Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.com

piątek, 7 grudnia 2012

Obalanie mitów

W większości dotychczas wydanych w Polsce poradników do survivalu można spotkać te same błędy, świadczące o tym, że autor danego podręcznika pisał go głównie na podstawie literatury, a nie własnych doświadczeń. Niestety, te błędy są wielokrotne powielane w internecie na różnych forach dyskusyjnych, blogach, itp., głównie za sprawą wirtualnych survivalowców. W survivalu, podobnie jak w bushcrafcie tak już jest, że wszystko, oczywiście w miarę możliwości, należy przetestować samemu. Dzięki temu zdobywa się doświadczenie i wypracowuje własne techniki.

Pamiętam moje początki w rozpalaniu ognia łukiem. Zgodnie z radami zawartymi w pewnym szacownym podręczniku świder wykonałem z twardego drewna, natomiast podkładkę z miękkiego. Nie powiem, że całkowicie zmarnowałem czas na te próby, bo wypracowywałem sobie technikę i po części kondycję, ale efekty mało mnie zadawalały. Dopiero wykonanie świdra i podkładki z tego samego drewna dały pożądany efekt.

W dużym stopniu mitem jest też informacja, że igłę przed zrobieniem z niej prowizorycznego kompasu, należy namagnesować pocierając ją w jednym kierunku o ubranie, najlepiej z jedwabiu. Więc pocierałem wszystkie igły o różne materiały i robiłem z nich prowizoryczne kompasy. Baaa …, nawet pisałem o tym w internecie. Ale mimo, że pocierałem je zawsze w tym samym kierunku, igły ustawiały się w stronę północy raz uchem, a raz zaostrzonym końcem. Nie dawało mi to spokoju, więc zacząłem wertować stare podręczniki jeszcze z czasów technikum mechanicznego. Wówczas dowiedziałem się, że niektóre rodzaje obróbki stali mogą powodować jej namagnesowanie.

Postanowiłem wówczas kupić kilka opakowań igieł od różnych producentów i przetestować je pod kątem fabrycznego namagnesowania. Łącznie uzbierało się około 100 igieł dużych i małych. Każdą igłę wbijałem w mały kawałek liścia lub patyczka i delikatnie kładłem do plastikowej miski z wodą. Następnie czekałem aż igła przestanie się obracać. Przyjętą pozycję zaznaczałem obok miski za pomocą patyczków. Następnie zmieniałem kierunek ustawienie igły i ponownie czekałem jaką ostatecznie zajmie pozycję. Jeżeli igła przynajmniej trzy razy z rzędu zajęła w krótkim czasie taką samą pozycję, uznawałem ją za dobrze namagnesowaną fabrycznie. Na około 100 przebadanych igieł, mniej więcej 80% procent wykazywało się dobrym namagnesowaniem. Około 20% było na tyle słabo namagnesowane, że potrzebowały dużo czasu na zajęcie właściwej pozycji, lub też zajmowały różne pozycje. Im igła była większa, tym szybciej ustawiała się we właściwej pozycji. Igły, nawet z tego samego opakowania, różnie ustawiały się w kierunku północy, jedne uchem, inne zaostrzonym końcem. W tym względzie trudno o jakąś regułę. Drewienko, czy też kawałek liścia, trawy, nie może być zbyt duży, aby nie stawiały zbyt dużego oporu przy obracaniu się wraz z igłą.

Z powyższego doświadczenia wynika, że mając w survivalowej puszce przybornik z igłami, jest mało prawdopodobne, że żadna z nich nie będzie dostatecznie dobrze namagnesowana fabrycznie, aby ustawić się na linii NS. Igły które nie są namagnesowane, można oczywiście namagnesować na kilka sposobów. Zamiast igieł można użyć również innych stalowych drobiazgów, które zamiast umieszczać w wodzie można powiesić na bardzo cienkiej nitce. Ale o tym innym razem. :-)

Staszek


Na poniższych fotkach zrobionych przez Darka Hajduka, w czasie szkolenia przeze mnie prowadzonego, widoczne są dwa prowizoryczne kompasy.





poniedziałek, 3 września 2012

Kaganek z hubiaka i żywicy

W dobrych poradnikach do survivalu znajdują się informacje mówiące o dużej przydatności świeczek w terenie. W każdej puszcze survivalowej powinna się znaleźć przynajmniej jedna świeczka, która posłuży nam nie tylko do rozpraszania mroku, ale odda również olbrzymią przysługę podczas rozpalania ogniska i pozwoli zaoszczędzić wiele zapałek. Ale każda świeczka kiedyś się w końcu wypali, możemy ją też zgubić lub zapomnieć zabrać.

Jak sobie poradzić w takiej sytuacji?

Natura zadbała o bardzo wiele rzeczy, w tym również o to, abyśmy mieli czym świecić i rozpalać ogniska. Tym bardzo przydatnym materiałem jest żywica drzew iglastych. Zapewne każdy z nas podczas wycieczek do lasu, a właściwie boru, zauważył, że w miejscach gdzie została uszkodzona kora drzewa iglastego wydobywa się kleista substancja, która z czasem twardnieje, tworząc różnego rodzaju nacieki. Wystarczy ją tylko zebrać do jakiegoś naprędce zrobionego naczyńka, na przykład z kory powalonego drzewa, i mamy problem z głowy. Aby rozpalić ognisko wystarczy na kawałek kory, najlepiej brzozowej, sypnąć garść żywicy, podpalić korę i podłożyć ją pod stos suchych i drobnych gałęzi. Taka ilość żywicy będzie się palić przynajmniej przez kilkanaście minut, płomieniem znacznie większym niż świeczka.

Ale co zrobić, kiedy chcemy użyć płonącej żywicy jako źródła światła?

Kora brzozowa po kilkunastu minutach się spali i trzeba znaleźć nową korę, ponownie wysypać na nią żywicę i podpalić. Przy dłuższym paleniu, a właściwie świeceniu, może się to okazać kłopotliwe, czasami wręcz niebezpieczne, jeżeli takiej płonącej kory nie umieścimy na jakimś płaskim, dużym kamieniu. Aby ominąć te problemy wystarczy znaleźć odpowiednio duży grzyb nadrzewny (bardzo dobrze sprawdzi się na przykład hubiak pospolity), wydrążyć w nim wgłębienie, wyrównać spód aby stabilnie i równo stał, a następnie wsypać do wgłębienia żywicę i na końcu włożyć mały kawałek płonącej kory. Pokazany na fotografiach kaganek palił się prawie 20 minut. Po tym czasie wystarczyło ponownie wsypać żywicy, aby kaganek nadal się palił. Powtarzając kilka razy tą czynność, paliłem kagankiem nieprzerwanie przez około 2 godziny. Po czym zgasiłem go i odłożyłem do mojego survivalowego magazynu z myślą o ponownym użyciu. :-)
Żywica drzew iglastych ma także wiele innych zastosowań w survivalu/bushcrafcie. Ale o tym może innym razem. :-)

Staszek

Uwaga !!!
Paląca się, jak również roztopiona żywica w kontakcie ze słabo osłoniętym ciałem powoduje bardzo dotkliwe oparzenia.


Żywica w naczyniu z kory brzozowej, zszytym łodygą jeżyny.

Hubiak po nożowej obróbce.

Rozpalanie.

Gotowe. :-)



poniedziałek, 23 lipca 2012

Coś o preparowaniu hubiaka pospolitego

Lubię czytać książki opisujące historie ucieczek z obozów hitlerowskich i sowieckich, życie codzienne partyzantów w czasie drugiej wojny światowej, dzienniki z dawnych podróży, itp. Są one kopalnią wiedzy o sposobach radzenia sobie w ekstremalnych warunkach. Opisują stare prymitywne metody, jakie stosowała dawniej ludność, która często w warunkach niedostatku i częściowej izolacji, musiała sobie radzić z problemami dnia codziennego. To była wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. To byli mistrzowie przetrwania. Dzisiaj wiedza ta w dużej mierze zanikła. Dobrze radzimy sobie w naszym skomputeryzowanym świecie, ale coraz bardziej oddalamy się od natury, która z każdym dniem staje się nam bardziej obca. A szkoda, bo natura tak wiele nam daje, ale my już nie umiemy z tego korzystać.

W filmie „Niepokonani” jest scena, w której więźniowie zakopują w śniegu ubranie tak, aby ponad śnieg wystawał tylko koniuszek odzieży. Po pewnym czasie wszy zaczęły gromadzić się na tym wystającym skrawku ubrania i jeden z więźniów strzepnął je ręką. Pierwszy raz z opisem tej metody spotkałem się czytając książkę o partyzantach z Polesia. Partyzanci zakopywali zawszone ubranie w ziemi, i podobnie jak w filmie, na powierzchni zostawiali tylko niewielką część garderoby. Po pewnym czasie dokuczliwe robactwo zbierało się na wystającym kawałku ubrania i trzeba było tylko przyłożyć zapaloną zapałkę aby je uśmiercić.

W książce „Długi marsz”, na podstawie której nakręcono wspomniany powyżej film, są zamieszczone informacje, że więźniowie zbierali całymi płatami nadrzewne grzyby i następnie je gotowali. Po wysuszeniu używali ich jako hubki do krzesiwa kowalskiego. Krzesiwa były robione najczęściej z gwoździ. W kolejnej książce „Tak daleko jak nogi poniosą”, opisującej ucieczkę niemieckiego jeńca wojennego z gułagu, do rozniecania ognia używano krzesiwa i specjalnego knota. Podejrzewam, że technika ta została wymuszona brakiem drzew, a tym samym i hub, na obszarze w jakim był ulokowany gułag.

Na survivalowych forach trwała swego czasu dyskusja, podczas której snuto domysły odnośnie celu, dla którego gotowano huby. Błyskoporek podkorowy, który rośnie głównie na brzozach, bez żadnego preparowania bardzo dobrze zapala się od iskry z krzesiwa kowalskiego. Wystarczy tylko aby był suchy. Więc nie ma potrzeby gotowania go. Pozostawało więc pytanie, czy na pewno gotowano błyskoporka?

W wielu regionach Europy i Azji, jako hubki do krzesiwa, używano hubiaka pospolitego, który dużo trudniej zapala się od krzesiwa niż błyskoporek, ale jest bardzo pospolitym grzybem i łatwo go znaleźć. Z tego powodu hubiak wzbogacany był różnymi roztworami, na przykład saletrą. Dzięki temu szybko łapał iskrę od krzesiwa. Jednakże jeńcy w gułagach raczej nie dysponowali saletrą. W jakim więc celu gotowali huby?

Wielu survivalowców (na przykład Dąb, Zdybi, Wilson) moczyło hubiaka w łatwo dostępnych w naturze roztworach popiołu, a nawet i moczu. Jednakże te eksperymenty nie przynosiły większego efektu z wyjątkiem eksperymentu Dęba, któremu po 14 dniach moczenia udało się uzyskać dobre łapanie iskry przez hubiaka. Ja również postanowiłem poeksperymentować i przez kilka godzin moczyłem w wodzie z domieszką popiołu z drzew liściastych hubiaka oraz bawełnę. Po wysuszeniu okazało się, że kąpiel poprawiła zdolności wymienionych materiałów do łapania iskry, ale niestety, podobnie jak u wspomnianych Kolegów, nie był to zadawalający efekt. Hubiak nadal zbyt trudno zapalał się od krzesiwa kowalskiego.

Przełomowa okazała się rozmowa z Hakasem. Babcia Hakasa swoją młodość spędziła w syberyjskiej tajdze, wśród swoich współplemieńców Hakasów. A ponieważ edukacją Babci zajmował się nie byle kto, tylko jedna z najważniejszych osób w tym plemieniu, więc Babcia posiadła olbrzymią wiedzę, którą po przeprowadzeniu się do Polski przekazywała swojemu wnukowi Olkowi. Hakas wspominał jak Babcia wykrawała z hubiaka pospolitego plastry wełenki i następnie gotowała je w wodzie, z dużą ilością popiołu z drzew liściastych (głównie brzozy). Do wody wrzucała również różne rośliny, na przykład topinambur. Po wygotowaniu rozbijała te plastry na większe i następnie suszyła.

