drewniana tyczka, kijki, a zwłaszcza czekan, będą również bardzo pomocne przy wydostawaniu się z wody. Pamiętajmy, że gruba pokrywa lodowa pod naszymi stopami nie musi świadczyć o równie grubej pokrywie lodowej tuż przed nami. Jak już wspomniałem wcześniej, grubość lodu z różnych przyczyn może się gwałtownie zmieniać. Szczególnie należy zwrócić na to uwagę na rzekach z szybkim nurtem, licznymi dopływami i ujściami ścieków (dotyczy to również zbiorników wodnych). Z kolei niezbyt zachęcająco wyglądająca pokrywa lodowa może okazać się wystarczająco bezpieczna do poruszania się po niej. Ale o tym możemy się przekonać z bezpośrednich badań lodu. Wielokrotnie uczestniczyłem w geofizycznych badaniach tatrzańskich jezior. Szczególnie utkwiło mi w pamięci badanie prowadzone pod koniec zimy. Na jednym z tatrzańskich stawów na skutek odwilży zalegał rozmiękły lód, utworzony z pokrywy śnieżnej. Co parę kroków któraś z osób prowadzących badania zapadała się prawie po kolana w rozmiękłej breji. Jednakże z licznych, wcześniej przeprowadzonych odwiertów wiedzieliśmy, że pod tą miękką warstwą jest twardy i gruby na kilkadziesiąt centymetrów lód. Dla turystów stojących na brzegu nasze poczynania wyglądały na bardzo ryzykowne, jednakże my czuliśmy się w miarę bezpiecznie. Napisałem „w miarę”, ponieważ na lodzie nigdy nie można się czuć zupełnie bezpiecznie.

Przekraczanie zamarzniętych rzek o szybkim nurcie należy do szczególnie niebezpiecznych z dwóch powodów: dużego zróżnicowania grubości i twardości lodu oraz szybkiego nurtu, który w przypadku wpadnięcia do wody będzie nas wciągał pod lód. Taką rzekę powinniśmy przekraczać asekurując się liną. Może to być odpowiednio wytrzymały repsznur, linka spadochronowa lub ulubiony przez survivalowców paracord. Linę, najlepiej za pomocą pętli, mocujemy do odpowiednio grubego nadbrzeżnego drzewa (linę mocujemy podobnie jak w przypadku zjazdu ze skalnej ściany, tylko nie używamy karabinka), a obiema jej złączonymi końcami obwiązujemy się pod pachami, stosując węzeł najlepiej w postaci podwójnej ósemki. Rzekę pokonujemy idąc po niewielkim skosie w dół rzeki. Możemy również przekraczać ją idąc prostopadle do jej biegu, ale wówczas przekraczanie rzeki najlepiej rozpocząć nieco poniżej drzewa do którego przymocowana jest lina. Dzięki temu, w przypadku wpadnięcia do wody, będzie nam łatwiej walczyć z prądem i wydostać się na lód. Podczas asekurowania się liną pamiętajmy, aby na linie nie było nadmiernego luzu, najlepiej jeżeli lina jest lekko napięta.

Nawet przy asekurowaniu się liną powinniśmy mieć narzędzia ułatwiające wydostanie się na lód. Najlepsze są do tego tak zwane „lodowe kolce asekuracyjne”, które można kupić w sklepach wędkarskich lub wykonać samemu. Przed wejściem na lód przewlekamy je przez oba rękawy, tak jak rękawiczki ze sznurkiem dla małych dzieci i kasujemy nadmierną długość linki. Jeżeli nie mamy wymienionych kolców możemy użyć czekana, raków, mocnego noża, kijków (trzymając je tuż powyżej talerzyka). Pamiętajmy, że wydostanie się na lód bez wymienionych wyżej narzędzi będzie bardzo trudne, a czasami może okazać się niemożliwe.

Wpadnięcie do wody

Jeżeli mimo naszych wysiłków, mających na celu zminimalizowanie ryzyka wpadnięcia do wody, poczujemy że załamuje się pod nami lód, to powinniśmy starać się zachować spokój i wziąć głęboki oddech, zanim nasza głowa znajdzie się pod wodą. W przypadku asekurowania się liną należy cały czas mocno ją trzymać. Prowizoryczna kamizelka ratunkowa zapewni nam szybkie wypłynięcie na powierzchnię. Wodoodporne ubranie zmniejszy dyskomfort kontaktu z zimna wodą, jak również zmniejszy ryzyko wystąpienia szoku termicznego. Jeżeli asekurowaliśmy się liną, wówczas wydostanie się na lód nie powinno sprawić nam większych trudności. W przypadku braku takiej asekuracji, powinniśmy najpierw zorientować się w którym miejscu pokrywa lodowa jest najgrubsza i w tym miejscu rozpocząć próby wydostania się na lód. Nasze narzędzia (kolce lodowe, czekan, raki, kijki, nóż) wbijamy maksymalnie daleko od krawędzi lodu i powoli wciągamy swój tułów na lód. Po wciągnięciu tułowia delikatnie wyciągamy pod kątem prostym jedną nogę, a następnie pociągamy się w celu wyciągnięcia drugiej nogi. Jest bardzo prawdopodobne, że przy pierwszej próbie wyjścia z wody lód ponownie załamie się pod ciężarem naszego tułowia. Możemy próbować zapobiec temu uderzając obiema rękami w lód, w miejscu w którym chcemy się na niego wczołgać. Jeżeli lód się załamie, podpływamy dalej i ponownie testujemy lód. Po wciągnięciu się na lód nie podnosimy się, tylko odczołgujemy w kierunku brzegu z którego przyszliśmy. Dopiero kiedy uznamy, że lód pod nami jest już wystarczająco bezpieczny, możemy wstać i dalej poruszać się na nogach, najlepiej po swoich śladach. Po dojściu do brzegu może okazać się potrzebna krótka i intensywna rozgrzewka fizyczna. Po niej zdejmujemy mokry kombinezon oraz bieliznę termoaktywną, wycieramy się i przebieramy w suche ubranie, które mieliśmy w plecaku lub rulonie pod kurtką. Jeżeli jesteśmy dosyć mocno wychłodzeni, to powinniśmy rozpalić ognisko przy którym ogrzejemy się, wysuszymy ubranie i zagotujemy wodę.

