Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.eu

czwartek, 26 kwietnia 2012

Test odporności krzesiw syntetycznych na korozję

Wstęp
Do testu zostały użyte dwa krzesiwa syntetyczne „no name”, sklasyfikowane przeze mnie jako pośrednie pomiędzy miękkimi a twardymi. Oba krzesiwa były nowe. Po wyciągnięciu z opakowania każde zostało sprawdzone pod kątem krzesania iskier. Następnie pręt krzesiwa o zielonym uchwycie został pokryty cienką warstwą oleju Victorinoxa. Za wyborem tego oleju przemawiała marka firmy i powszechna dostępność produktu, jego bezwonność, brak toksyczności potwierdzony dopuszczalnym kontaktem z żywnością, konsystencja. Powierzchnia pręta krzesiwa o czarnym uchwycie nie była niczym zabezpieczona.

Test 1
Pierwsza część testu polegała na pozostawieniu krzesiw na zewnętrznym parapecie okna, na okres ponad dwóch miesięcy [fot. 1]. Parapet był zadaszony przez okap dachu domu, jednakże podczas deszczów z udziałem wiatru, krzesiwa pokrywały się drobnymi kroplami wody. Po pierwszej części testu powierzchnie obu prętów pozostały czarne i wolne od jakiegokolwiek szaro-zielonego nalotu oraz wżerów widocznych gołym okiem. Natomiast oba pręty pokryły się pyłem i innymi drobinami niesionymi przez wiatr (zwłaszcza krzesiwo o zielonym uchwycie) [fot. 2, 3]. Tylko zeszlifowane powierzchnie blaszek, szczególnie tego z czarnym uchwytem, pokryły się rdzą.

Test 2
Druga część testu polegała na zanurzeniu obu krzesiw w wodzie, do około połowy wysokości prętów, na okres jednego tygodnia. Test był przeprowadzony w wilgotnej piwnicy.
Stan krzesiw był prawie codziennie sprawdzany. Po zakończeniu tej części testu okazało się, że najwięcej wżerów i szaro-zielonego nalotu posiada krzesiwo o czarnym uchwycie, którego powierzchnia nie była zabezpieczona olejem. Przy czym najgłębsze wżery powstały w połowie wysokości pręta, czyli na kontakcie wody i powietrza. Najmniej wżerów było w części całkowicie zanurzonej w wodzie [fot. 4]. Na dnie pojemnika z wodą, w miejscu gdzie było krzesiwo z czarnym uchwytem, zgromadziło się trochę czarnego proszku z korodującego się krzesiwa. Natomiast krzesiwo zabezpieczone jeszcze przed pierwszą częścią testu olejem Victorinoxa, było prawie wolne od wżerów i nalotu.

Test 3
Przed trzecią częścią testu oba krzesiwa zostały dokładnie wytarte do sucha, a następnie pręt krzesiwa z zielonym uchwytem ponownie został zabezpieczony olejem Victorinoxa. Podczas tej części testu, pręty obu krzesiw zostały owinięte w mokre chusteczki higieniczne [fot. 5] i dodatkowo zapakowane do szczelnego worka foliowego [fot. 6], zabezpieczającego chusteczki przed wyschnięciem. Ostatecznie całość została umieszczona na prawie tydzień na parapecie okna. Po trzeciej części testu na obu krzesiwach pojawiły wżery i nalot [fot. 7]. Przy czym na krzesiwie zabezpieczonym olejem, wżery i nalot były bardzo małe. Najgorzej wyglądało krzesiwo z czarnym uchwytem. Na całej długości pręta widoczne były nowe wżery i nalot.

Wnioski
Na podstawie przeprowadzonego testu można stwierdzić, że największy wpływ na korozję prętów krzesiw ma połączone działanie wody i powietrza. Najdobitniej dowodzi tego druga część testu, podczas której pręt krzesiwa bez olejowej powłoki najbardziej skorodował na kontakcie wody i powietrza. Nieco mniej skorodowała część wystająca ponad powierzchnię wody. Najmniejszej destrukcji uległa zanurzona część pręta. Trzecia część testu również potwierdziła, że największy wpływ na ulatnianie się krzesiwa ma współdziałanie wody i powietrza. Natomiast najmniej szkody wyrządziło krzesiwom długie, ponad dwumiesięczne „leżakowanie” na zewnętrznym parapecie okna. Pokrycie powierzchni krzesiwa warstwą oleju znacząco ogranicza korozję.