Postanowiłem szybko przeprowadzić z tego zakresu eksperyment. Nie miałem akurat pod ręką popiołu z brzozy, ale miałem popiół z jabłoni, więc postanowiłem go użyć. Z góry założyłem, że nie będę dodawał żadnych słoneczników, ani też żadnych roślin strączkowych. Ponieważ na takie coś można sobie pozwolić w bushcrafcie, ale nie w survivalu, gdzie liczy się prostota i szybkość działania. Kiedy „zupka” zaczęła się gotować, dodałem kilka plastrów hubiaka, kawałek twardej części błyskoporka i niewielki zwitek bawełnianego bandaża. Po odpowiednio długim gotowaniu i zgęstnieniu się „zupki”, zacząłem suszyć wspomniane materiały. Na drugi dzień postanowiłem sprawdzić efekty gotowania. Otrzepałem z popiołu plastry hubiaka, zmechaciłem nożem ich obrzeża, przyłożyłem do ostrej krawędzi krzemienia i zacząłem uderzać krzesiwem kowalskim. Po kilku uderzeniach na zmechaconej krawędzi hubiaka pojawiła się maleńka czarna kropka, która zaczęła się rozrastać i pojawił się dym. Pomyślałem, że to może przypadek. Odciąłem żarzący się kawałek i spróbowałem powtórnie. I znowu po kilku uderzeniach hubiak zaczął się żarzyć. Postanowiłem wypróbować inne plastry. Efekt był podobny. Spreparowany hubiak zapalał się po kilku, lub kilkunastu uderzeniach krzesiwem w krzemień. Był to wynik gorszy od błyskoporka, ale zupełnie wystarczający, aby tak spreparowanego hubiaka używać jako hubki do krzesiwa kowalskiego lub noża.

Z powyższego eksperymentu wynika, że więźniowie gułagów najprawdopodobniej gotowali w wodzie z dodatkiem popiołu z brzozy hubiaka pospolitego, w celu poprawienia jego zdolności do zapalania się.

Niestety, gotowanie twardej części błyskoporka nie poprawiło jego zdolności do łapania iskry w porównaniu z jego miękką częścią. W przypadku bawełny nastąpiła poprawa w łapaniu iskry i żarzeniu się, ale od krzesiwa syntetycznego. Natomiast w przypadku użycia krzesiwa kowalskiego, wciąż pozostawała niepalna. Przy okazji potrenowałem zwęglanie bawełny bez użycia metalowej puszki.

Ów eksperyment dowiódł, że w przypadku sytuacji awaryjnej, po pierwszym czasochłonnym rozpaleniu ognia za pomocą łuku ogniowego (na skutek braku w okolicy błyskoporka podkorowego), można bez uciekania się do beztlenowego zwęglania bawełny lub innej odpowiedniej materii organicznej, łatwo spreparować powszechnie występującego hubiaka, gotując go chociażby w naczyniu z kory, które wiele lat temu wymyśliłem. Ale to już inna bajka. W ten sposób otrzymujemy hubkę, którą bardzo szybko i bez większego wysiłku możemy rozpalić ogień, pomagając sobie nożem i kawałkiem odpowiedniej skały.

Bardzo dziękuję Hakasowi za podzielenie się informacjami na temat sposobu w jaki jego Babcia preparowała hubiaka. Dzięki Olku !

Z błękitnym niebem
Staszek

Przypominam, że błyskoporek podkorowy (włóknouszek ukośny) jest w naszym kraju pod częściową ochroną!


Błyskoporek podkorowy i hubiak pospolity.

Krzesiwa od Małego Jastrzębia. Po lewej replika krzesiwa Sybiraków.


poniedziałek, 9 lipca 2012

O wyższości łuku ogniowego nad świdrem ręcznym

Rozpalanie ognia za pomocą świdra ręcznego jest jedną z najbardziej prymitywnych technik rozpalania ognia i jednocześnie jedną z najprostszych, ale niestety nie najłatwiejszą. O tym, że świder ogniowy nie zawsze sprawdza się w naszej strefie klimatycznej pisał Ray Mears. W podobnym tonie wypowiadał się między innymi Zdybi (Łukasz Zdyb) i Dąb (Marcin Jędrczak). Ja od początku mojej przygody z survivalem kładłem nacisk na metodę łuku ogniowego, jako najłatwiejszą do opanowania i najpewniejszą, i tego też uczę kursantów. Natomiast świder ręczny i pług ogniowy zawsze traktowałem jako ciekawostki, chociaż tej ostatniej z wymienionych metod poświęciłem dużo czasu.

W ostatnią niedzielę, korzystając z wolnej chwili, poszedłem do pobliskiego lasu aby uzupełnić materiały do moich pomocy naukowych. :-) Poprzedniego dnia była burza i popołudniu intensywnie padało. Deszcz padał również w nocy. Jednakże dzień wstał upalny i czuć było dużą wilgotność powietrza. Zanosiło się na kolejna burzę. Szybko zebrałem potrzebne mi materiały. Idąc brzegiem lasu zobaczyłem 2,5 m wysokości uschniętą sosnę, która była już mocno przechylona i jej korzenie wystawały z ziemi. Odciąłem około metrowej długości kawałek pnia i przyglądnąłem się jej wnętrzu. Drzewo musiało uschnąć przynajmniej z 3 lata temu. Moim zdaniem był to odpowiedni materiał na metodę świdra ręcznego. Po przyjściu do domu z cieńszej części odciąłem około 0,5 m na świder, natomiast z szerszej zrobiłem podkładkę. Od razu na końcu świdra przywiązałem kawałek sznurka i porobiłem pętle na obie dłonie, ponieważ uznałem, że tradycyjnie z tego materiału i w tych warunkach, nie uda mi się uzyskać żaru. Mimo, że dzięki sznurkowi mogłem uzyskać większy nacisk i nie tracić czasu na przekładanie dłoni do góry, jak to bywa w tradycyjnym kręceniu, to nie udało mi się uzyskać większego dymu. Z góry założyłem, że nie będę posiłkował się piaskiem, sypiąc go do otworu. Świder w najlepsze ślizgał się w podkładce, a moje dłonie od wewnątrz zaczynały w paru miejscach robić się niebezpiecznie czerwone.

Postanowiłem zmienić metodę. Odwiązałem sznurek, końcówkę świdra zaostrzyłem, przyniosłem docisk i łuk, zacząłem kręcić. I tu doszedłem do ciekawego odkrycia. Mianowicie bardzo fajnie wierci się długim świdrem, ponieważ lewą dłoń trzymającą docisk zastabilizowałem nie o nogę, ale o klatkę piersiową, dzięki czemu mogłem naprzeć tułowiem na świder, zwiększając tym samym siłę docisku. Niestety, do tego potrzebny jest idealnie prosty świder. Mój niestety był trochę wypaczony i raz po raz wyskakiwał z docisku lub podkładki. Przeciąłem więc świder na dwie części i używając jednej z nich, zacząłem wiercić. Po pewnym czasie pojawił się dym. Powierciłem jeszcze przez chwilę i odłożyłem świder. Z drzewnego pyłu przez chwilę szedł dym, ale niestety zanikł. Odczekałem kilka minut i ponownie zacząłem wiercić. Dym był gęstszy niż poprzednio, wierciłem też troszkę dłużej. Ale niestety i tym razem nie udało się uzyskać żaru. Z następnym kręceniem poczekałem trochę dłużej. Otwór był już na tyle głęboki, że materiału wystarczyć mogło jeszcze tylko na jedno wiercenie. Do kolejnych prób trzeba byłoby wiercić już w innym miejscu podkładki. Ponieważ sosna cechuje się miękkim drewnem, więc świder w miejscu w którym opasywała go linka, pocieniał i powodował ślizganie się linki. Zastanawiałem się chwilę nad użyciem żywicy do posmarowanie świdra, ale postanowiłem tylko zwiększyć naciąg łuku. Zacząłem kręcić, dym pojawił się bardzo szybko, ale kręciłem nadal. Po odłożeniu świdra dym wciąż unosił się i nie zamierzał zniknąć. Pomachałem dłonią nad dosyć już dużą (z trzech wierceń) kupką pyłu drzewnego, aby wymusić ruch powietrza. Po chwili pojawił się żar. Kawałkiem patyka podsunąłem pył z brzegów kupki bliżej środka. Dzięki dużej ilości pyłu drzewnego uzyskałem sporo żaru. Na tym zakończyłem doświadczenie.

Przeprowadzony eksperyment potwierdza większą niezawodność łuku ogniowego nad świdrem ręcznym. Dla znawców tego tematu, to nie nowina, a tylko kolejny dowód. Faktem jest, że świder ręczny wymaga tylko dwóch elementów: podkładki i świdra. Natomiast w metodzie łuku ogniowego potrzebny jest jeszcze docisk z twardego drewna i łuk. Żeby wykonać łuk potrzebna jest cięciwa. Zrobienie jej z materiałów naturalnych (łyko, włókna pokrzywy, o rzemieniu nie wspomnę :-)) wymaga trochę czasu i umiejętności. Ale trudno dzisiaj wyobrazić sobie turystę, żołnierza, czy też myśliwego bez żadnego sznurka. Wystarczą chociażby sznurówki, czy też któryś ze ściągaczy od kurtki. Natomiast świder ręczny w przeciwieństwie do łuku ogniowego, potrzebuje bardziej wyselekcjonowanego materiału pod względem gatunku i suchości drewna.

Staszek

poniedziałek, 2 lipca 2012

Poniżej podaje linki do kalkulatorów deklinacji magnetycznej:

http://www.ngdc.noaa.gov/geomag-web

http://magnetic-declination.com/

Staszek

http://www.ngdc.noaa.gov/geomag-web/

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Co nieco o ostrzeniu

Nóż, siekiera i piła z pewnością należą do najważniejszych narzędzi bushcraftowo-survivalowych. I jak wszystkie tego typu narzędzia w miarę użytkowania ulegają stępieniu. W necie jest mnóstwo mniej, lub bardziej poważnych filmów, instruujących o sposobach naostrzenia noża, czy też siekiery. Nie da się zaprzeczyć, że w sytuacji awaryjnej do naostrzenia obu tych narzędzi wystarczy odpowiednio duży i płaski okruch skały o drobnoziarnistej strukturze. Ale to dotyczy sytuacji awaryjnej, chociaż niektórzy stale w ten sposób ostrzą swoje narzędzia, co moim zdaniem prowadzi do ich przyśpieszonego zużycia. Przy ostrzeniu bardzo ważny jest kąt pod którym ostrzy się oraz odpowiednia ziarnistość materiału ściernego. Zmiana kąta ostrzenia, na przykład na mniejszy spowoduje, że krawędź tnąca będzie łatwiej wchodziła w rozcinany materiał, ale też będzie bardziej podatna na stępienie i uszkodzenie. Przy kolejnej zmianie kąta, tym razem na większy, trzeba będzie zebrać z klingi więcej materiału, co najczęściej przekłada się na dłuższy czas ostrzenia. Najlepszym rozwiązaniem jest utrzymywanie stałego kąta ostrzenia i ziarnistości ostrzałki odpowiadającej stopniowi stępienia krawędzi tnącej. O ile rozróżnienie wielkości ziaren skały nie nastręcza większych problemów, o tyle utrzymanie stałego kąta ostrzenia z obu stron klingi wymaga olbrzymiej wprawy. Zaprezentowane poniżej rozwiązania pozwalają na utrzymanie stałego kąta ostrzenia i kontrolę ziarnistości. Nie są to jednak metody awaryjne. Owe sposoby ostrzenia stosuję od lat, co bynajmniej nie oznacza, że muszą każdemu odpowiadać.