Jeżeli jesteśmy morsami i dobrze jest nam znana reakcja naszego organizmu na wychłodzenie, spowodowane kontaktem z zimną wodą, nie zakładajmy, że nasz organizm po długiej i wyczerpującej wędrówce, wychłodzeniu, braku dostatecznej ilości pożywienia i snu, zachowa się tak samo jak podczas morsowania.

Przedstawione w tym poście informacje nie wyczerpują wszystkich zagadnień dotyczących bezpieczeństwa, związanego z przemieszczaniem się po zamarzniętych rzekach i zbiornikach wodnych. Stanowią tylko zarys problemu z jakim może się zetknąć zabłąkany, samotny turysta, którego jedynym lub najszybszym ratunkiem jest droga przez pokrytą lodem rzekę lub jezioro.

Po resztę informacji zapraszam na zimowe szkolenia.

Staszek


Fot. 1. Po wydostaniu się na lód za pomocą noża i magazynka wypiętego z kbk Tantal. Lina służyła tylko do asekuracji (fot. Przemysław „Fredi” Ferfet).

wtorek, 17 stycznia 2017

Związek pomiędzy temperaturą punktu rosy a bronią, lornetkami i aparatami fotograficznymi


(fot. Przemysław "Fredi" Ferfet)

Bardzo mroźna zima jest nie tylko wyzwaniem dla survivalowców, ale również dla sprzętu jakim się posługują. Jednym z czynników mającym duży wpływ na eksploatację znacznej części outdoorowego wyposażenia, poczynając od odzieży przeciwdeszczowej, namiotów, śpiworów, a kończąc na aparatach fotograficznych, lornetkach i broni palnej, jest temperatura punktu rosy. Temat jest bardzo szeroki, bo dotyczy nie tylko szerokiej gamy sprzętu, ale również różnego z nim związku. W obecnym poście opiszę w skrócie tylko wpływ temperatury punktu rosy na eksploatację broni, lornetek i aparatów fotograficznych.

Każdy żołnierz wie, że podczas mrozu nie można na krótki okres czasu wchodzić z bronią do ciepłego pomieszczenia, ponieważ w chwilę po wejściu do pomieszczenia broń (głównie metalowe elementy) pokryje się warstwą rosy. Jeżeli będziemy przebywać w pomieszczeniu przez dłuższy czas, wówczas temperatura broni wyrówna się z temperaturą otoczenia, a rosa powinna wyparować. Napisałem powinna, ponieważ w przypadku dostania się rosy (wody) do licznych zakamarków broni, w celu całkowitego wysuszenia konieczne może okazać się rozebranie broni. Im większa różnica pomiędzy wartością temperatury na zewnątrz i wewnątrz pomieszczenia, oraz im większa wilgotność powietrza wewnątrz pomieszczenia, tym skraplanie się pary wodnej na powierzchni broni będzie intensywniejsze. W przypadku kiedy skroplona para wodna nie zdąży odparować z powierzchni broni i jej zakamarków, wówczas po wyjściu z pomieszczenia na zewnątrz woda zamarznie, unieruchamiając broń.

Podobnie rzecz się ma z aparatami fotograficznymi i lornetkami. Nie raz widziałem turystów wchodzących w zimie do „zaparowanej” jadalni schroniska z odkrytymi aparatami fotograficznymi, którzy po szybkim wypiciu herbaty i zjedzeniu kanapki wychodzili na zewnątrz. Niestety, wykonane przez nich zdjęcia przed wejściem do schroniska, były często dla ich aparatu ostatnimi zdjęciami w tym dniu. Niektórzy jednak wracali do schroniska i umieszczali swoje aparaty na grzejnikach, czekając aż „odtają”. Jeżeli obiektyw aparatu nie jest wodoszczelny, a woda dostanie się pomiędzy soczewki, wówczas nawet parogodzinne suszenie na grzejniku nic nie da. Podobnie rzecz się ma z lornetkami. W przypadku wodoodpornych lornetek problem znacząco się upraszcza i ogranicza tylko do zewnętrznych powierzchni soczewek.