Przekładając wyniki testu na codzienność można stwierdzić, że pręty krzesiw najszybciej będą korodowały podczas noszenia w wilgotnych lub mokrych kieszeniach ubrań, jak również w szczelnych pojemnikach w których uwięziona została spora ilość wilgoci. W hermetycznych pojemnikach powietrze, które w temperaturze około 20 oC będzie w połowie nasycone parą wodną, w temperaturze niższej od 10 oC przekroczy temperaturę punktu rosy. Czyli wilgotność względna osiągnie 100%, a zawarta w powietrzu para wodna może zacząć się skraplać, co będzie miało niebagatelny wpływ na tempo korozji krzesiwa.

Staszek


Fot. 1.


Fot. 2.


Fot. 3.


Fot. 4.


Fot. 5.


Fot. 6.


Fot. 7.

wtorek, 3 kwietnia 2012

GPS w turystyce

Co to jest GPS ?

GPS (Global Positioning System) najczęściej tłumaczony jest jako Globalny System Nawigacyjny, Globalny System Pozycyjny (Pozycjonowania) lub też Globalny System Lokalizacyjny. Uważany jest za jedno z największych osiągnięć minionego wieku. Z GPS spotykamy się coraz częściej w naszym codziennym życiu, chociaż sami nie zawsze o tym wiemy. Oprócz oczywiście wojska GPS wykorzystywany jest bardzo szeroko przez cywilów, głównie w nawigacji morskiej, lądowej, lotniczej, szeroko rozumianej geodezji, jak również w transporcie, ratownictwie, telekomunikacji, budownictwie, ochronie, itd. Dzisiaj chyba trudno spotkać turystę, który w taki czy inny sposób, nie zetknąłby się z tym skrótem. Mimo, że każdy słyszał o GPS to jednak niewielu decyduje się na posługiwanie tego typu sprzętem. Głównymi przyczynami takiego stanu jest nadal wysoka cena odbiorników GPS (nie tylko w stosunku do cen w USA, ale również w innych zachodnich krajach) oraz brak należytej wiedzy o GPS i możliwościach jakie on nam daje. Wielu turystów GPS wyobraża sobie jako coś bardzo skomplikowanego w obsłudze, czyli wymagającego dużej wiedzy. Tymczasem obsługa prostego odbiornika GPS jest mniej skomplikowana od wielu nafaszerowanych „cudami” telefonów komórkowych. Spróbujmy więc spojrzeć na cały ten system globalnej nawigacji od strony potrzeb i umiejętności przeciętnego turysty.

Rodowodu GPS należy szukać, zresztą jak wielu innych bardzo użytecznych nowinek technicznych, w wojsku. Jak łatwo się domyślić chodzi o armię USA i armię byłego Związku Radzieckiego. Ponieważ te armie zawsze między sobą konkurowały, stąd też obecnie mamy dwa systemy globalnej nawigacji: amerykański NAVSTAR i rosyjski GLONASS. Od pewnego czasu do tego wyścigu próbuje dołączyć Europa ze swoim (jeszcze w budowie) GALILEO. Obecnie najczęściej wykorzystywanym przez turystów systemem jest amerykański NAVSTAR i o nim będziemy głównie mówić.