Zanim w naszym kraju stały się dostępne nowatorskie zachodnie ostrzałki, z powodzeniem stosowałem dwie metody ostrzenia, bardzo proste i tanie. Pierwsza polega na wycięciu z grubej na parę cm deski trójkąta o odpowiednich kątach (Fot. 1). Następnie należy kupić w sklepie motoryzacyjnym/narzędziowym/metalowym, itp. kilka arkuszy papieru ściernego o różnej gradacji do polerowania lakieru samochodowego. Arkusze tniemy na paski o tej samej szerokości, lub nieco cieńsze, co grubość deski z której wycięliśmy trójkąt i o długości równej lub większej najdłuższemu bokowi wyciętego trójkąta. Następnie za pomocą taśmy dwustronnej lub kleju przyklejamy pasek do najdłuższego boku trójkąta. Kładziemy tak skonstruowana ostrzałkę na poziomej, płaskiej powierzchni i trzymając nóż w poziomie lub pionie (w zależności jak nam wygodniej było ustawić ostrzałkę) przeciągamy krawędzią tnąca po pasku papieru ściernego. Ostrzymy takim ruchem, jakbyśmy chcieli przeciąć ów pasek. Przy odrobinie wprawy najpierw zużyje się papier, zanim potniemy go na tyle, aby uniemożliwić dalsze ostrzenie. Przy ostrzeniu w przeciwnym kierunku na krawędzi tnącej, zwłaszcza w klingach obrabianych cieplnie do niższej twardości, tworzy się tak zwany „drut”. Ze względu na gabaryty ten typ ostrzałki dobrze spisuje się w domu, natomiast w teren warto przygotować sobie nieco inną ostrzałkę, którą bez problemu możemy nosić w kieszeni ubrania.

Ostrzałkę w teren wykonujemy z cienkiej deski, może to być „sklejka”. Aby w terenie ustawić ją do ostrzenia pod odpowiednim kątem, wycinamy wcześniej z kawałka kartonu przymiar kątowy. Możemy na kartonie zaznaczyć też inne kąty, pod którymi zamierzamy ostrzyć nasze narzędzia. Na fotografii nr 2 i 3 widoczny jest karton wycięty pod kątem 20o, ale zaznaczony jest też drugi kąt 15o. Przykładamy przymiar kątowy do deseczki na której nakleiliśmy pasek papieru ściernego i następnie podkładamy pod nią z jednej strony odpowiednio gruby kamień lub patyk w taki sposób, aby ostrzałka uzyskała odpowiednie nachylenie. Jedną ręką przytrzymujemy ostrzałkę, a w drugiej ręce trzymamy nóż, którego krawędź tnącą przesuwamy po papierze ściernym, tym razem wykonując ruchy poziome (tak jest łatwiej ustawić ostrzałkę).

Jedną z najbardziej cenionych ostrzałek jest ostrzałka nożowej firmy Spyderco (Fot. 4). Posiada cztery pręty o trójkątnym przekroju w dwóch gradacjach i umożliwia ostrzenie pod katem 15o i 20o. Pręty można również zamontować na płasko i ostrzyć z tak zwanej „wolnej ręki”. Trójkątny przekrój prętów umożliwia także ostrzenie noży o ząbkowanej krawędzi tnącej. Ostrzałka nie należy do tanich, jednakże warta jest swojej ceny.

Ze względu na rozmiar i ciężar wspomniana wyżej ostrzałka Spyderco raczej nie nadaje się w teren. Z tego powodu do ostrzenia w terenie zabieram tak zwane „psie kostki” firmy Lansky (Fot. 5). Podobne ostrzałki, ale o przekroju trójkątnym i plastikowych końcówkach, umożliwiających ustawienie pod odpowiednim kątem, produkuje również firma Spyderco. W ostrzałkach firmy Lansky dla uzyskania odpowiedniego kąta ostrzenia, stosuję przycięte na odpowiednią długość rurki z tworzywa sztucznego. W każdej rurce wykonane jest wyżłobienie w celu polepszenia stabilizacji ostrzałki. „Psie kostki” produkowane są w różnych gradacjach. Do czyszczenia z drobin metalu tego typu ostrzałek w terenie używam zwykłej gumki do mazania, natomiast w domu gąbki, najczęściej nasączonej płynem do mycia naczyń.

W przypadku uszkodzenia krawędzi tnącej (wgniecenie, wykruszenie się) do wyprowadzenia nowej krawędzi używam pilników z pyłkiem diamentowym o różnych gradacjach (dzięki Fredi :-)) (Fot. 6). W celu wymuszenia odpowiedniego kąta ostrzenia płytki z pyłkiem diamentowym opieram o pręty, we wcześniej zaprezentowanej ostrzałce firmy Spyderco. Natomiast w teren, oprócz „psich kostek”, zabieram również mały pilniczek diamentowy firmy Victorinox, który służy do drobnych korekt krawędzi tnącej.

Pilnika Victorinoxa używam również do ostrzenia małych pił do drewna, na przykład firmy Fiskars. Piły wykonane z płaskownika o jednakowej grubości, w miarę używania wymagają oprócz ostrzenia, również odpowiedniego rozwiedzenia ząbków. Tą czynność wykonuję multitoolem Victorinoxa.

Staszek

Fot. 1. Trójkątna ostrzałka wycięta z grubej, drewnianej deski.


Fot. 2. Ostrzałka wykonana z kawałka cienkiej deski wraz z przymiarem kątowym.


Fot. 3. Ostrzałka podparta płaskimi kamykami.


Fot. 4. "Psie kostki" z odpowiednio przyciętymi rureczkami.


Fot. 5. Uniwersalna ostrzałka firmy Spyderco.


Fot. 6. Pilniki diamentowe.



poniedziałek, 7 maja 2012

Krótka relacja z mojego nocnego spaceru z Pawłem Drozdem z radiowej Trójki:

http://www.polskieradio.pl/120/2067/Artykul/593494/

Radiowy zapis jest pod linkiem zatytułowanym:
"Nocna wyprawa po bielskich lasach"


Staszek

czwartek, 26 kwietnia 2012

Test odporności krzesiw syntetycznych na korozję

Wstęp
Do testu zostały użyte dwa krzesiwa syntetyczne „no name”, sklasyfikowane przeze mnie jako pośrednie pomiędzy miękkimi a twardymi. Oba krzesiwa były nowe. Po wyciągnięciu z opakowania każde zostało sprawdzone pod kątem krzesania iskier. Następnie pręt krzesiwa o zielonym uchwycie został pokryty cienką warstwą oleju Victorinoxa. Za wyborem tego oleju przemawiała marka firmy i powszechna dostępność produktu, jego bezwonność, brak toksyczności potwierdzony dopuszczalnym kontaktem z żywnością, konsystencja. Powierzchnia pręta krzesiwa o czarnym uchwycie nie była niczym zabezpieczona.

Test 1
Pierwsza część testu polegała na pozostawieniu krzesiw na zewnętrznym parapecie okna, na okres ponad dwóch miesięcy [fot. 1]. Parapet był zadaszony przez okap dachu domu, jednakże podczas deszczów z udziałem wiatru, krzesiwa pokrywały się drobnymi kroplami wody. Po pierwszej części testu powierzchnie obu prętów pozostały czarne i wolne od jakiegokolwiek szaro-zielonego nalotu oraz wżerów widocznych gołym okiem. Natomiast oba pręty pokryły się pyłem i innymi drobinami niesionymi przez wiatr (zwłaszcza krzesiwo o zielonym uchwycie) [fot. 2, 3]. Tylko zeszlifowane powierzchnie blaszek, szczególnie tego z czarnym uchwytem, pokryły się rdzą.

Test 2
Druga część testu polegała na zanurzeniu obu krzesiw w wodzie, do około połowy wysokości prętów, na okres jednego tygodnia. Test był przeprowadzony w wilgotnej piwnicy.
Stan krzesiw był prawie codziennie sprawdzany. Po zakończeniu tej części testu okazało się, że najwięcej wżerów i szaro-zielonego nalotu posiada krzesiwo o czarnym uchwycie, którego powierzchnia nie była zabezpieczona olejem. Przy czym najgłębsze wżery powstały w połowie wysokości pręta, czyli na kontakcie wody i powietrza. Najmniej wżerów było w części całkowicie zanurzonej w wodzie [fot. 4]. Na dnie pojemnika z wodą, w miejscu gdzie było krzesiwo z czarnym uchwytem, zgromadziło się trochę czarnego proszku z korodującego się krzesiwa. Natomiast krzesiwo zabezpieczone jeszcze przed pierwszą częścią testu olejem Victorinoxa, było prawie wolne od wżerów i nalotu.

Test 3
Przed trzecią częścią testu oba krzesiwa zostały dokładnie wytarte do sucha, a następnie pręt krzesiwa z zielonym uchwytem ponownie został zabezpieczony olejem Victorinoxa. Podczas tej części testu, pręty obu krzesiw zostały owinięte w mokre chusteczki higieniczne [fot. 5] i dodatkowo zapakowane do szczelnego worka foliowego [fot. 6], zabezpieczającego chusteczki przed wyschnięciem. Ostatecznie całość została umieszczona na prawie tydzień na parapecie okna. Po trzeciej części testu na obu krzesiwach pojawiły wżery i nalot [fot. 7]. Przy czym na krzesiwie zabezpieczonym olejem, wżery i nalot były bardzo małe. Najgorzej wyglądało krzesiwo z czarnym uchwytem. Na całej długości pręta widoczne były nowe wżery i nalot.

Wnioski
Na podstawie przeprowadzonego testu można stwierdzić, że największy wpływ na korozję prętów krzesiw ma połączone działanie wody i powietrza. Najdobitniej dowodzi tego druga część testu, podczas której pręt krzesiwa bez olejowej powłoki najbardziej skorodował na kontakcie wody i powietrza. Nieco mniej skorodowała część wystająca ponad powierzchnię wody. Najmniejszej destrukcji uległa zanurzona część pręta. Trzecia część testu również potwierdziła, że największy wpływ na ulatnianie się krzesiwa ma współdziałanie wody i powietrza. Natomiast najmniej szkody wyrządziło krzesiwom długie, ponad dwumiesięczne „leżakowanie” na zewnętrznym parapecie okna. Pokrycie powierzchni krzesiwa warstwą oleju znacząco ogranicza korozję.

Przekładając wyniki testu na codzienność można stwierdzić, że pręty krzesiw najszybciej będą korodowały podczas noszenia w wilgotnych lub mokrych kieszeniach ubrań, jak również w szczelnych pojemnikach w których uwięziona została spora ilość wilgoci. W hermetycznych pojemnikach powietrze, które w temperaturze około 20 oC będzie w połowie nasycone parą wodną, w temperaturze niższej od 10 oC przekroczy temperaturę punktu rosy. Czyli wilgotność względna osiągnie 100%, a zawarta w powietrzu para wodna może zacząć się skraplać, co będzie miało niebagatelny wpływ na tempo korozji krzesiwa.

Staszek


Fot. 1.


Fot. 2.


Fot. 3.


Fot. 4.


Fot. 5.


Fot. 6.


Fot. 7.

wtorek, 3 kwietnia 2012

GPS w turystyce

Co to jest GPS ?

GPS (Global Positioning System) najczęściej tłumaczony jest jako Globalny System Nawigacyjny, Globalny System Pozycyjny (Pozycjonowania) lub też Globalny System Lokalizacyjny. Uważany jest za jedno z największych osiągnięć minionego wieku. Z GPS spotykamy się coraz częściej w naszym codziennym życiu, chociaż sami nie zawsze o tym wiemy. Oprócz oczywiście wojska GPS wykorzystywany jest bardzo szeroko przez cywilów, głównie w nawigacji morskiej, lądowej, lotniczej, szeroko rozumianej geodezji, jak również w transporcie, ratownictwie, telekomunikacji, budownictwie, ochronie, itd. Dzisiaj chyba trudno spotkać turystę, który w taki czy inny sposób, nie zetknąłby się z tym skrótem. Mimo, że każdy słyszał o GPS to jednak niewielu decyduje się na posługiwanie tego typu sprzętem. Głównymi przyczynami takiego stanu jest nadal wysoka cena odbiorników GPS (nie tylko w stosunku do cen w USA, ale również w innych zachodnich krajach) oraz brak należytej wiedzy o GPS i możliwościach jakie on nam daje. Wielu turystów GPS wyobraża sobie jako coś bardzo skomplikowanego w obsłudze, czyli wymagającego dużej wiedzy. Tymczasem obsługa prostego odbiornika GPS jest mniej skomplikowana od wielu nafaszerowanych „cudami” telefonów komórkowych. Spróbujmy więc spojrzeć na cały ten system globalnej nawigacji od strony potrzeb i umiejętności przeciętnego turysty.