Czy istnieje sposób na uniknięcie tego rodzaju problemów?
Oczywiście, można je ominąć w bardzo prosty sposób, ale najpierw wyjaśnię ich przyczynę.

Otaczające nas powietrze zawiera parę wodną, czyli wodę, ale w gazowym stanie skupienia. Zawartość pary wodnej w powietrzu podlega bardzo dużym wahaniom. Im powietrze ma wyższą temperaturę, tym więcej może pomieścić w sobie pary wodnej.
Dla przykładu (oczywiście w uproszczeniu):
- 1m³ powietrza o temperaturze -20 ºC może pomieścić maksymalnie około 0,9g pary wodnej
- 1m³ powietrza o temperaturze 0 ºC może pomieścić maksymalnie około 4,8g pary wodnej
- 1m³ powietrza o temperaturze 20 ºC może pomieścić maksymalnie około 17,3g pary wodnej

Załóżmy, że jesteśmy we wnętrzu pomieszczenia w którym temperatura powietrza wynosi 20 ºC, a jego wilgotność (wilgotność względna) wynosi 50%, czyli powietrze jest nasycone parą wodną tylko w 50%. W temperaturze 20 ºC każdy m³ powietrza w pomieszczeniu jest w stanie pomieścić około 17g pary wodnej. Ponieważ wilgotność wynosi 50%, oznacza to, że w każdym m³ powietrza jest około 9g pary wodnej. Po wyłączeniu ogrzewania temperatura powietrza w pomieszczeniu zaczyna spadać. Wraz ze spadkiem temperatury maleje maksymalna ilość pary wodnej, jaką powietrze może w sobie pomieścić. W momencie, kiedy temperatura powietrza w pomieszczeniu osiągnie wartość około 9 ºC, wówczas każdy m³ powietrza będzie mógł pomieścić w sobie maksymalnie około 9g pary wodnej, czyli taką ilość, jaka znajduje się w pomieszczeniu w każdym m³.

A co stanie się z parą wodną, kiedy temperatura powietrza nadal będzie się obniżać?
Przy temperaturze 9 ºC i zawartości 9g/m³ wilgotność wzrosła do 100%, czyli powietrze zostało maksymalnie nasycone parą wodną. Dalszy spadek temperatury powietrza spowoduje, że zawarta w nim para wodna zacznie się skraplać. Wartość temperatury, przy której wilgotność osiągnęła 100% i poniżej której zaczyna się skraplanie pary wodnej, nazywamy temperaturą punktu rosy. Załóżmy, że temperatura powietrza obniżyła się do 0 ºC. W tej temperaturze każdy m³ powietrza może zawierać w sobie maksymalnie około 5g pary wodnej. Reszta pary wodnej, czyli około 4g uległa skropleniu.

Jak będzie przebiegał powyżej opisany proces przy wniesieniu do pomieszczenia karabinu, aparatu fotograficznego i lornetki?
Załóżmy, że temperatura powietrza na zewnątrz pomieszczenia wynosi -5 ºC, natomiast wewnątrz pomieszczenia panują warunki jak w powyżej opisanym przykładzie, czyli temperatura powietrza wynosi 20 ºC, a wilgotność 50%. Do pomieszczenia wnosimy sprzęt, którego temperatura wynosi około -5 ºC. Ciepłe powietrze po zetknięciu się z zimnym sprzętem zaczyna się ochładzać. Największemu schłodzeniu ulega warstwa powietrza na styku ze sprzętem. W momencie, kiedy temperatura powietrza w tej warstwie osiąga wartość około 9 ºC, dochodzi do skroplenia się na powierzchni sprzętu (zwłaszcza jego metalowych i szklanych częściach) pary wodnej zawartej w powietrzu. Proces ten będzie trwał dopóki sprzęt nie ogrzeje się do temperatury punktu rosy, czyli około 9 ºC. Podczas dalszego wzrostu temperatury sprzętu woda, która powstała ze skroplenia pary wodnej i osadziła się na powierzchni sprzętu, ulegnie odparowaniu, czyli ponownie zamieni się w parę wodną.

Jak można zabezpieczyć się przed skraplaniem się wody na sprzęcie?
Wystarczy szczelnie owinąć go materiałem nie przepuszczającym powietrza.
W przypadku karabinu, przed wejściem do ogrzewanego pomieszczenia, należy szczelnie owinąć go ponczem przeciwdeszczowym lub folią NRC. Broń przed zawinięciem w poncho lub folię należy dokładnie oczyścić ze śniegu! Ponowne odpakowanie broni może nastąpić po wyniesieniu broni z pomieszczenia lub też w pomieszczeniu, ale dopiero wówczas, kiedy temperatura broni podniesie się powyżej temperatury punktu rosy.
W przypadku aparatów fotograficznych lub lornetek najlepszym rozwiązaniem jest odpowiednio duży worek foliowy (najlepsze są woreczki do mrożonek). Przed wejściem do ogrzewanego pomieszczenia wkładamy aparat/lornetkę do worka foliowego i dokładnie zamykamy worek. Ponownie wypakowujemy sprzęt z worka foliowego dopiero po wyjściu na zewnątrz lub kiedy temperatura sprzętu podniesie się powyżej temperatury punktu rosy, czyli postępujemy tak samo jak z bronią. Worek foliowy odda nam również nieocenione usługi podczas długiej ulewy, kiedy zachodzi ryzyko zamoknięcia sprzętu w plecaku. Wówczas najlepiej włożyć do worka aparat wraz z futerałem.