System GPS można podzielić na trzy segmenty:
1) kosmiczny – konstelacja przynajmniej 24 sztucznych satelitów krążących wokół Ziemi po 6 orbitach o nachyleniu 55o na wysokości ponad 20 000 km
2) naziemny – stacje naziemne (obsługujące i kontrolujące działanie tego systemu) rozmieszczone na różnych kontynentach
3) użytkowników – czyli między innymi nas turystów

Działanie GPS (w dużym skrócie)

Satelity krążące wokół ziemi przez 24 godziny na dobę wysyłają sygnały w których zakodowane są informacje potrzebne do zlokalizowania użytkownika (odbiornika). Nasz odbiornik (w wersji dla turystów), odbiera część tych sygnałów (część jest przeznaczona tylko dla wojska i uprawnionych odbiorców) i przetwarza je. W ten sposób (w dużym skrócie) nasz odbiornik w oparciu o odbierane dane z satelitów wyznacza swoje położenie. Aby odbiornik mógł odebrać poprawny (nie zniekształcony) sygnał z satelity, ów satelita musi być „widoczny” dla odbiornika i to w odpowiedniej wysokości nad horyzontem. Jeżeli więc znajdujemy się na bezleśnym szczycie górskim i obok nas jest jakaś budowla (np. schronisko) wówczas nasz odbiornik nie będzie odbierał sygnałów od satelitów zasłoniętych prze tą budowlę. To oznacza, że liczba satelitów „widocznych” (czyli takich od których nasz odbiornik odbiera poprawne sygnały) dla naszego odbiornika ulegnie zmniejszeniu, a tym samym dokładność wyznaczenia naszej pozycji może ulec pogorszeniu. Dokładność wyznaczenia naszej pozycji (czyli gdzie w danym momencie znajduje się nasz odbiornik a tym samym my) zależy bowiem głównie od ilości „widocznych” satelitów i ich rozmieszczenia na niebie. Przy czym, jak już napisałem wyżej, satelity GPS nie są satelitami geostacjonarnymi (nie są „zawieszone” w kosmosie tylko nad jednym i tym samym punktem na Ziemi) tylko krążą wokół Ziemi. Każdy satelita w ciągu doby w przybliżeniu dwukrotnie okrąża naszą planetę. Stąd też liczba satelitów „widocznych” dla naszego odbiornika, usytuowanego w danym miejscu na Ziemi, będzie w ciągu doby ulegać zmianie, tzn. nasz odbiornik przez pewną część doby będzie widział więcej, a przez pozostałą część doby mniejszą ilość satelitów. Skutkiem tego wyznaczenie naszej pozycji raz może być bardziej, a raz mniej dokładne. Napisałem „może być” ponieważ oprócz liczby „widocznych” satelitów ważne jest ich rozmieszczenie na niebie. Czasami mniejsza liczba „widocznych” satelitów, rozmieszczonych równomiernie w różnych częściach nieba (w danym momencie), da nam taką samą dokładność naszego położenia jak duża liczba „widocznych” satelitów nierównomiernie usytuowanych na niebie. To co napisałem, jest ważne zwłaszcza dla turystów znajdujących się na dużej szerokości geograficznej zarówno północnej jak i południowej. Na półkuli N (czyli północnej) powyżej 55o szerokości satelity będą widoczne głównie na południowej części nieba. Analogicznie będzie na półkuli S. Związane jest to z nachyleniem płaszczyzny orbit satelitów do płaszczyzny równika (55o). Ale bez obaw, system GPS gwarantuje nam, że w odkrytym terenie (odkrytym tzn. bezleśnym grzbiecie lub szczycie górskim gdzie nieba nie przysłaniają nam inne wyższe szczyty lub grzbiety, na morzu, dużym jeziorze, równinie) przez prawie całą dobę (prawie czyli przez 99,9% doby) będzie „widoczna” dla naszego odbiornika dostateczna ilość satelitów do zlokalizowania się. Do wyznaczenia naszej pozycji w poziomie (czyli długości i szerokości geograficznej) odbiornik GPS musi „widzieć” przynajmniej 3 satelity. Natomiast do wyznaczenia naszej pozycji w poziomie i pionie (czyli oprócz długości i szerokości geograficznej również wysokości nad poziomem morza określanej też mianem wysokości bezwzględnej) odbiornik potrzebuje „widzieć” nie mniej niż 4 satelity. Oczywiście, im więcej „widzi” tym lepiej. Jeżeli więc stoimy na wspomnianym wcześniej górskim szczycie i owe schronisko przysłania nam zbyt dużą (w danym momencie) ilość satelitów, wówczas możemy oddalić się od schroniska na kilkanaście metrów lub czasami wystarczy poczekać aż zmieni się na niebie rozmieszczenie satelitów. Przy czym czekanie na zmianę rozmieszczenia satelitów ma tylko wówczas sens, kiedy wiemy że liczba satelitów „widzianych” przez nasz odbiornik ulegnie za jakiś czas zwiększeniu. W przypadku, gdy schronisko jest duże a my chcemy zrobić pomiar tuż przy jego ścianie, to czekanie na zmianę w rozmieszczeniu satelitów może nie wystarczyć i wówczas trzeba będzie się jednak trochę oddalić od budynku w celu odsłonięcia większej części nieba.