Rodowodu GPS należy szukać, zresztą jak wielu innych bardzo użytecznych nowinek technicznych, w wojsku. Jak łatwo się domyślić chodzi o armię USA i armię byłego Związku Radzieckiego. Ponieważ te armie zawsze między sobą konkurowały, stąd też obecnie mamy dwa systemy globalnej nawigacji: amerykański NAVSTAR i rosyjski GLONASS. Od pewnego czasu do tego wyścigu próbuje dołączyć Europa ze swoim (jeszcze w budowie) GALILEO. Obecnie najczęściej wykorzystywanym przez turystów systemem jest amerykański NAVSTAR i o nim będziemy głównie mówić.

System GPS można podzielić na trzy segmenty:
1) kosmiczny – konstelacja przynajmniej 24 sztucznych satelitów krążących wokół Ziemi po 6 orbitach o nachyleniu 55o na wysokości ponad 20 000 km
2) naziemny – stacje naziemne (obsługujące i kontrolujące działanie tego systemu) rozmieszczone na różnych kontynentach
3) użytkowników – czyli między innymi nas turystów

Działanie GPS (w dużym skrócie)

Satelity krążące wokół ziemi przez 24 godziny na dobę wysyłają sygnały w których zakodowane są informacje potrzebne do zlokalizowania użytkownika (odbiornika). Nasz odbiornik (w wersji dla turystów), odbiera część tych sygnałów (część jest przeznaczona tylko dla wojska i uprawnionych odbiorców) i przetwarza je. W ten sposób (w dużym skrócie) nasz odbiornik w oparciu o odbierane dane z satelitów wyznacza swoje położenie. Aby odbiornik mógł odebrać poprawny (nie zniekształcony) sygnał z satelity, ów satelita musi być „widoczny” dla odbiornika i to w odpowiedniej wysokości nad horyzontem. Jeżeli więc znajdujemy się na bezleśnym szczycie górskim i obok nas jest jakaś budowla (np. schronisko) wówczas nasz odbiornik nie będzie odbierał sygnałów od satelitów zasłoniętych prze tą budowlę. To oznacza, że liczba satelitów „widocznych” (czyli takich od których nasz odbiornik odbiera poprawne sygnały) dla naszego odbiornika ulegnie zmniejszeniu, a tym samym dokładność wyznaczenia naszej pozycji może ulec pogorszeniu. Dokładność wyznaczenia naszej pozycji (czyli gdzie w danym momencie znajduje się nasz odbiornik a tym samym my) zależy bowiem głównie od ilości „widocznych” satelitów i ich rozmieszczenia na niebie. Przy czym, jak już napisałem wyżej, satelity GPS nie są satelitami geostacjonarnymi (nie są „zawieszone” w kosmosie tylko nad jednym i tym samym punktem na Ziemi) tylko krążą wokół Ziemi. Każdy satelita w ciągu doby w przybliżeniu dwukrotnie okrąża naszą planetę. Stąd też liczba satelitów „widocznych” dla naszego odbiornika, usytuowanego w danym miejscu na Ziemi, będzie w ciągu doby ulegać zmianie, tzn. nasz odbiornik przez pewną część doby będzie widział więcej, a przez pozostałą część doby mniejszą ilość satelitów. Skutkiem tego wyznaczenie naszej pozycji raz może być bardziej, a raz mniej dokładne. Napisałem „może być” ponieważ oprócz liczby „widocznych” satelitów ważne jest ich rozmieszczenie na niebie. Czasami mniejsza liczba „widocznych” satelitów, rozmieszczonych równomiernie w różnych częściach nieba (w danym momencie), da nam taką samą dokładność naszego położenia jak duża liczba „widocznych” satelitów nierównomiernie usytuowanych na niebie. To co napisałem, jest ważne zwłaszcza dla turystów znajdujących się na dużej szerokości geograficznej zarówno północnej jak i południowej. Na półkuli N (czyli północnej) powyżej 55o szerokości satelity będą widoczne głównie na południowej części nieba. Analogicznie będzie na półkuli S. Związane jest to z nachyleniem płaszczyzny orbit satelitów do płaszczyzny równika (55o). Ale bez obaw, system GPS gwarantuje nam, że w odkrytym terenie (odkrytym tzn. bezleśnym grzbiecie lub szczycie górskim gdzie nieba nie przysłaniają nam inne wyższe szczyty lub grzbiety, na morzu, dużym jeziorze, równinie) przez prawie całą dobę (prawie czyli przez 99,9% doby) będzie „widoczna” dla naszego odbiornika dostateczna ilość satelitów do zlokalizowania się. Do wyznaczenia naszej pozycji w poziomie (czyli długości i szerokości geograficznej) odbiornik GPS musi „widzieć” przynajmniej 3 satelity. Natomiast do wyznaczenia naszej pozycji w poziomie i pionie (czyli oprócz długości i szerokości geograficznej również wysokości nad poziomem morza określanej też mianem wysokości bezwzględnej) odbiornik potrzebuje „widzieć” nie mniej niż 4 satelity. Oczywiście, im więcej „widzi” tym lepiej. Jeżeli więc stoimy na wspomnianym wcześniej górskim szczycie i owe schronisko przysłania nam zbyt dużą (w danym momencie) ilość satelitów, wówczas możemy oddalić się od schroniska na kilkanaście metrów lub czasami wystarczy poczekać aż zmieni się na niebie rozmieszczenie satelitów. Przy czym czekanie na zmianę rozmieszczenia satelitów ma tylko wówczas sens, kiedy wiemy że liczba satelitów „widzianych” przez nasz odbiornik ulegnie za jakiś czas zwiększeniu. W przypadku, gdy schronisko jest duże a my chcemy zrobić pomiar tuż przy jego ścianie, to czekanie na zmianę w rozmieszczeniu satelitów może nie wystarczyć i wówczas trzeba będzie się jednak trochę oddalić od budynku w celu odsłonięcia większej części nieba.

Dokładność wskazań GPS

W odkrytym terenie przez większą część doby nasz odbiornik GPS powinien określać nasze położenie z dokładnością do kilku, ewentualnie kilkunastu metrów. Jeżeli mamy odbiornik przystosowany do odbioru sygnałów EGNOS (European Geostationary Overlay System – jest to system wspomagania satelitarnego, działający na terenie Europy, mający na celu zwiększenie dokładności pomiarów GPS, na terenie USA odpowiednikiem EGNOS jest WAAS) wówczas dokładność wskazań powinna się zwiększyć do około paru metrów. To oczywiście dotyczy terenu odkrytego. Natomiast w terenie górskim podczas wędrówki dnem głębokiej i ostro wciętej doliny, kiedy większa część nieba jest zasłonięta przez zbocza doliny, liczba „widzianych” przez nasz odbiornik GPS satelitów ulegnie znacznemu zmniejszeniu. Tym samym pogorszy się dokładność w wyznaczaniu naszej pozycji. Może również dojść do sytuacji w której nasz odbiornik będzie „widział” tylko 1 lub 2 satelity i wówczas wyznaczenie naszej pozycji będzie niemożliwe. W takim przypadku, kiedy większa część nieba jest zasłonięta, czekanie na zmianę rozmieszczenia satelitów (licząc na zwiększenie liczby „widzianych” satelitów) raczej nie pomoże w ustaleniu naszej pozycji. Wówczas pozostaje nam wyznaczyć nasze położenie w tradycyjny sposób (mapa i busola) lub wspiąć się (jeżeli to jest możliwe) na zbocze w celu „odsłonięcia” większej części nieba.
Taka sytuacja, z brakiem dostatecznej liczby „widzianych” satelitów może nam się przydarzyć również w gęstym, najczęściej liściastym lesie (wówczas korony drzew będą tłumić sygnał) lub też w mieście o zwartej i wysokiej zabudowie. Podczas wyznaczania naszej pozycji przy użyciu GPS w wyżej wymienionych miejscach (w głębokich dolinach, pomiędzy budynkami czy też dużymi samochodami, gęstym lesie) sygnał docierający od satelitów do naszego odbiornika może być zniekształcony (!!!) na skutek odbicia od zboczy doliny, ścian budynku, samochodów czy też podczas przechodzenia przez gęste korony drzew. I mimo, że na ekranie odbiornika wyświetlany szacunkowy błąd pomiaru pozycji (EPE – Estimated Psition Error) będzie wynosił np. 14 m to rzeczywisty błąd naszej wyznaczonej pozycji może sięgać kilkuset metrów lub nawet więcej. Należy na to zwrócić szczególną uwagę. Natomiast bez obaw możemy dokonywać pomiarów w namiocie, oczywiście pod warunkiem, ze namiot stoi w dostatecznie odkrytym terenie. Zniekształcenia sygnału spowodowane ściankami namiotu są nieistotne przy pomiarach do celów turystycznych. Problem może pojawić się w momencie, kiedy nasz namiot będzie posiadał np. metalizowaną powłokę do obijania promieniowania cieplnego ale i w tym przypadku błąd pozycji nie powinien być duży. Pomiary odbiornikiem GPS do celów turystycznych również możemy wykonywać w czasie mgły, pełnego zachmurzenia, opadu deszczu i śniegu. Należy jednakże pamiętać, że błąd w wyznaczeniu naszego położenia w pionie (czyli wysokości nad poziomem morza) może być około 2 - 3 razy większy od błędu naszej pozycji w poziomie.
Po włączeniu GPS nasza pozycja zostanie wyświetlona zaraz po odebraniu i przetworzeniu sygnałów od wymaganej minimalnej liczby satelitów. Jeżeli jednak zależy nam na dokładniejszym wyznaczeniu naszej pozycji, to warto poczekać aż odbiornik GPS przetworzy sygnały od wszystkich „widzianych” satelitów. Informacja o liczbie „widzianych” satelitów i przetworzeniu odebranych sygnałów wyświetlana jest na ekranie odbiornika. Jeżeli nasz odbiornik GPS nie był włączony przez kilka tygodni (włączony na tyle długo aby mógł się zlokalizować) lub w czasie kiedy odbiornik był wyłączony, przemieściliśmy się o przynajmniej kilkaset km, wówczas czas potrzebny do wyznaczenia naszej pozycji ulegnie wydłużeniu do kilku minut. Natomiast przy częstym włączaniu odbiornika np. podczas marszu na azymut, ustalenie naszej pozycji powinno trwać poniżej 1 minuty.

Dokładność wskazań GPS a dokładność map

Przeciętny turysta pieszy w swych wędrówkach wykorzystuje najczęściej mapy turystyczne wykonane w skali od 1:25 000 do 1: 75 000. Bardziej wymagający turysta może pokusić się o zakup map topograficznych w skali 1:10 000, 1: 25 000 i 1:50 000. Użycie map w turystyce pieszej (zwłaszcza w górach) w skali 1:100 000 i więcej jest problematyczne ze względu na małą dokładność (duży stopień generalizacji) takowych map. Z wymienionych wyżej map najdokładniejszą jest mapa topograficzna w skali 1:10 000, na której odcinek o długości 1 mm będzie odpowiadał w terenie (czyli w rzeczywistości) odcinkowi o długości 10 m. Biorą pod uwagę dokładność wykonania map, przymiarów (czyli np. linijek) oraz nasze możliwości (często gdzieś na szlaku, drodze, namiocie) zaznaczania i odczytywania współrzędnych interesujących nas obiektów, 1 mm wydaje się być górną granicą naszej dokładności. Jak już wyżej napisałem 1 mm na najdokładniejszej i ogólnie dostępnej mapie topograficznej równa się 10 m w terenie. Natomiast dokładność lokalizacji odbiorników GPS (z odbiorem sygnałów EGNOS) w sprzyjających warunkach wynosi parę metrów. Tak więc dokładność wyznaczania pozycji obecnie produkowanych turystycznych odbiorników GPS jest większa (oczywiście w sprzyjających warunkach) niż nasze możliwości zaznaczania i odczytywania współrzędnych obiektów nawet na najdokładniejszej mapie topograficznej.
Ale są sytuacje kiedy dokładność lokalizacji rzędu 2-3 m nie jest przesadą. Jeżeli podczas wędrówki zaplanujemy dojście do jakiegoś obiektu oraz powrót tą samą lub prawie tą samą trasą i nie chcemy przez cały czas dźwigać np. wszystkich konserw lub zebranych po drodze ciekawych okazów skał, wówczas możemy zostawić na naszej trasie ukryty gdzieś w krzakach depozyt. W takim przypadku dokładność wskazań GPS rzędu paru metrów (zwłaszcza w sytuacji pogorszenia się pogody w postaci mgły) znacznie przyśpieszy odnalezienie depozytu.