Tym krótkim postem nie omówiłem wszystkich problemów związanych z temperaturą punktu rosy. Jak już wspomniałem na początku problemy te dotyczą szerokiej gamy naszego sprzętu i to w różnych aspektach, np. pogarszającej się termoizolacji śpiworów, zamakania wnętrz namiotów, itp. Ale o tym może przy innej okazji.

Staszek

W niniejszym poście, w celu uproszczenia omawianych zagadnień, pominąłem niektóre aspekty, jak chociażby wpływ ciśnienia atmosferycznego na temperaturę punktu rosy.


Zależność temperatury punktu rosy (dew point) od temperatury i wilgotności (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Dewpoint-RH.svg).

piątek, 25 listopada 2016

Azymuty i bieguny

Ponieważ w necie jest mnóstwo materiałów o mierzeniu azymutów w terenie i na mapie, uznałem ten temat za wyczerpany i nie zamierzałem poruszać go na blogu. Dopiero prośba Kolegi uświadomiła mi, że dostępne w sieci materiały są najczęściej lakoniczne i słabo poparte przykładami. Postaram się więc w niniejszym poście w możliwie prosty sposób omówić ten temat, znacznie upraszczając słownictwo i nie wdając się w zawiłe geofizyczno-kartograficzne niuanse.

Najpierw objaśnię kilka niezbędnych pojęć.

Bieguny geograficzne
Nasza planeta Ziemia w ciągu każdej doby (pomijam zagadnienia doby gwiazdowej i słonecznej) wykonuje obrót wokół własnej osi. Następstwem tego ruchu obrotowego jest dzień i noc. Miejsca w których oś obrotu Ziemi przecina powierzchnię naszej planety nazywamy biegunami geograficznymi. Do naszych rozważań możemy w uproszczeniu przyjąć, że oba bieguny geograficzne, to jest północny i południowy, nie zmieniają swojego położenia. Bieguny geograficzne są również miejscami w których zbiegają się wszystkie południki siatki geograficznej. Północny biegun geograficzny wyznacza północ geograficzną, zwaną także północą właściwą.

Bieguny magnetyczne
Ziemia posiada pole magnetyczne, które występuje zarówno wewnątrz niej, jak i na zewnątrz. Pole magnetyczne naszej planety rozciąga się na wiele tysięcy kilometrów od niej. Miejsca w których linie pola magnetycznego przecinają powierzchnię Ziemi nazywamy biegunami magnetycznymi. W geografii biegun magnetyczny leżący na półkuli północnej nazywany jest północnym biegunem magnetycznym (odwrotnie niż przyjęto w fizyce), natomiast biegun magnetyczny leżący na półkuli południowej nosi nazwę południowego bieguna magnetycznego. Gdyby położenie biegunów magnetycznych pokrywało się z położeniem biegunów geograficznych, znikłoby wiele problemów związanych z pomiarem azymutów w terenie. Ale niestety linia łącząca oba bieguny magnetyczne tworzy z osią Ziemi (czyli linią łączącą oba bieguny geograficzne) kąt wynoszący około 10º. W dodatku bieguny magnetyczne przemieszczają się i to ruchem niejednostajnym, zarówno pod względem prędkości przemieszczania się, jak i kierunku. W turystyce przyjęło się stwierdzenie, że igła magnetyczna kompasu/busoli wskazuje biegun magnetyczny północny. W rzeczywistości stwierdzenie to zawiera uproszczenie, ponieważ igła magnetyczna układa się zgodnie z przebiegiem linii pola magnetycznego w danym miejscu naszej planety i niekoniecznie musi wskazywać dokładnie północny biegun magnetyczny.