Dokładność wskazań GPS

W odkrytym terenie przez większą część doby nasz odbiornik GPS powinien określać nasze położenie z dokładnością do kilku, ewentualnie kilkunastu metrów. Jeżeli mamy odbiornik przystosowany do odbioru sygnałów EGNOS (European Geostationary Overlay System – jest to system wspomagania satelitarnego, działający na terenie Europy, mający na celu zwiększenie dokładności pomiarów GPS, na terenie USA odpowiednikiem EGNOS jest WAAS) wówczas dokładność wskazań powinna się zwiększyć do około paru metrów. To oczywiście dotyczy terenu odkrytego. Natomiast w terenie górskim podczas wędrówki dnem głębokiej i ostro wciętej doliny, kiedy większa część nieba jest zasłonięta przez zbocza doliny, liczba „widzianych” przez nasz odbiornik GPS satelitów ulegnie znacznemu zmniejszeniu. Tym samym pogorszy się dokładność w wyznaczaniu naszej pozycji. Może również dojść do sytuacji w której nasz odbiornik będzie „widział” tylko 1 lub 2 satelity i wówczas wyznaczenie naszej pozycji będzie niemożliwe. W takim przypadku, kiedy większa część nieba jest zasłonięta, czekanie na zmianę rozmieszczenia satelitów (licząc na zwiększenie liczby „widzianych” satelitów) raczej nie pomoże w ustaleniu naszej pozycji. Wówczas pozostaje nam wyznaczyć nasze położenie w tradycyjny sposób (mapa i busola) lub wspiąć się (jeżeli to jest możliwe) na zbocze w celu „odsłonięcia” większej części nieba.
Taka sytuacja, z brakiem dostatecznej liczby „widzianych” satelitów może nam się przydarzyć również w gęstym, najczęściej liściastym lesie (wówczas korony drzew będą tłumić sygnał) lub też w mieście o zwartej i wysokiej zabudowie. Podczas wyznaczania naszej pozycji przy użyciu GPS w wyżej wymienionych miejscach (w głębokich dolinach, pomiędzy budynkami czy też dużymi samochodami, gęstym lesie) sygnał docierający od satelitów do naszego odbiornika może być zniekształcony (!!!) na skutek odbicia od zboczy doliny, ścian budynku, samochodów czy też podczas przechodzenia przez gęste korony drzew. I mimo, że na ekranie odbiornika wyświetlany szacunkowy błąd pomiaru pozycji (EPE – Estimated Psition Error) będzie wynosił np. 14 m to rzeczywisty błąd naszej wyznaczonej pozycji może sięgać kilkuset metrów lub nawet więcej. Należy na to zwrócić szczególną uwagę. Natomiast bez obaw możemy dokonywać pomiarów w namiocie, oczywiście pod warunkiem, ze namiot stoi w dostatecznie odkrytym terenie. Zniekształcenia sygnału spowodowane ściankami namiotu są nieistotne przy pomiarach do celów turystycznych. Problem może pojawić się w momencie, kiedy nasz namiot będzie posiadał np. metalizowaną powłokę do obijania promieniowania cieplnego ale i w tym przypadku błąd pozycji nie powinien być duży. Pomiary odbiornikiem GPS do celów turystycznych również możemy wykonywać w czasie mgły, pełnego zachmurzenia, opadu deszczu i śniegu. Należy jednakże pamiętać, że błąd w wyznaczeniu naszego położenia w pionie (czyli wysokości nad poziomem morza) może być około 2 - 3 razy większy od błędu naszej pozycji w poziomie.
Po włączeniu GPS nasza pozycja zostanie wyświetlona zaraz po odebraniu i przetworzeniu sygnałów od wymaganej minimalnej liczby satelitów. Jeżeli jednak zależy nam na dokładniejszym wyznaczeniu naszej pozycji, to warto poczekać aż odbiornik GPS przetworzy sygnały od wszystkich „widzianych” satelitów. Informacja o liczbie „widzianych” satelitów i przetworzeniu odebranych sygnałów wyświetlana jest na ekranie odbiornika. Jeżeli nasz odbiornik GPS nie był włączony przez kilka tygodni (włączony na tyle długo aby mógł się zlokalizować) lub w czasie kiedy odbiornik był wyłączony, przemieściliśmy się o przynajmniej kilkaset km, wówczas czas potrzebny do wyznaczenia naszej pozycji ulegnie wydłużeniu do kilku minut. Natomiast przy częstym włączaniu odbiornika np. podczas marszu na azymut, ustalenie naszej pozycji powinno trwać poniżej 1 minuty.