Współpraca GPS z mapą i busolą

Chyba większość obecnie wydawanych map turystycznych i planów miast oraz wszystkie mapy topograficzne posiadają znormalizowane układy współrzędnych (siatka kartograficzna z opisanymi w ramce współrzędnymi). Często na okładce takiej turystycznej mapy/planu jest umieszczony napis typu „GPS”, mający nas informować o możliwości współpracy tej mapy z GPS. Jednakże nie na wszystkich tego typu mapach stosowany jest ten sam układ współrzędnych a tym samym ten sam układ odniesienia.

Do najczęściej obecnie stosowanych współrzędnych i układów należą:

1) Współrzędne geograficzne z układem odniesienia WGS-84
2) Współrzędne prostokątne płaskie:
a) UTM z układem odniesienia WGS-84
b) PUWG-1992 (lub PUWG-92) z układem odniesienia WGS-84 (na mapach jest informacja „Elipsoida GRS-80” co pozwala przyjąć układ WGS-84)

Aby można było współrzędne naszego położenia, odczytane z odbiornika GPS, przenieść na mapę i oczywiście odwrotnie, czyli współrzędne odczytane z mapy zapisać w odbiorniku GPS, należy w GPS ustawić taki sam układ współrzędnych i odniesienia jaki zastosowano na danej mapie (!!!). Jest to warunek, bez spełnienia którego współpraca GPS z mapą jest niemożliwa.

Najpierw z mapy musimy odczytać informacje o rodzaju współrzędnych i w oparciu o jaki układ powstały te współrzędne. W tym celu przyglądamy się siatce kartograficznej na mapie. Jeżeli w ramce (na obrzeżach mapy) zarówno przy południkach jak i równoleżnikach mamy podane stopnie i minuty (np. 19o 43`), to oznacza ze na danej mapie zastosowano współrzędne geograficzne. Pozostaje nam jeszcze ustalić w oparciu o jaki układ sporządzono tą siatkę. Ta informacja na mapach turystycznych podawana jest (o ile jest podana) najczęściej w legendzie. Natomiast w przypadku braku takiej informacji nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaryzykować i przyjąć układ odniesienia WGS-84. Oczywiście to najlepiej przy najbliżej okazji sprawdzić w terenie, odczytując z GPS współrzędne np. przystanku autobusowego na którym właśnie stoimy i następnie porównać te współrzędne ze współrzędnymi owego przystanku odczytanymi z mapy. Jeżeli jest zgodność pomiędzy współrzędnymi z mapy i GPS wówczas oznacza to, że najprawdopodobniej właściwie odgadliśmy układ odniesienia.
Jeżeli siatka kartograficzna ma mapie turystycznej tworzy prostokąty i jest opisana cyframi, bez żadnych stopni czy minut, wówczas na mapie zastosowano współrzędne prostokątne płaskie UTM lub też PUWG-92. Na mapach topograficznych siatka kartograficzna zawsze tworzy współrzędne prostokątne płaskie. Informacji o tym, czy to są współrzędne prostokątne płaskie UTM, czy też PUWG-92 musimy szukać w legendzie, bądź też w okolicach górnej lub dolnej ramki. Jeżeli mamy do czynienia z siatką UTM wówczas sprawa jest prosta, podobnie jak w przypadku współrzędnych geograficznych. Wchodzimy w menu GPS i w okienku z napisem POSITION FRMT wybieramy UTM (przy współrzędnych geograficznych wybieraliśmy hdddomm.mmm` czyli stopnie, minuty i tysięczne minuty), natomiast w okienku MAP DATUM, tak samo jak przy współrzędnych geograficznych wybieramy WGS 84.
Jeżeli na mapie zastosowano współrzędne PUWG-92 wówczas sprawa się trochę komplikuje, ponieważ PUWG-92 nie jest zdefiniowany w GPS i musimy sami to zrobić. W odbiorniku GPS okienko MAP DATUM pozostaje bez zmian, czyli zostawiamy WGS-84, natomiast w okienku opisanym jako POSITION FRMT wybieramy USER GRID i przystępujemy do definiowania PUWG-92.

W poszczególnych okienkach wpisujemy następujące wartości:

LONGITUDE ORIGIN: E019o00.000`
SCALE: 0.9993000
FALSE E: 500000.0
FALSE N: -5300000.0

Przy wpisywaniu powyższych danych należy zwrócić uwagę na ilość miejsc, które musimy wypełnić cyframi. Jeżeli w FALSE E mamy wpisać 500000, natomiast w okienku GPS mamy 9 miejsc (.) to wówczas wpisujemy do GPS 00500000.0

Jeżeli w GPS wybraliśmy współrzędne geograficzne wówczas zapisane przez nasz odbiornik współrzędne będą miały postać:

N 50 o 03.703` szerokość geograficzna północna (N-półkula północna, 50 stopni, 3 minuty, 0.703 minuty)
E 019 o 56.240` długość geograficzna wschodnia czyli na wschód od południka zerowego przebiegającego przez Greenwich w Londynie (półkula wschodnia, 19 stopni, 56 minut i 0.240 minuty)

Jeżeli na mapie linie siatki są poprowadzone co 1 minutę, wówczas tysięczne minuty musimy sobie sami odmierzyć np. za pomocą linijki, ekierki lub specjalnie sporządzonego przymiaru (Ryc. 1).

W przypadku wybrania współrzędnych prostokątnych płaskich UTM ta sama pozycja przybierze postać:

34 U 0423940 (34-oznaczenie strefy, U-oznaczenie pasa, 423 km i 940 m na wschód od początku układu danej strefy)
UTM 5546033 (UTM-czyli Universal Transverse Mercator, 5 546 km 33 m na północ od równika)

Natomiast we współrzędnych prostokątnych płaskich PUWG-92 pozycja ta będzie następująca:
0567069
USR 0244249
(USR-oznacza układ współrzędnych zdefiniowany przez użytkownika, czyli w tym przypadku będzie to PUWG-92, pozostałe liczby oznaczają podobnie jak w przypadku UTM odległości wyrażone odpowiednio w kilometrach i metrach mierzone na północ (244 km, 69 m) oraz wschód (567 km, 69 m).

Na mapach topograficznych o współrzędnych prostokątnych płaskich linie siatki kartograficznej poprowadzone są w zależności od wymienionych wcześniej skal, co 1 lub 2 km. Domierzanie w metrach przeprowadzamy, podobnie jak w przypadku współrzędnych geograficznych, za pomocą linijki, ekierki lub specjalnie sporządzonego przymiaru (Ryc.1). Niektórzy wydawcy map turystycznych dołączają do mapy taki przymiar wraz z objaśnieniami dotyczącymi posługiwania się nim.

Do współpracy z GPS najlepsza jest mapa z układem współrzędnych płaskich prostokątnych (UTM, PUWG-92), ponieważ nawet za pomocą zwykłej linijki łatwo odmierzyć współrzędne od linii tworzących prostokąty. Natomiast w przypadku współrzędnych geograficznych, gdzie linie siatki tworzą figury zbliżone do trapezów jest znacznie trudniej odmierzyć współrzędne, nawet za pomocą specjalnego przymiaru.

Uzupełnieniem GPS jest busola/kompas. W przypadku pozostawienia depozytu (sytuacji opisanej wcześniej) w drodze powrotnej wystarczy w GPS wyświetlić wcześniej zapisane współrzędne depozytu a GPS automatycznie sam nam poda odległość i azymut. Wówczas możemy wyłączyć nasz odbiornik i wskazany azymut ustawić na busoli. Dalsze postępowanie jest już analogiczne jak w biegach na orientacje, czyli staramy się utrzymać obrany azymut i ocenić odległość. Kiedy uznamy, że znajdujemy się już blisko depozytu wówczas możemy ponownie włączyć GPS i kierować się już bezpośrednio jego wskazaniami, aż do momentu odnalezienia naszych ukrytych rzeczy. Oczywiście, że można nie wyłączać GPS i przez cały czas kierować się jego wskazaniami, rezygnując z użycia busoli. Jednakże nie będzie to ani ekonomiczne (szybkie zużycie baterii), ani bezpieczne (w momencie naszego zagubienia się już częściowo zużyte baterie będą pracowały krócej), ani też wygodne (mała busola poprzez swoje wymiary i wagę jest wygodniejsza w użyciu niż GPS).

W niniejszym opracowaniu nie omówiłem sposobu definiowania w odbiornikach GPS innych układów, ponieważ wychodzą one z użycia (1965) albo też nie są używane na mapach o wcześniej wymienionych skalach (GUGiK-80).

Opis postępowania przy wyborze i definiowaniu współrzędnych i układów został przeprowadzony w oparciu o jedne z najczęściej używanych w Polsce odbiorników turystycznych GPS firmy Garmin (seria eTrex).

Najważniejsze funkcje GPS

1. Obliczenie i zapisywanie współrzędnych zarówno w postaci punktów jak i przebytej trasy.
2. Możliwość powrotu najkrótszą drogą lub po śladach do dowolnie wcześniej zapamiętanego punktu.
3. Określenie odległości i azymutu do dowolnie wcześniej zapisanego w pamięci odbiornika punktu.
4. Wyznaczanie prędkości, aktualnego azymutu, podczas przemieszczania się oraz oszacowanie czasu potrzebnego do pokonania określonej trasy.
5. Dokładne wyznaczanie czasu.
6. Wyznaczanie wschodów i zachodów Słońca dla dowolnego miejsca na Ziemi.

O czym warto pamiętać ?

Planując zakup GPS wybierzmy model, który będzie optymalny do naszych potrzeb. Starajmy się raczej nie kupować drogiej wersji odbiornika z dużą ilością różnych funkcji, znacznie przekraczających nasze turystyczne potrzeby.

Odbiornika GPS nie należy rozkręcać, nie tylko ze względu na możliwość utraty wodoodpornośći ale również ze względu na ulotnienie się gazu z wnętrza naszego odbiornika, przeciwdziałającemu między innymi skraplaniu się pary wodnej (przy niskich temperaturach) w GPS .

Jeżeli do odbiornika GPS zastosujemy baterie alkaliczne, wówczas musimy się liczyć ze spadkiem ich sprawności w niskich temperaturach (podobnie jak akumulatora w samochodzie). Jeżeli chcemy uniknąć tego problemu trzeba zakupić baterie litowe, które są droższe od alkalicznych ale prawie niewrażliwe na niskie temperatury i odznaczają się większą pojemnością (dłużej będą pracować). Dla osób często używających GPS najtańszym rozwiązaniem będzie zakup akumulatorków z ładowarką. Częste włączanie podświetlenia ekranu w odbiorniku GPS dodatkowo skraca żywot baterii.

Kupując GPS pamiętajmy o zakupie do niego dobrego futerału. Najlepiej takiego w którym można będzie umieścić zapasowe baterie.

Ze względu na rodzaje anten zastosowanych w odbiornikach GPS, niektóre odbiorniki lepiej będą odbierać sygnały w pozycji pionowej, inne w pozycji poziomej.

Wyjeżdżając do krajów o „egzotycznym” ustroju warto sprawdzić czy wwożenie i używanie GPS nie jest tam zabronione.

Odbiorniki GPS odbierają sygnały wysyłane przez satelity, natomiast nie emitują własnych sygnałów radiowych (w przeciwieństwie np. do telefonów komórkowych).

Użytkowanie odbiorników GPS jest bezpłatne, przy czym USA jako właściciel NAVSTAR zastrzegł sobie na terenach objętych np. konfliktami zbrojnymi wprowadzenie zakłóceń sygnałów GPS (Selective Availability – powodujące obniżenie dokładności w wyznaczaniu pozycji odbiornika GPS) lub nawet przerwę w odbiorze sygnałów.

Każdy doświadczony turysta planując swój wyjazd np. w teren z namiotem nie zabierze tylko jednej latarki. Analogicznie jest z GPS. Zabierając GPS nie zapomnijmy zabrać busoli i mapy. Busola jest nie tylko uzupełnieniem GPS w sytuacjach wyżej opisanych ale również w przypadku gdy zawiedzie nas GPS (uszkodzimy go, stracimy, rozładują się baterie, brak sygnału) wówczas możemy skorzystać z busoli.