Deklinacja magnetyczna (zboczenie magnetyczne)
Deklinacja magnetyczna, to kąt zawarty pomiędzy kierunkiem północy geograficznej a kierunkiem północy magnetycznej wskazywanej przez igłę busoli/kompasu. Inaczej mówiąc jest to kąt zawarty pomiędzy południkiem geograficznym a południkiem magnetycznym. Wartość deklinacji dla danego terenu możemy odczytać z kalkulatorów magnetycznych (linki poniżej), map topograficznych lub wojskowych (pomijam mapy do żeglugi morskiej). Ze względu na przemieszczanie się biegunów magnetycznych wartość deklinacji magnetycznej zmienia się. Na mapach topograficznych i wojskowych wartość zboczenia magnetycznego podawana jest zawsze dla określonego roku. Wraz z wartością deklinacji magnetycznej podawana jest również wartość jej rocznej zmiany. Jeżeli na mapie (poniżej dolnej ramki) podana wartość deklinacji dla 1995 roku wynosiła +4º 00′, a roczna zmiana zboczenia magnetycznego równa jest +0º 5′, to oznacza, że w roku 2015 wartość zboczenia magnetycznego w danym miejscu zwiększyła się i wynosiła +5º 40′ (4º + 20 lat x 5′ = 5º 40′). Jeżeli wartość deklinacji magnetycznej oznaczona jest symbolem +, to oznacza, że igła magnetyczna busoli/kompasu odchyla się od północy geograficznej w kierunku wschodnim (deklinacja dodatnia). Jeżeli wartość deklinacji magnetycznej opisana jest symbolem –, to znaczy, że igła kompasu odchyla się od północy geograficznej na zachód (deklinacja ujemna). Czasami przy wartości deklinacji magnetycznej nie ma wymienionych symboli, tylko podane są litery E lub W. Litera E oznacza to samo co symbol +, czyli deklinacja jest wschodnia, natomiast litera W znaczy to samo co symbol –, czyli deklinacja jest zachodnia. Należy pamiętać, że podana wartość rocznej zmiany deklinacji nie jest stała. Jeżeli mamy mapy sprzed powiedzmy 20 lat, to lepiej wartość deklinacji dla danego roku nie obliczać z danych zamieszczonych na mapie, tylko zerknąć do kalkulatorów deklinacji magnetycznej. Oczywiście, wszystko zależy od dokładności z jaką chcemy wyznaczyć azymuty. W niektórych formach aktywności sportowej i rekreacyjnej wyznaczenie azymutu z dokładnością kilku stopni jest w zupełności wystarczające. Ale w przypadku, kiedy dysponujemy w miarę precyzyjną busolą i chcemy przy jej użyciu oraz mapy wyznaczyć swoje położenie w terenie, wówczas powinniśmy dążyć do zminimalizowania wszystkich niedokładności pomiaru.


http://www.ngdc.noaa.gov/geomag-web

http://magnetic-declination.com/


Inklinacja magnetyczna
Pole magnetyczne Ziemi oddziałuje na igłę busoli/kompasu nie tylko w płaszczyźnie poziomej, ale również pionowej. Wartość inklinacji informuje nas o kącie pod którym w danym miejscu igła magnetyczna odchyli się od poziomu. Inklinacja magnetyczna jest nie tylko zmartwieniem producentów busoli/kompasów (odpowiednie wyważenie igły zapewniające jej pracę w pozycji poziomej) ale także kupujących, pragnących wyjechać w miejsca odległe pod względem szerokości geograficznej. Aby uniknąć niespodzianek najlepiej sprawdzić na stronie producenta w jakich obszarach naszego globu będzie poprawnie działać busola, którą chcemy kupić.

Biegun topograficzny
Mapy topograficzne cywilne, wojskowe oraz niektóre mapy turystyczne posiadają siatkę kilometrową w której południki i równoleżniki są liniami prostymi, tworzącymi siatkę kwadratów. To oznacza, że na takiej mapie nie tylko równoleżniki są do siebie równoległe, ale także południki. Skoro więc południki na mapie są do siebie równoległe, to nie mogą się zbiegać na biegunach geograficznych. Inaczej mówiąc, południki na takiej mapie nie wskazują północy geograficznej (z pewnymi wyjątkami). W związku z tym pionowe linie siatki na omawianej mapie nazywa się południkami topograficznymi, a kierunek który wskazują nazywany jest północą topograficzną.

Zbieżność południków
To kąt zawarty pomiędzy kierunkiem północy geograficznej a kierunkiem północy topograficznej, czyli kąt jaki tworzą na danym arkuszu mapy południki geograficzne z południkami topograficznymi. Dla uproszczenia pomijam sytuację w której południki topograficzne na danym arkuszu mapy tworzą różne kąty z południkami geograficznymi. Przy podawaniu wartości zbieżności południków umieszcza się takie same symbole jak przy oznaczaniu wartości deklinacji magnetycznej, czyli najczęściej symbol + lub –.

Uchylenie magnetyczne
Kąt zawarty pomiędzy kierunkiem północy topograficznej a kierunkiem północy magnetycznej (kierunkiem wskazanym przez igłę busoli/kompasu).

Azymut geograficzny
Kąt zawarty pomiędzy kierunkiem północy geograficznej, czyli południkiem geograficznym, a kierunkiem na dany punkt (w turystyce zamiast określenia „kierunkiem na dany punkt”, często używa się określenia „kierunkiem marszu”). Azymut w geografii mierzy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara i wyraża najczęściej w stopniach, minutach i sekundach kątowych. Kąt pełny ma 360º (stopni), natomiast 1º równa się 60′ (minut), a 1′ zawiera 60" (sekund). W wojsku oprócz stopni kątowych stosuje się również tysięczne. Jedna tysięczna, to kąt pod jakim widać z odległości 1 km łuk o długości 1 m. Taka tysięczna nazywana jest rzeczywistą, a pełny kąt zawiera 6283 tysięczne. Ponieważ operowanie taką wartością jest niewygodne w armiach dawnego Układu Warszawskiego przyjęto, że kąt pełny równa się 6000 tysięcznych (zwane tysięcznymi z niedomiarem), natomiast w armiach NATO przyjęto, że kąt pełny zawiera 6400 tysięcznych (tysięczne z nadmiarem). Z zależności pomiędzy tysięcznymi rzeczywistymi a stopniami kątowymi możemy wyliczyć, że w marszu na azymut do punktu odległego o 1 km pomyłka o jeden stopień oznacza minięcie celu w odległości około 17,5 m. Cel odległy o 2 km miniemy w odległości dwukrotnie większej, to jest około 35 m.