Dokładność wskazań GPS a dokładność map

Przeciętny turysta pieszy w swych wędrówkach wykorzystuje najczęściej mapy turystyczne wykonane w skali od 1:25 000 do 1: 75 000. Bardziej wymagający turysta może pokusić się o zakup map topograficznych w skali 1:10 000, 1: 25 000 i 1:50 000. Użycie map w turystyce pieszej (zwłaszcza w górach) w skali 1:100 000 i więcej jest problematyczne ze względu na małą dokładność (duży stopień generalizacji) takowych map. Z wymienionych wyżej map najdokładniejszą jest mapa topograficzna w skali 1:10 000, na której odcinek o długości 1 mm będzie odpowiadał w terenie (czyli w rzeczywistości) odcinkowi o długości 10 m. Biorą pod uwagę dokładność wykonania map, przymiarów (czyli np. linijek) oraz nasze możliwości (często gdzieś na szlaku, drodze, namiocie) zaznaczania i odczytywania współrzędnych interesujących nas obiektów, 1 mm wydaje się być górną granicą naszej dokładności. Jak już wyżej napisałem 1 mm na najdokładniejszej i ogólnie dostępnej mapie topograficznej równa się 10 m w terenie. Natomiast dokładność lokalizacji odbiorników GPS (z odbiorem sygnałów EGNOS) w sprzyjających warunkach wynosi parę metrów. Tak więc dokładność wyznaczania pozycji obecnie produkowanych turystycznych odbiorników GPS jest większa (oczywiście w sprzyjających warunkach) niż nasze możliwości zaznaczania i odczytywania współrzędnych obiektów nawet na najdokładniejszej mapie topograficznej.
Ale są sytuacje kiedy dokładność lokalizacji rzędu 2-3 m nie jest przesadą. Jeżeli podczas wędrówki zaplanujemy dojście do jakiegoś obiektu oraz powrót tą samą lub prawie tą samą trasą i nie chcemy przez cały czas dźwigać np. wszystkich konserw lub zebranych po drodze ciekawych okazów skał, wówczas możemy zostawić na naszej trasie ukryty gdzieś w krzakach depozyt. W takim przypadku dokładność wskazań GPS rzędu paru metrów (zwłaszcza w sytuacji pogorszenia się pogody w postaci mgły) znacznie przyśpieszy odnalezienie depozytu.

Współpraca GPS z mapą i busolą

Chyba większość obecnie wydawanych map turystycznych i planów miast oraz wszystkie mapy topograficzne posiadają znormalizowane układy współrzędnych (siatka kartograficzna z opisanymi w ramce współrzędnymi). Często na okładce takiej turystycznej mapy/planu jest umieszczony napis typu „GPS”, mający nas informować o możliwości współpracy tej mapy z GPS. Jednakże nie na wszystkich tego typu mapach stosowany jest ten sam układ współrzędnych a tym samym ten sam układ odniesienia.