Podczas wyprawy nawet najlepszy sprzęt będzie tylko niepotrzebnym balastem, jeżeli nie nauczymy się nim właściwie posługiwać. Tylko dobre opanowanie obsługi GPS pozwoli nam należycie wykorzystać jego możliwości w trudnych sytuacjach (nocy, mgle, mrozie, śnieżycy, silnym wietrze itp.). Pamiętajmy o tym zanim wyruszymy na „szerokie wody”.

Do zobaczenia na bezdrożach
Staszek


Powyższy tekst został napisany z myślą o potrzebach i wiedzy przeciętnego turysty, dlatego słownictwo jak również prezentowane zagadnienia związane z GPS, zostały znacznie uproszczone.


Literatura:

Graszka W., Lipiński E. J., 2001, AB lokalizacji satelitarnej GPS w sporcie, turystyce i rekreacji. Wojskowe Stowarzyszenie ”Sport-Turystyka-Obronność”, Harcerskie Biuro wydawnicze „Horyzonty”, Warszawa s. 96.

Narkiewicz J., 2003, GPS Globalny System Pozycyjny. Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, Warszawa, s. 164.


Po licznych doświadczeniach z różnymi przymiarami skonstruowałem przymiar, który można zastosować zarówno do map ze współrzędnymi geograficznymi jak również prostokątnymi płaskimi, niezależnie od skali mapy.

Ryc. 1.Dwa różnej wielkości przymiary (waypointery) zarówno do map z siatką kilometrową jak i geograficzną oraz sposób ich wykorzystania.






Miernik do map topograficznych (siatka kilometrowa), głównie do map dziesiątek. Przy drukowaniu należy zwrócić uwagę aby długość boku po wydrukowaniu wynosiła dokładnie 10 cm. Po wydrukowaniu na folii i przycięciu do odpowiednich rozmiarów należy całość dwustronnie zafoliować.



Tabela przeliczeniowa jednostek kątowych (stopni, minut i sekund) na jednostki metryczne.

Wykorzystanie w turystycznej nawigacji satelitarnej map nie przystosowanych do współpracy z GPS-em

Obecnie na rynku jest coraz więcej map przystosowanych do współpracy z odbiornikami GPS. Mapy te posiadają siatkę ze współrzędnymi geograficznymi lub siatkę kilometrową (UTM, PUWG-1992). Jednakże nadal jest wydawanych wiele map nie posiadających żadnej siatki, lub jest to siatka oznaczona w pionie kolejnymi literkami alfabetu a w poziomie kolejnymi cyframi (bądź opisane w odwrotnej kolejności), służąca tylko do łatwiejszego odnalezienia obiektów (miejscowości, ulic, itp.) opisanych w części tekstowej na odwrotnej stronie mapy. Czasami można kupić mapy, które wprawdzie posiadają siatkę ale wykonaną w nieznanym układzie, dotyczy to głównie map zagranicznych. Według większości poradników z zakresu terenoznawstwa tego rodzaju mapy nie nadają się do nawigacji z użyciem GPS-a. Jednakże czasami nie mamy możliwości kupna innej mapy, ponieważ są to jedyne mapy które prezentują interesujący nas obszar i jesteśmy skazani na korzystanie z nich. Oczywiście, że najlepiej mieć mapę przystosowaną do współpracy z GPS-em ale w przypadku braku takowej mapy możemy, wbrew temu co piszą poradniki, również i taką mapę wykorzystać do nawigacji satelitarnej. Są przynajmniej dwa sposoby pozwalające do pewnego stopnia na współpracę GPS-a z takimi mapami.

1. Jeżeli mapę udało nam się zakupić przed wyjazdem, możemy w internecie poszukać informacji o obiektach (np. szczytach, schroniskach) które znajdują się na zakupionej przez nas mapie. Często przy opisie owych obiektów podane są ich współrzędne (najczęściej geograficzne). Wówczas takie współrzędne (minimum cztery punkty, najlepiej jeżeli są usytuowane na obrzeżach mapy w pobliżu każdego rogu mapy), nanosimy na mapę i w oparciu o nie, na zasadzie interpolacji i ekstrapolacji, nanosimy siatkę ze współrzędnymi. Do odczytania współrzędnych wybranych obiektów na mapie możemy również wykorzystać program Google Earth. Jeżeli tylko zamieszczone w Internecie zdjęcie lotnicze interesującego nas obszaru jest dostatecznie czytelne (a z tym różnie bywa nawet dla naszego kraju), możemy odczytać współrzędne wybranego obiektu i następnie nanieść je na mapę. Należy mieć jednak na uwadze, że w niektórych krajach mapy mogą ze względów obronnych nie odzwierciedlać rzeczywistego położenia niektórych obiektów, np. ważnych mostów.

Jest to może trochę żmudna praca ale daje najlepsze efekty podczas późniejszej nawigacji z GPS-em. Siatkę kilometrową nanosi się najłatwiej, więc w przypadku kiedy zdobędziemy (np. w Internecie) współrzędne geograficzne interesujących nas obiektów, to warto po zapisaniu ich w GPS-ie zamienić na współrzędne kilometrowe, np. w układzie UTM. Należy jednak pamiętać, że tak sporządzona siatka nie będzie tak dokładna, jak już istniejące siatki na mapach przystosowanych do nawigacji satelitarnej !

Czasami jednak nie mamy możliwości zakupu takiej mapy przed wyjazdem i niestety kupujemy ją dopiero na miejscu, czyli po przyjeździe w interesujący nas rejon. Jeżeli dysponujemy własnym środkiem transportu i istnieje możliwość objechania (okrążenia) terenu prezentowanego na mapie, wówczas możemy sami pomierzyć GPS-em współrzędne punktów (wcześniej zlokalizowanych na zakupionej mapie) i w oparciu o nie wrysować siatkę. Najlepszymi do tego punktami są, ze względu na łatwość lokalizacji przez nas na mapie i w terenie oraz zgodność usytuowania ich sygnatur na mapie z rzeczywistym położeniem w terenie, mosty na rzekach, wiadukty, skrzyżowania i rozwidlenia dróg, przejazdy kolejowe. W ostateczności możemy pomierzyć również współrzędne np. przydrożnych kapliczek, krzyży, stacji benzynowych ale należy mieć na uwadze, że czasami sygnatury tych obiektów nie zawsze znajdują się dokładnie tam, gdzie rzeczywiście znajduje się dany obiekt. Dotyczy to map turystycznych.

2. Jeżeli nie mieliśmy możliwości wcześniejszego ustalenia współrzędnych wybranych obiektów na naszej mapie ( a tym samym wrysowania siatki) to możemy to robić w trakcie wycieczki.

Załóżmy, że rycina 1 przedstawia wycinek obszaru z zakupionej właśnie mapy. Po jej gruntownym przestudiowaniu postanawiamy dojechać autobusem do przystanku usytuowanego w przysiółku Bacowiska i stamtąd wyruszyć zielonym szlakiem do schroniska pod Kopą. Po opuszczeniu autobusu na przystanku Bacowiska, włączamy GPS i zapisujemy w jego pamięci współrzędne przystanku (tworzymy tzw. waypoint). Jednocześnie na mapie ów przystanek obrysowujemy ołówkiem i wpisujemy obok numer punktu pod którym został on zapisany w GPS-ie. Po dotarciu na szczyt Cisowej Grapy powtórnie włączamy GPS i zapisujemy w nim współrzędne szczytu, zaznaczając jednocześnie ołówkiem ów szczyt na mapie i wpisując obok niego numer przyporządkowany mu w GPS-ie. Takie operacje powtarzamy co pewien czas, oczywiście w punktach, które udało nam się bez żadnych wątpliwości zlokalizować na mapie i w terenie. W miejscach takich jak szczyty, przełęcze, często znajdują się tablice informacyjne podające nie tylko nazwę szczytu/przełęczy ale również wysokość owego szczytu/przełęczy nad poziomem morza. Jeżeli takowej tablicy nie ma, to pozostaje nam tylko obserwacja ukształtowania terenu i śledzenie wysokości podawanej nam przez GPS lub altymetr. Na naszej mapie kolejnymi punktami pomiarowymi będą Barania Przełęcz oraz szczyt Groń.

Niestety upojeni pięknymi widokami, schodząc z Gronia mylimy ścieżki i zamiast pójść szlakiem w kierunku N-E (północno-wschodnim), idziemy nie oznakowaną ścieżką w kierunku S-E (południowo-wschodnim). Naszą pomyłkę zauważamy dopiero w momencie kiedy kończy się ścieżka. Oczywiście, pierwszą naszą reakcją powinien być powrót do ścieżki i miejsca w którym ostatni raz widzieliśmy zielony szlak. W naszym przypadku będzie to oznaczało powrót na szczyt Gronia. Ale niestety nie udaje nam się odnaleźć ścieżki którą szliśmy. Wówczas (najlepiej po krótkim odpoczynku przeznaczonym na przysłowiowe zebranie myśli) włączamy GPS-a i ustalamy współrzędne miejsca w którym się znajdujemy. Po ustaleniu naszej pozycji przez GPS mamy kilka (!!!) wariantów nawigacji, pozwalających nam powrócić do szlaku z którego omyłkowo zeszliśmy lub bezpośrednio dojść do wcześniej obranego celu podróży (w tym przypadku schroniska).

Po wyznaczeniu naszej pozycji przez GPS musimy tą pozycję przenieś na mapę. Do tego celu potrzebna nam będzie znajomość azymutu i odległości do przynajmniej jednego najbliższego punktu, który jest zaznaczony na mapie i którego współrzędne zapisaliśmy w GPS-ie. Takimi punktami na naszej mapie są: Groń, Barania Przełęcz, Cisowa Góra i przystanek autobusowy w Bacowiskach od którego zaczęliśmy wędrówkę. W celu poznania azymutu i odległości można wykorzystać różne funkcje GPS-a.

Jedną z takich funkcji jest funkcja „idź do” („GOTO”). W tym celu z zapisanych w pamięci punktów wybieramy ten do którego chcemy poznać azymut i odległość, a następnie włączamy funkcję „idź do”. Wówczas nasz GPS poda nam azymut i odległość do wybranego punktu. Dalej za pomocą busoli lub zwykłego kątomierza (jeżeli go mamy) odmierzamy na mapie azymut wybranego punktu i zaznaczamy odległość od tego punktu. W ten sposób otrzymujemy na mapie punkt, który oznacza nasze położenie. W celu wyeliminowania ewentualnej pomyłki możemy sprawdzić poprawność zaznaczonego na mapie naszego położenia, poprzez wybranie z pamięci GPS-a kolejnego punktu i ponowne uruchomienia funkcji „idź do”. Następnie ów azymut przenosimy na mapę i odmierzamy odległość. Jeżeli pomiary GPS-em były wykonane poprawnie i starannie odmierzaliśmy azymuty i odległości na mapie, wówczas oba punkty wyznaczające nasze położenie na mapie powinny się pokrywać lub być bardzo blisko siebie. Jeżeli punkty te są zbyt oddalone od siebie, wówczas powinniśmy ponownie uruchomić funkcję „idź do”, wykorzystując do tego kolejny zapisany w pamięci GPS-a punkt. I tak samo jak poprzednio przenosimy go na mapę i zaznaczamy odległość. Ów trzeci punkt powinien pokryć się z którymś z dwóch wcześniej zaznaczonych. Miejsce pokrycia się dwóch punktów będzie oznaczać nasze położenie na mapie. Jeżeli wszystkie pomiary były wykonywane poprawnie a północ topograficzna na mapie nie odbiega znacząco od północy geograficznej, to oczywiście wszystkie wyznaczone w wyżej opisany sposób punkty, oznaczające nasze położenie na mapie, powinny się pokrywać lub znajdować bardzo blisko siebie. Do wyznaczenia naszej pozycji na mapie, możemy posłużyć się tylko samymi azymutami, pomijając odległości, ale wówczas musimy wykorzystać przynajmniej dwa punkty zapisane w pamięci GPS-a. Dla bezpieczeństwa, czyli wyeliminowania ewentualnego błędu, najlepiej wykorzystać trzy punkty.