Azymut magnetyczny
Kąt zawarty pomiędzy kierunkiem wskazywanym przez igłę busoli a kierunkiem na dany punkt. Podczas wyznaczania azymutów w terenie należy pamiętać, że wszystkie materiały ferromagnetyczne (głównie stal, ponieważ zawiera żelazo) oraz urządzenia elektroniczne (zwłaszcza włączone) mają wpływ na wskazania igły magnetycznej busoli/kompasu. Dlatego należy zwrócić uwagę, aby podczas pomiaru wymienione urządzenia były w odpowiedniej odległości od busoli/kompasu.

Azymut topograficzny
Kąt zawarty pomiędzy południkiem topograficznym a kierunkiem na dany punkt. Azymut topograficzny możemy mierzyć na mapie za pomocą busoli z przeźroczystym dnem limbusa (wówczas busola pełni rolę zwykłego kątomierza), kątomierza, a najlepiej protractora z odpowiednio długą nitką.

Przykłady pomiarów.

Przykład pierwszy (Rys. 1).


W przykładzie pierwszym zakładamy, że posiadamy mapę z siatką kartograficzną (współrzędne geograficzne) a zbieżność południków przyjmuje wartość zera, czyli wszystkie południki na mapie wskazują północ geograficzną.

Z miejsca w którym stoimy mierzymy azymut samotnego, dużego drzewa (Rys. 1). Z busoli odczytujemy, że wartość azymutu magnetycznego wynosi 17º. Ponieważ znajdujemy się w okolicy Krakowa, przyjmujemy deklinację równą E 5º. Ta wartość deklinacji oznacza, że igła w naszej busoli nie wskazuje dokładnie północy geograficznej, tylko odchyla się o 5º w prawo, czyli w kierunku wschodnim. Aby zamienić azymut magnetyczny na geograficzny musimy w naszym przypadku do wartości azymutu magnetycznego, czyli 17º dodać jeszcze 5º stopni deklinacji magnetycznej. W ten sposób otrzymujemy azymut geograficzny, który wynosi 22º. Ponieważ założyliśmy, że na naszej mapie zbieżność południków przyjmuje wartość zerową, więc na mapę przenosimy wartość 22º i wyznaczamy na niej kierunek na którym znajduje się drzewo obserwowane w terenie.

W sytuacji odwrotnej, czyli przenoszenia w teren azymutu pomierzonego na mapie, mierzymy kąt zawarty pomiędzy południkami na mapie, a kierunkiem na widoczną na mapie sygnaturę domu. Ponieważ przyjęliśmy, że południki na mapie pokrywają się z południkami geograficznymi, więc pomierzony azymut domu na mapie jest od razu azymutem geograficznym. Niestety, w terenie już nie jest tak dobrze jak na mapie, ponieważ igła magnetyczna nie wskazuje w naszym przypadku północy geograficznej. W związku z tym, że odchyla się ona o 5º na wschód, więc od zmierzonej na mapie wartości 221º musimy odjąć wartość deklinacji magnetycznej, czyli 5º. To oznacza, że na pierścieniu limbusa ustawiamy wartość 216º. I taką wartość azymutu wyznaczamy w terenie. Idąc w kierunku wskazanym przez busolę (czyli według azymutu magnetycznego o wartości 216º) powinniśmy dojść do domu zaznaczonego na naszej mapie.

Przykład drugi (Rys. 2).


W tym przykładzie zakładamy, że posiadamy mapę topograficzną z siatką kilometrową na której zbieżność południków wynosi +1º. To oznacza, że południki topograficzne na mapie są odchylone od południków geograficznych o 1º w kierunku wschodnim.

W terenie mierzymy azymut magnetyczny dużego, samotnego drzewa, którego wartość wynosi 17º. Aby otrzymać azymut geograficzny drzewa musimy, tak jak w pierwszym przykładzie, dodać wartość deklinacji magnetycznej, czyli 5º. Azymut geograficzny wynosi więc 22 º. Podsumowując, wykonaliśmy te same czynności co w przykładzie pierwszym. Ale przy nanoszeniu azymutu geograficznego na mapę topograficzną pojawia się nowy element w postaci północy topograficznej, która różni się o 1º od północy geograficznej. Południki topograficzne na naszej mapie są odchylone od południków geograficznych o 1º na wschód. A to oznacza, że azymut topograficzny drzewa będzie o 1º mniejszy od azymutu geograficznego, czyli będzie wynosił 21º. Analizując wykonane czynności dochodzimy do wniosku, że przy przenoszeniu zmierzonego w terenie azymutu magnetycznego na mapę, na której zbieżność południków posiada wartość większą od zera (południki na mapie nie pokrywają się z południkami geograficznymi) zamiast bawić się w dodawanie deklinacji magnetycznej, a następnie odejmowanie zbieżności południków, wystarczy tylko do azymutu magnetycznego dodać wartość uchylenia magnetycznego wynoszącego 4º. Czyli do 17º dodajemy 4º i otrzymujemy azymut topograficzny drzewa o wartości 21º.