Do najczęściej obecnie stosowanych współrzędnych i układów należą:

1) Współrzędne geograficzne z układem odniesienia WGS-84
2) Współrzędne prostokątne płaskie:
a) UTM z układem odniesienia WGS-84
b) PUWG-1992 (lub PUWG-92) z układem odniesienia WGS-84 (na mapach jest informacja „Elipsoida GRS-80” co pozwala przyjąć układ WGS-84)

Aby można było współrzędne naszego położenia, odczytane z odbiornika GPS, przenieść na mapę i oczywiście odwrotnie, czyli współrzędne odczytane z mapy zapisać w odbiorniku GPS, należy w GPS ustawić taki sam układ współrzędnych i odniesienia jaki zastosowano na danej mapie (!!!). Jest to warunek, bez spełnienia którego współpraca GPS z mapą jest niemożliwa.

Najpierw z mapy musimy odczytać informacje o rodzaju współrzędnych i w oparciu o jaki układ powstały te współrzędne. W tym celu przyglądamy się siatce kartograficznej na mapie. Jeżeli w ramce (na obrzeżach mapy) zarówno przy południkach jak i równoleżnikach mamy podane stopnie i minuty (np. 19o 43`), to oznacza ze na danej mapie zastosowano współrzędne geograficzne. Pozostaje nam jeszcze ustalić w oparciu o jaki układ sporządzono tą siatkę. Ta informacja na mapach turystycznych podawana jest (o ile jest podana) najczęściej w legendzie. Natomiast w przypadku braku takiej informacji nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaryzykować i przyjąć układ odniesienia WGS-84. Oczywiście to najlepiej przy najbliżej okazji sprawdzić w terenie, odczytując z GPS współrzędne np. przystanku autobusowego na którym właśnie stoimy i następnie porównać te współrzędne ze współrzędnymi owego przystanku odczytanymi z mapy. Jeżeli jest zgodność pomiędzy współrzędnymi z mapy i GPS wówczas oznacza to, że najprawdopodobniej właściwie odgadliśmy układ odniesienia.
Jeżeli siatka kartograficzna ma mapie turystycznej tworzy prostokąty i jest opisana cyframi, bez żadnych stopni czy minut, wówczas na mapie zastosowano współrzędne prostokątne płaskie UTM lub też PUWG-92. Na mapach topograficznych siatka kartograficzna zawsze tworzy współrzędne prostokątne płaskie. Informacji o tym, czy to są współrzędne prostokątne płaskie UTM, czy też PUWG-92 musimy szukać w legendzie, bądź też w okolicach górnej lub dolnej ramki. Jeżeli mamy do czynienia z siatką UTM wówczas sprawa jest prosta, podobnie jak w przypadku współrzędnych geograficznych. Wchodzimy w menu GPS i w okienku z napisem POSITION FRMT wybieramy UTM (przy współrzędnych geograficznych wybieraliśmy hdddomm.mmm` czyli stopnie, minuty i tysięczne minuty), natomiast w okienku MAP DATUM, tak samo jak przy współrzędnych geograficznych wybieramy WGS 84.
Jeżeli na mapie zastosowano współrzędne PUWG-92 wówczas sprawa się trochę komplikuje, ponieważ PUWG-92 nie jest zdefiniowany w GPS i musimy sami to zrobić. W odbiorniku GPS okienko MAP DATUM pozostaje bez zmian, czyli zostawiamy WGS-84, natomiast w okienku opisanym jako POSITION FRMT wybieramy USER GRID i przystępujemy do definiowania PUWG-92.