Kolejną funkcją w GPS-ie, którą możemy wykorzystać do wyznaczenia naszego położenia na mapie, jest funkcja „ekran mapy” („map page”). Przełączamy GPS w „ekran mapy” i wówczas na ekranie pokażą się znajdujące się najbliżej nas punkty, które oczywiście wcześniej zapisaliśmy w pamięci GPS-a. Następnie wystarczy kursorem najechać na wybrany przez nas punkt a wówczas w rogach ekranu pokaże się wartość azymutu i odległość do wybranego punktu. Dalej postępujemy tak samo jak we wcześniej opisanej funkcji, czyli wyznaczamy na mapie za pomocą busoli lub kątomierza otrzymane z GPS-a azymuty i odległości lub same azymuty.

Wyżej wymienione funkcje („idź do” oraz „ekran mapy”) powinny znajdować się we wszystkich GPS-ach turystycznych. W wielu GPS-ach znajdują się również inne funkcje podające azymuty i odległości. Do nich należą m.in. „ekran najbliższych punktów” („nearest waypoint”). W niektórych GPS-ach wystarczy wybrać lub tylko podświetlić któryś z zapisanych w jego pamięci punktów a wówczas automatycznie na ekranie pokaże się azymut i odległość do danego punktu, mierzona od miejsca w którym się znajdujemy.

Po wyznaczeniu na mapie naszej pozycji, powinniśmy przeanalizować (poprzez m.in. porównanie odległości, rzeźbę terenu, łatwość nawigacji) warianty dalszej naszej wędrówki. W naszym przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do Gronia lub ewentualny marsz bezpośrednio w kierunku schroniska.

W przypadku wybrania przez nas pierwszej opcji, czyli powrotu na Groń, należy w GPS-ie uruchomić wspomnianą już wcześniej opcję – „idź do”, wybierając zapisany w pamięci urządzenia pod numerem 4 punkt Groń. Jeżeli marsz do wybranego punktu nie zajmie nam dużo czasu, możemy wędrować do Gronia nawigując za pomocą stale włączonego GPS-a. Podczas wielogodzinnego marszu, przy niskich temperaturach i braku zapasowych baterii do GPS-a, lepiej nawigować za pomocą busoli (pamiętać musimy o deklinacji magnetycznej), włączając GPS-a tylko co pewien czas w celu skontrolowania naszego położenia i naniesienia ewentualnych poprawek do kierunku dalszego marszu. Nawigować do wyznaczonego punktu można również za pomocą funkcji „ekran mapy”.

W przypadku wybrania drugiej opcji, czyli marszu na azymut bezpośrednio do schroniska, należy dokładnie przestudiować na mapie rzeźbę terenu (np. strome zbocza, kaniony), jego pokrycie (np. kosodrzewina) i deniwelacje (np. głęboka dolina), jakie musimy pokonać. Jeżeli po naszych studiach dojdziemy do wniosku, że marsz prosto do schroniska zajmie nam mniej czasu niż powrót do Gronia i dalszy marsz szlakiem turystycznym, wówczas musimy zmierzyć na mapie azymut schroniska od miejsca w którym się znajdujemy. Do tego celu możemy wykorzystać busolę lub kątomierz. Azymut mierzymy celując z miejsca w którym się znajdujemy (oczywiście na mapie) prosto w schronisko (jego sygnaturę), lecz do marszu wyznaczamy nieco inny azymut. Otóż w przypadku przyjęcia do marszu takiego samego azymutu jaki został zmierzony na mapie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że podczas długiego marszu nieświadomie zboczymy z kierunku (z azymutu) i wejdziemy na szlak z prawej lub lewej strony schroniska. Jeżeli z miejsca w którym przetniemy szlak nie będzie widać schroniska, wówczas istnieje ryzyko że wchodząc na szlak, obierzemy niewłaściwy kierunek i zamiast zbliżać się do schroniska będziemy się od niego oddalać. Aby zapobiec takiej niekorzystnej dla nas sytuacji, należy przed obraniem kierunku marszu ocenić nasze możliwości utrzymania właściwego azymutu. To utrzymanie azymutu będzie się wiązało nie tylko z naszym doświadczeniem ale między innymi z odległością którą musimy pokonać, porą doby (dzień, noc) i roku (pokrywa śnieżna, gęsto ulistnione korony drzew), pogodą, rzeźbą terenu, deniwelacją. Jeżeli dojdziemy do wniosku, że na danym odcinku marszu nie powinniśmy zboczyć z azymutu więcej niż np. 8o, wówczas dla bezpieczeństwa powinnyśmy przyjąć nieco większą wartość np. 12o. Pozostaje jeszcze ustalenie czy pomierzony na mapie azymut schroniska zwiększamy, czy też zmniejszamy o te 12o. W naszym przypadku zwiększenie azymutu wydłużyłoby drogę, więc powinniśmy zmierzony do schroniska azymut zmniejszyć o 12o. Oczywiście cały czas musimy pamiętać również o uwzględnieniu deklinacji magnetycznej. W momencie dojścia do szlaku kierujemy się w prawą stronę. Przed rozpoczęciem marszu warto również zmierzyć na mapie odległość jaka nas dzieli od schroniska. W czasie marszu powinniśmy nie tylko kontrolować kierunek marszu ale również odległość. Dlatego powinniśmy mierzyć czas jaki upłynął od chwili startu i w ten sposób szacować przebytą odległość. W razie niepewności swojego położenia należy włączyć GPS i tak jak to zostało opisane wcześniej, ustalić swoje położenie. Istnieje również inna metoda nawigacji w marszu na azymut, wykorzystująca pośrednie punkty, ale to będzie omówione w osobnym rozdziale.

Jeżeli dysponujemy mapą w skali 1: 25 000 (1 mm na mapie = 25 m w terenie) wówczas możemy, po wcześniej opisanym wyznaczeniu naszego położenia na mapie i zmierzeniu azymutu oraz odległości do schroniska, wyznaczyć współrzędne schroniska. W tym celu wykorzystujemy jedną z funkcji GPS-a, pozwalającą w oparciu o dowolny punkt zapisany w pamięci urządzenia utworzyć, po wprowadzeniu azymutu i odległości, nowy punkt. Należy jednak pamiętać, że współrzędne schroniska wyznaczone tą metodą mogą być obarczone, na skutek sumowania się błędów (przy wyznaczaniu na podstawie azymutów i odległości naszej pozycji na mapie i następnie przy mierzeniu azymutu i odległości do schroniska), sporą niedokładnością. Stąd też tak otrzymane współrzędne należy traktować raczej jako współrzędne o wartościach orientacyjnych. Przy mapach w skali 1 : 50 000 czy też 1 : 75 000 współrzędne jakiegoś obiektu wyznaczone tą metodą będą obciążone jeszcze większymi błędami.

Niestety, ta metoda wymaga od turysty pewnej wprawy w posługiwaniu się busolą i GPS-em. Wprawy, którą należy zdobyć przed wyruszeniem na szlak.
Staszek

Wyznaczanie czasu

Za pomocą busoli i Słońca

Opisana przeze mnie metoda opiera się na zasadach wykorzystywanych do określania czasu za pomocą zegara słonecznego a głównymi narzędziami jest busola i oczywiście Słońce.

Pozorny ruch Słońca po niebie wynika z ruchu obrotowego Ziemi wokół własnej osi. Na wykonanie pełnego obrotu nasza planeta potrzebuje 24 godziny1 a to oznacza, że Słońce przemieszcza się po niebie z prędkością kątową 15o na godzinę (360o : 24 godz. = 15o). I tą wartość 15o czyli 1 godziny przyjęto przy wyznaczaniu stref czasowych. Czas zimowy w naszym kraju, zwany też czasem środkowoeuropejskim, oznacza że o godzinie 12 00 Słońce góruje (w tym momencie pomijam równanie czasu), czyli znajduje się najwyżej na niebie w danym dniu, na południku 15o długości geograficznej wschodniej. Natomiast czas letni jest przesunięty o godzinę i oznacza, że o godzinie 12 00 Słońce góruje na południku 30o, również szerokości geograficznej wschodniej. To oznacza, że np. w Krakowie, który się znajduje na 20o długości geograficznej wschodniej (w skrócie E 20o)2 w zimie Słońce będzie górować 20 minut przed dwunastą (bo tyle czasu potrzebuje Słońce żeby przemieścić się o te 5o z Krakowa na południk E 15o) czyli o godzinie 1140. Natomiast w lecie Słońce w Krakowie będzie górować o godz. 12 40, ponieważ Kraków znajduje się w odległości 10o od południka E 30o, a tym samym Słońce potrzebuje 40 minut żeby przemieścić się z E 30o nad Kraków (E 20o). To jest bardzo ważne przy wyznaczaniu czasu za pomocą busoli i Słońca.

W tej metodzie należy za pomocą busoli wyznaczyć azymut Słońca. Oczywiście mowa jest tutaj o takim azymucie z jakim mamy do czynienia w turystyce, czyli mierzonym zgodnie z ruchem wskazówek zegara, od północy geograficznej. Przy niskich położeniach Słońca (rano lub późnym popołudniem) lub wówczas kiedy tarcza Słońca jest widoczna przez chmury, nie stanowi to problemu. Problemem jest pomierzenie azymutu, kiedy Słońce jest wysoko i oślepia nas. Wówczas nawet okulary słoneczne mogą okazać się bezużyteczne. W takim przypadku najlepiej pomierzyć azymut Słońca mierząc np. azymut cienia sznurka zawieszonego na gałęzi lub patyku wbitym w ziemię i zwisającego pionowo (z tego powodu dolny koniec sznurka warto czymś obciążyć). Do tego celu można wykorzystać np. but turystyczny, ponieważ posiada długą i grubą sznurówkę. Można też pomierzyć azymut jakiegoś obiektu np. drzewa, które znajduje się dokładnie, czyli pionowo, poniżej środka tarczy słonecznej. Załóżmy, że azymut Słońca został dobrze pomierzony i otrzymaliśmy wartość 235o. Ponieważ igła busoli wskazuje północ magnetyczną a nas interesuje północ geograficzna, to wartość odczytaną z busoli musimy skorygować o wartość odchyłki magnetycznej występującej w danym miejscu i czasie. Możemy to uczynić posługując się informacjami zamieszczonymi na mapach topograficznych w skali 1:50 000, jeżeli oczywiście wcześniej tego nie zrobiliśmy zapoznając się z mapą izogonną lub internetowym kalkulatorem. Załóżmy, że jesteśmy w pobliżu Krakowa i owa odchyłka magnetyczna w 2008 roku wynosi około 4o na wschód, co oznacza że igła naszej busoli zawyża wartość pokazywanego azymutu o 4o. Tak więc od zmierzonej wcześniej wartości 235o musimy odjąć te 4o, co daje nam wartość 231o. Następnie musimy dokonać korekty związanej z różnicą pomiędzy czasem słonecznym, wyznaczanym przez Słońce dla danego miejsca, a czasem urzędowym owego miejsca (czyli Krakowa). W tym celu w lecie do zmierzonego azymutu Słońca 231o dodajemy 10o (różnicę pomiędzy długością geograficzną Krakowa a południkiem E 30o). Natomiast w zimie od zmierzonego azymutu odejmujemy 5o (różnicę pomiędzy długością geograficzną Krakowa a południkiem E 15o). W ten sposób otrzymujemy w lecie wartość 241o , natomiast w zimie 226o . Teraz wystarczy ów kąt zamienić na godziny, przyjmując azymut 0 za godzinę 00 00, czyli północ geograficzną przyjmujemy jako północ czasową.

Lato
241 : 15 = 16 godz. i 04 min. czyli mamy 16 04

Zima
226 : 15 = 15 godz. i 04 min. czyli mamy 15 04

W zasadzie moglibyśmy na tym zakończyć obliczenia, jednakże wyznaczony w ten sposób czas będzie obarczony błędem. Od początku kwietnia do połowy września ów błąd będzie wynosił od 0 do 5 min. natomiast w pozostałym okresie roku od 0 do około 17 min. Niestety nasze Słońce jest punktualne tylko cztery razy w roku. W pozostałym okresie albo się spóźnia albo śpieszy. Wynika to między innymi z tego, że nasza planeta nie porusza się wokół Słońca po orbicie kołowej tylko po elipsie. Aby pozbyć się tego błędu musimy skorzystać z tak zwanego równania czasu, najlepiej w postaci wykresu. Na wykresie odczytujemy dla danego dnia roku wartość o jaką Słońce się spóźnia/śpieszy i odpowiednio dodajemy/odejmujemy od wyżej wyliczonego czasu.