W sytuacji odwrotnej, czyli wyznaczania azymutu magnetycznego w terenie na podstawie azymutu topograficznego zmierzonego na mapie, od wartości azymutu topograficznego wynoszącego 220º odejmujemy wartość uchylenia magnetycznego wynoszącego 4º. W ten sposób otrzymujemy azymut magnetyczny o wartości 216º.

O tym, czy do zmierzonej w terenie wartości azymutu magnetycznego dodajemy, czy też odejmujemy wartość deklinacji, decyduje umieszczony przy niej symbol + lub – , ewentualnie literka E lub W. Analogicznie wygląda sytuacja przy zbieżności południków. O tym czy dodajemy ją, czy tez odejmujemy od azymutu topograficznego decyduje umieszczony przy niej symbol + lub –, ewentualnie literka E lub W.

W przypadku, kiedy nasza busola posiada możliwość ustawienia poprawki na deklinację, wówczas wszystkie pomiary azymutów wykonane w terenie będą azymutami geograficznymi. Niestety, większość busoli nie posiada takiej możliwości. A szkoda, bo o pomyłkę jest bardzo łatwo, o czym sam się nieraz przekonałem robiąc pośpieszne przeliczenia.

Staszek

środa, 16 listopada 2016

Kanapki, cygara i szlufki - czyli drobne patenty survivalowe

Bardzo lubię zimę w górach, ale taką z mrozem i śnieżnymi czapami na drzewach. Żadna inna pora roku nie potrafi tak bajkowo i różnorodnie urozmaicić górskiego krajobrazu. W żadnej innej porze roku nie doceniamy tak bardzo ogniska, jak właśnie w zimie. Po dniu spędzonym na brodzeniu w iskrzącym się śnieżnym puchu, ciepło i blask ogniska w połączeniu z kubkiem gorącego napoju i pieczonymi kiełbaskami, nadają mroźnym i długim zimowym wieczorom magicznego charakteru. W górach bywam często, zarówno prywatnie jak i służbowo. W zasadzie, to góry mam „za płotem”. Ze względu na wcześnie zapadający zimą zmrok, prawie wszystkie moje (a raczej nasze :-)) górskie wędrówki kończą się dopiero po wielu godzinach świecenia na granatowym niebie gwiazdozbioru Oriona. Powrót z gór często połączony jest z chaszczingiem, testem zmysłu orientacji i astronawigacją. Oczywiście, w plecaku zawsze czuwa w pogotowiu mapa, busola i GPS. Dopełnieniem zimowej wędrówki jest wspomniane ognisko (Fot. 1).

Fot. 1. Magia zimowego ogniska.

Ponieważ nie rzadko zdarza się, że wszystko co wystaje ponad pokrywę śnieżną i nadaje się do palenia pokryte jest lodem (łącznie z uschniętymi gałęziami w dolnej części koron drzew iglastych), a jedynym dużym narzędziem tnącym jest wiszący na moim pasie kilkunastocentymetrowy fixed, rozpalenie ogniska w takich warunkach trwa znacznie dłużej niż w lecie. O ile w ciepłej porze roku, nawet w deszczowy dzień, możemy bez większego problemu pozyskać suche drewno i rozpalić go małym zwitkiem brzozowej lub sosnowej kory, lub też zeskrobanymi wiórami wewnętrznego, suchego drewna (najlepiej przesączonego żywicą), o tyle w zimie rozpalanie nie jest już tak proste. Zeskrobywanie lodowej skorupy z gałęzi oraz zamarzniętych, zewnętrznych warstw mokrego drewna jest niestety czasochłonne i kłopotliwe. Takich zamarzniętych, wilgotnych gałęzi nie rozpalimy małym zwitkiem kory. Do tego potrzebny jest dużo większy zwój, który niestety zajmuje znacznie więcej miejsca w plecaku niż mały zwitek. Problem ten można rozwiązać poprzez wcześniejsze przygotowanie tytułowych kanapek i cygar. W poście dotyczącym sporządzenia kaganka z hubiaka i żywicy pisałem o użyciu kory brzozowej w połączeniu z żywicą drzew iglastych. Wędrując po górach warto z uszkodzonych drzew iglastych zeskrobać żywicę, a następnie zawinąć w korę pozyskaną z powalonych (!) brzóz. Z małych skrawków kory i okruchów żywicy sporządzamy zawiniątka przypominające kanapki (Fot. 2, dwa najmniejsze zawiniątka po lewej stronie). Do rozpalenia zamarzniętych, wilgotnych gałązek potrzebne są znacznie większe porcje kory i żywicy. Z dużych i grubych zwitków kory brzozowej robimy rulon, którego wnętrze wypełniamy sporą porcją świeżej żywicy (Fot. 2, dwa największe zawiniątka po prawej stronie). Do robienia cygar najlepiej nadaje się świeża żywica, ponieważ jest plastyczna i dobrze się klei do kory. W zależności od warunków atmosferycznych i stanu drewna stosujemy kanapki, bądź cygara. Po odwinięciu kawałka kory z kanapki lub cygara, ogień rozpalamy za pomocą krzesiwa (Fot. 3).