W poszczególnych okienkach wpisujemy następujące wartości:

LONGITUDE ORIGIN: E019o00.000`
SCALE: 0.9993000
FALSE E: 500000.0
FALSE N: -5300000.0

Przy wpisywaniu powyższych danych należy zwrócić uwagę na ilość miejsc, które musimy wypełnić cyframi. Jeżeli w FALSE E mamy wpisać 500000, natomiast w okienku GPS mamy 9 miejsc (.) to wówczas wpisujemy do GPS 00500000.0

Jeżeli w GPS wybraliśmy współrzędne geograficzne wówczas zapisane przez nasz odbiornik współrzędne będą miały postać:

N 50 o 03.703` szerokość geograficzna północna (N-półkula północna, 50 stopni, 3 minuty, 0.703 minuty)
E 019 o 56.240` długość geograficzna wschodnia czyli na wschód od południka zerowego przebiegającego przez Greenwich w Londynie (półkula wschodnia, 19 stopni, 56 minut i 0.240 minuty)

Jeżeli na mapie linie siatki są poprowadzone co 1 minutę, wówczas tysięczne minuty musimy sobie sami odmierzyć np. za pomocą linijki, ekierki lub specjalnie sporządzonego przymiaru (Ryc. 1).

W przypadku wybrania współrzędnych prostokątnych płaskich UTM ta sama pozycja przybierze postać:

34 U 0423940 (34-oznaczenie strefy, U-oznaczenie pasa, 423 km i 940 m na wschód od początku układu danej strefy)
UTM 5546033 (UTM-czyli Universal Transverse Mercator, 5 546 km 33 m na północ od równika)

Natomiast we współrzędnych prostokątnych płaskich PUWG-92 pozycja ta będzie następująca:
0567069
USR 0244249
(USR-oznacza układ współrzędnych zdefiniowany przez użytkownika, czyli w tym przypadku będzie to PUWG-92, pozostałe liczby oznaczają podobnie jak w przypadku UTM odległości wyrażone odpowiednio w kilometrach i metrach mierzone na północ (244 km, 69 m) oraz wschód (567 km, 69 m).

Na mapach topograficznych o współrzędnych prostokątnych płaskich linie siatki kartograficznej poprowadzone są w zależności od wymienionych wcześniej skal, co 1 lub 2 km. Domierzanie w metrach przeprowadzamy, podobnie jak w przypadku współrzędnych geograficznych, za pomocą linijki, ekierki lub specjalnie sporządzonego przymiaru (Ryc.1). Niektórzy wydawcy map turystycznych dołączają do mapy taki przymiar wraz z objaśnieniami dotyczącymi posługiwania się nim.

Do współpracy z GPS najlepsza jest mapa z układem współrzędnych płaskich prostokątnych (UTM, PUWG-92), ponieważ nawet za pomocą zwykłej linijki łatwo odmierzyć współrzędne od linii tworzących prostokąty. Natomiast w przypadku współrzędnych geograficznych, gdzie linie siatki tworzą figury zbliżone do trapezów jest znacznie trudniej odmierzyć współrzędne, nawet za pomocą specjalnego przymiaru.

Uzupełnieniem GPS jest busola/kompas. W przypadku pozostawienia depozytu (sytuacji opisanej wcześniej) w drodze powrotnej wystarczy w GPS wyświetlić wcześniej zapisane współrzędne depozytu a GPS automatycznie sam nam poda odległość i azymut. Wówczas możemy wyłączyć nasz odbiornik i wskazany azymut ustawić na busoli. Dalsze postępowanie jest już analogiczne jak w biegach na orientacje, czyli staramy się utrzymać obrany azymut i ocenić odległość. Kiedy uznamy, że znajdujemy się już blisko depozytu wówczas możemy ponownie włączyć GPS i kierować się już bezpośrednio jego wskazaniami, aż do momentu odnalezienia naszych ukrytych rzeczy. Oczywiście, że można nie wyłączać GPS i przez cały czas kierować się jego wskazaniami, rezygnując z użycia busoli. Jednakże nie będzie to ani ekonomiczne (szybkie zużycie baterii), ani bezpieczne (w momencie naszego zagubienia się już częściowo zużyte baterie będą pracowały krócej), ani też wygodne (mała busola poprzez swoje wymiary i wagę jest wygodniejsza w użyciu niż GPS).

W niniejszym opracowaniu nie omówiłem sposobu definiowania w odbiornikach GPS innych układów, ponieważ wychodzą one z użycia (1965) albo też nie są używane na mapach o wcześniej wymienionych skalach (GUGiK-80).