Z moich doświadczeń wynika, że dokładność wyznaczenia czasu tą metodą najbardziej zależy od naszej umiejętności w wyznaczaniu azymutu Słońca oraz dokładności busoli którą się posługujemy. Przy posługiwaniu się dokładną busolą należy szczególnie zwrócić uwagę na wszelkie uwarunkowania mogące mieć wpływ na dokładność wskazań igły magnetycznej.

1. Ze względu na przeznaczenie tego artykułu pomijam zagadnienie doby gwiazdowej, prawdziwej słonecznej i średniej słonecznej. Osoby zainteresowane poznaniem tych terminów odsyłam do linku o równaniu czasu lub do akademickich podręczników z astronomii.
2. E 21o – litera E pochodzi od angielskiego słowa east (wschód) i w tym przypadku oznacza półkulę wschodnią

Staszek

Warsztaty Zimowego Przetrwania 2012

Na początku marca 2012 roku odbyły się w Beskidzie Żywieckim koło Zwardonia Warsztaty Zimowego Przetrwania. Firmowane były przez Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu. W warsztatach miało wziąć udział 4 organizatorów, którzy mieli przydzielone określone zadania. Kierownikiem całego zamieszania był niejaki Staszek, piszący zresztą to sprawozdanie. Niestety z różnych przyczyn (dżuma, masaże erotyczne) w warsztatach wzięło udział tylko 2 organizatorów. W wyznaczonym czasie i miejscu, na starcie zjawiły się 2 osoby – Paweł z III PR i Staszek, którzy do późna wieczór zabawiali się w przerzucanie śniegu z jednego miejsca w drugie. Kiedy już im się to znudziło, postanowili wybudować sobie tipi, ogrzewane ogniskiem syberyjskim. I tu należą się duże słowa uznania leśniczemu Panu Andrzejowi, który polecił naciąć pilarzom odpowiedniego do naszych potrzeb drewna, prawdziwie od serca. W związku z tym nie musieliśmy oszczędzać na ogrzewaniu (temperatura w nocy spadała do -15 oC), a i rachunek jaki Pan leśniczy nam na końcu wystawił był wyrazem jego przychylności do naszego zimowego szkolenia.

Około północy dojechali na miejsce dwaj komandosi – Adam i Kuba, jeden z firmy, drugi z czasopisma „Komandos”. Ten drugi zasłynął z chodzenia po śniegu w klapkach, ponieważ jeden z jego palców u nogi chwilowo nie mieścił się w normalnych butach. Ale komandosi są twardzi i słowa dotrzymują, więc przyjechali. Dyskusje około-survivalowe toczyły się do 4 nad ranem. Wczesnym rankiem, zgodnie z zapowiedzią, zjawili się kolejni dwaj uczestnicy: Super Paweł z Supertechu i Piotr AP (ratownik medyczny) z Recona. Już w drodze na warsztaty postanowili przećwiczyć niektóre elementy sztuki survivalowej, jak chodzenie na azymut i skoki w dal po rzecznym lodzie z rzutem plecakiem przez głowę.

Po zasłużonym śniadaniu wszyscy uczestnicy warsztatów kontynuowali zabawę z przerzucaniem śniegu. Kiedy udało się odsłonić spod grubej warstwy zbitego śniegu około 25 m2 gruntu, postanowiono powiększyć tipi do docelowych rozmiarów. Jednocześnie rozpoczęto budowę dwóch jednoosobowych apartamentów, jednego z klimatyzacją typu „usypywane igloo”, drugiego z ogrzewaniem podłogowym, czyli szałas norka z Dakotą Fire Hole. Przy „usypywanym igloo” postanowiono sobie ułatwić zadanie zasypując śniegiem różne fanty (worki napompowane powietrzem i z liśćmi). Bodowa szałasu rozpoczęła się od wykopania w gruncie Dakoty i jej uruchomienia. Po nagromadzeniu odpowiedniej ilości żaru, otwór zasypano popiołem i darnią. I tu nastąpiła pewne nieporozumienie. Super Paweł zamawiał szałas tylko z ogrzewaniem. Jednakże pomysłodawca tego apartamentu w osobie piszącego tą relację, przez przypadek postanowił podnieść standard owego lokum, fundując jej mieszkańcowi przez pierwsze dwie godziny saunę z lodu zawartego w darni pokrywającej Dakotę. Ku rozczarowaniu architekta, Paweł nie skorzystał z tego udogodnienia, twierdząc, że jego najnowsza, testowana kurtka takie rzeczy ma już w standardzie.

I tu należy wspomnieć, że ów szałas był budowany w technologii, polegającej na wykorzystaniu najnowocześniejszych osiągnięć budownictwa prymitywnego. Na szkielet zrobiony z naturalnie sezonowanych patyków narzucono kosmiczną folię NRC, następnie położoną warstwę gałęzi świerkowych z regla dolnego, na to warstwę izolacyjną z uschniętych liści klonu kanadyjskiego (prawie 2000 cui) i na koniec ponownie położono gałązki świerka, tym razem z regla górnego (duża odporność na surowe warunki klimatu, porównywalna z odpornością świerka syberyjskiego). Podłogę szałasu wyłożono chrustem i gałęziami świerka, tym razem ponownie dolnoreglowego.

Jeżeli natomiast chodzi o „usypywane igloo” to po wyciągnięciu fantów i powiększeniu przestrzeni bytowania okazało się, że budowla osiągnęła wytrzymałość lekkiego bunkra. Skakanie z przyświstem i przytupem po jej dachu, nie robiło na niej żadnego wrażenia. Podłoga igloo, podobnie jak szałasu, została wyścielona gałązkami świerka. Pomimo, że od czasu postawienia igloo minął prawie miesiąc, budowla nadal stoi, wciąż zapewniając ten sam komfort i stałą temperaturę. Dzięki Marku za informację.

Wieczorem Andrzej, drugi organizator warsztatów, w jednej osobie ratownik medyczny z Bydgoskiego Centrum Ratownictwa i Outdooru oraz żeglarz, zrobił wykład na temat hipotermii i odwodnienia się. Wszystkim do gustu przypadł szczególnie ten drugi temat, zwłaszcza, że Andrzej jako pomoc naukową przywiózł parę litrów wyciągu z mniszka lekarskiego, aby każdy osobiście mógł zbadać zawartość „cukru w cukrze”. Następnego dnia Darek z Projektu Bushcraft, serwował wszystkim orzeźwiający czosnek niedźwiedzi, a kierownik zamieszania każdego częstował orzeszkami buczyny, którymi dziki doprowadzają się do syndromu dnia poprzedniego.

Każdej nocy w tipi prowadzone były doświadczenia nad progowym stężeniem dymu, po przekroczeniu którego pada wszystko co lata i bzyka. Niestety, z braku moskitów postanowiono wyznaczyć wartość progową dla ludzi. Wartość tą udało się osiągnąć w momencie, kiedy Kuba w poszukiwaniu tlenu wyciął nożem dziurę w ściance tipi. Jacek, drugi uczestnik warsztatów z Projektu Bushcraft, postanowił wyłączyć się z tego eksperymentu i zakopał się w śniegu, cały czas badając za pomocą swoich elektronicznych zabawek jego parametry izolacyjne.

Kolejnego dnia postanowiliśmy przećwiczyć wzywanie pomocy i gotowanie wody za pomocą „świecy skandynawskiej”. Wodę udał się zagotować, ale z pomocą nikt nam nie przyszedł. Za to my musieliśmy wyciągać ze śniegu samochód pewnej wesołej rodzinki. Gotowanie wody kontynuowaliśmy, ale już inną metodą. W tym celu nawrzucaliśmy do ogniska kamieni, czekając aż zmienią swoją barwę z szarej na jaskrawo czerwoną. Kiedy osiągnęły już oczekiwany kolor, wrzuciliśmy je do foliowego worka z wodą, którego dno wcześniej wyłożyliśmy małymi gałązkami świerkowymi. Po krótkiej chwili herbatka świerkowa, aromatyzowana plastikiem, była gotowa. Niektórym nawet smakowała.

W trakcie szkolenia zaplanowaną wizytę złożył nam Pan Kajetan z firmy „Rakiety.pl”. Zaprezentował kilka wspaniałych modeli rakiet śnieżnych, szczegółowo omawiając ich wady i zalety. Każdy z uczestników mógł na miejscu wypróbować poszczególne egzemplarze, tego jeszcze wciąż nie docenianego w naszym kraju sprzętu. A zapewne warto. Bardzo dziękujemy firmie „Rakiety.pl” za doskonałą prezentację i możliwość przetestowania rakiet.

Doceniając możliwości poruszania się za pomocą rakiet, zarówno w świeżym jak i przepadającym śniegu, w programie warsztatów nie zabrakło również punktu dotyczącego szybkiego konstruowania prymitywnych rakiet z gałęzi drzew iglastych. Nam do tego celu posłużyły gałęzie świerka. Efekty widoczne są na zdjęciach. Oprócz rakiet, prezentowany był również sprzęt skiturowy. Tutaj wiedzą i możliwościami z pełnym uznaniem popisywał się Adam.

Na koniec wypada powiedzieć chyba o najważniejszej rzeczy, a mianowicie metodach rozpalania ognia, zarówno tych prymitywnych jak i współczesnych. W użyciu były noże i krzesiwa kowalskie oraz za sprawą Pawła, prawie wszystkie dostępne w Polsce modele krzesiw syntetycznych. Niektóre z nich, niczym czarodziejskie różdżki, po odpowiednim dotknięciu same rozpalały ogień. Po krzesiwach przyszedł czas na inne metody rozpalania ognia. Metodą szybką i nie wymagającą prawie żadnego wysiłku jest rozpalanie ognia za pomocą promieni słonecznych, przy wykorzystaniu lup od busol i kart survivalowych oraz śmieci, w postaci aluminiowych puszek po napojach. Można to robić również przy użyciu butelek PET wypełnionych wodą. Osobom pragnącym się rozgrzać, jeszcze przed rozpaleniem ognia, polecana jest prezentowana na warsztatach metoda łuku ogniowego. W użyciu były też bardziej nowoczesne metody rozpalania ognia z wykorzystaniem zawartości dobrej apteczki samochodowej i płynów samochodowych, jak również popularnych baterii paluszków.

W celu poznania prawdziwej wartości merytorycznej warsztatów odsyłam do poważniejszych relacji innych uczestników warsztatów.

Wszystkim Uczestnikom warsztatów bardzo serdecznie dziękuję za udział i wszelki wkład wniesiony w to szkolenie.

Szanownym Czytelnikom przypominam, że wszelkie tego typu poczynania należy uzgadniać z gospodarzami terenu.

Staszek


Neotipi, czyli połączenie tipi z kurną chatą - patent Staszka (fot. P. Drozd).


Rozpalamy nodię w tipi (fot. P. Drozd).


W tipi rano (fot. J. Straszak).


Jacek się zakopuje (fot. P. Drozd).


Rozpalamy Dakotę (fot. P. Drozd).


W szałasie norce (fot. P. Supernat).


Przed igloo (fot. P. Supernat).


W igloo (fot. P. Supernat)..


Rakieta śnieżna (fot. P. Drozd).


W rakietach śnieżnych (fot. D. Hajduk).


Rozpalamy ogień za pomocą noża, krzemienia i błyskoporka (fot. D. Hajduk).


... za pomocą promieni słonecznych i lupy w busoli (fot. J. Straszak)


... a tutaj za pomocą puszki po piwie (fot. P. Supernat)


Efekt tego rozpalenia (fot. P. Supernat).



A to ogień otrzymany z łuku ogniowego (fot. P. Supernat).


Gotujemy wodę na świecy skandynawskiej (fot. P. Supernat).


... a tym razem rozżarzonymi kamieniami w worku foliowym (fot. P. Supernat).

http://supertac.pl/warsztaty-zimowego-survivalu/

http://goldenline.pl/forum/2833530/relacja-z-warsztatow-zimowego-przetrwania-spss/

http://reconnet.pl/viewtopic.php?t=4051&start=0&sid=83ac196f791dc0e5dc599b8bcc6a564b/