Fot. 2. Kanapki i cygara.

Fot. 3. Rozpalanie kanapki.


Od pewnego czasu w modzie są bransolety survivalowe. Oprócz paru metrów linki, taka bransoleta posiada również przydatne gadżety w postaci gwizdka, kompasu, krzesiwa i małego nożyka. Wszystkie wymienione drobiazgi w sytuacji survivalowej mogą okazać się bezcenne. O ile jednak korzystanie z kompasu, gwizdka, krzesiwa, czy też nożyka, nie stanowi żadnego problemu, to jednak korzystanie z linki nastręcza pewne trudności. Rozplatanie bransolety nie jest trudne i trwa tylko chwilę, ale jej zaplatanie wymaga już wprawy i czasu. A wykonanie tego w warunkach zimowych (sztywniejące na mrozie palce) może być kłopotliwe. Długość linki w bransolecie podyktowana jest rodzajem splotu oraz grubością naszej ręki. W przypadku odcięcia kawałka linki (np. do reperacji buta lub plecaka) może okazać się, że pozostała jej część jest zbyt krótka, aby powtórnie wykonać z niej bransoletę. Wymienione problemy z linką przyczyniły się do wymyślenia innego sposobu jej noszenia i wykorzystania. W ten sposób narodził się pomysł zrobienia z linki szlufki (Fot. 4, 5). Zaletą tego rozwiązania jest nie tylko bardzo szybki demontaż szlufki, ale również bardzo prosty i szybki sposób jej zakładania. Długość linki użytej do wykonania szlufki może wynosić od kilkunastu centymetrów do kilku metrów. Widoczna na fotografiach szlufka ma około 2 m długości. W przypadku potrzeby odcięcia kawałka linki nie musimy się martwić jej pozostałą długością. Na tak wykonanej szlufce można podwiesić, zarówno wysoko jak i nisko, różne akcesoria, na przykład łapawice (tak, aby wystawały spod kurtki).

Fot. 4. Szlufka z paracordu.

Fot. 5. Szlufka z paracordu w zbliżeniu.

Staszek

Alu, dziękuję za pomoc!

sobota, 21 listopada 2015

Budowa awaryjnych schronień z wykorzystaniem izolacyjnych właściwości śniegu

Ten artykuł napisałem ponad rok temu. Najpierw wysłałem go do czasopisma naukowego jednej z naszych wojskowych uczelni. Na recenzje czekałem aż 9 miesięcy, ponieważ recenzenci byli zajęci poligonami. Niestety, nasi żołnierze do poduszki wolą czytać Beara Gryllsa :-), więc moją pracę wysłałem do cywilnego czasopisma naukowego, gdzie zarówno czas oczekiwania na recenzję jak i sposób recenzowania mieścił się w ogólnie przyjętych normach.

Czytelnikom bloga życzę bezpiecznego zimowego eksperymentowania.

Staszek



http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim43_pdf/kedzia.pdf

wtorek, 20 października 2015

Survival w Wojsku Polskim

W trzecim odcinku z serii "Obalanie mitów" pisałem o licznych błędach podczas "poważnych szkoleń". Chyba wszyscy Czytelnicy naszego (mojego i Zdybiego) bloga domyślili się, że chodzi o polskie siły zbrojne. Pisząc ów post nie zamieściłem żadnych kompromitujących zdjęć, ani też odnośników, do szkoleń prowadzonych w naszej armii. Ale to, co zobaczyłem przed chwilą na filmiku zamieszczonym na stronie prezydenta Andrzeja Dudy jest w niektórych momentach tak żenujące, że trudno pozostawić ów pokaz niewiedzy bez komentarza. Toż to niektórzy nastoletni harcerze mają większą wiedzę z zakresu survivalu, niż żołnierze w naszym Wojsku Polskim. Z przykrością muszę niestety stwierdzić, że ten fatalny stan wiedzy z zakresu survivalu zielonego (nie mylić z survivalem militarnym ani też taktyką) dotyczy wszystkich naszych jednostek.

Staszek

http://www.facebook.com/andrzejduda/videos/1209391089077796/


Dodane 20 kwietnia 2017 r.

21 października 2016 r. miałem przyjemność uczestniczyć w konferencji naukowej „Obronność Polski XXI wieku”, zorganizowanej przez Akademię Sztuki Wojennej w Warszawie. Moje wystąpienie pod tytułem „Szkolenie survivalowe w Siłach Zbrojnych RP – rzeczywistość i perspektywy” zawierało krótką historię szkoleń survivalowych w naszych Siłach Zbrojnych, ich stan obecny oraz proponowane przeze mnie zmiany, mające na celu podniesienie poziomu tych szkoleń.

Kilka tygodni temu została wydana przez Wydawnictwo Akademii Sztuki Wojennej monografia pod podobnym tytułem co konferencja „Obronność Polski w XXI wieku”, zawierająca wystąpienia uczestników konferencji, w tym również moje.
Zamieszczony przeze mnie artykuł nie zawiera szczegółowego programu szkolenia survivalowego, natomiast wskazuje cele i sposoby ich osiągnięcia.

Monografię można zamówić w Księgarni Akademii Sztuki Wojennej.