Opis postępowania przy wyborze i definiowaniu współrzędnych i układów został przeprowadzony w oparciu o jedne z najczęściej używanych w Polsce odbiorników turystycznych GPS firmy Garmin (seria eTrex).

Najważniejsze funkcje GPS

1. Obliczenie i zapisywanie współrzędnych zarówno w postaci punktów jak i przebytej trasy.
2. Możliwość powrotu najkrótszą drogą lub po śladach do dowolnie wcześniej zapamiętanego punktu.
3. Określenie odległości i azymutu do dowolnie wcześniej zapisanego w pamięci odbiornika punktu.
4. Wyznaczanie prędkości, aktualnego azymutu, podczas przemieszczania się oraz oszacowanie czasu potrzebnego do pokonania określonej trasy.
5. Dokładne wyznaczanie czasu.
6. Wyznaczanie wschodów i zachodów Słońca dla dowolnego miejsca na Ziemi.

O czym warto pamiętać ?

Planując zakup GPS wybierzmy model, który będzie optymalny do naszych potrzeb. Starajmy się raczej nie kupować drogiej wersji odbiornika z dużą ilością różnych funkcji, znacznie przekraczających nasze turystyczne potrzeby.

Odbiornika GPS nie należy rozkręcać, nie tylko ze względu na możliwość utraty wodoodpornośći ale również ze względu na ulotnienie się gazu z wnętrza naszego odbiornika, przeciwdziałającemu między innymi skraplaniu się pary wodnej (przy niskich temperaturach) w GPS .

Jeżeli do odbiornika GPS zastosujemy baterie alkaliczne, wówczas musimy się liczyć ze spadkiem ich sprawności w niskich temperaturach (podobnie jak akumulatora w samochodzie). Jeżeli chcemy uniknąć tego problemu trzeba zakupić baterie litowe, które są droższe od alkalicznych ale prawie niewrażliwe na niskie temperatury i odznaczają się większą pojemnością (dłużej będą pracować). Dla osób często używających GPS najtańszym rozwiązaniem będzie zakup akumulatorków z ładowarką. Częste włączanie podświetlenia ekranu w odbiorniku GPS dodatkowo skraca żywot baterii.

Kupując GPS pamiętajmy o zakupie do niego dobrego futerału. Najlepiej takiego w którym można będzie umieścić zapasowe baterie.

Ze względu na rodzaje anten zastosowanych w odbiornikach GPS, niektóre odbiorniki lepiej będą odbierać sygnały w pozycji pionowej, inne w pozycji poziomej.

Wyjeżdżając do krajów o „egzotycznym” ustroju warto sprawdzić czy wwożenie i używanie GPS nie jest tam zabronione.

Odbiorniki GPS odbierają sygnały wysyłane przez satelity, natomiast nie emitują własnych sygnałów radiowych (w przeciwieństwie np. do telefonów komórkowych).

Użytkowanie odbiorników GPS jest bezpłatne, przy czym USA jako właściciel NAVSTAR zastrzegł sobie na terenach objętych np. konfliktami zbrojnymi wprowadzenie zakłóceń sygnałów GPS (Selective Availability – powodujące obniżenie dokładności w wyznaczaniu pozycji odbiornika GPS) lub nawet przerwę w odbiorze sygnałów.

Każdy doświadczony turysta planując swój wyjazd np. w teren z namiotem nie zabierze tylko jednej latarki. Analogicznie jest z GPS. Zabierając GPS nie zapomnijmy zabrać busoli i mapy. Busola jest nie tylko uzupełnieniem GPS w sytuacjach wyżej opisanych ale również w przypadku gdy zawiedzie nas GPS (uszkodzimy go, stracimy, rozładują się baterie, brak sygnału) wówczas możemy skorzystać z busoli.

Podczas wyprawy nawet najlepszy sprzęt będzie tylko niepotrzebnym balastem, jeżeli nie nauczymy się nim właściwie posługiwać. Tylko dobre opanowanie obsługi GPS pozwoli nam należycie wykorzystać jego możliwości w trudnych sytuacjach (nocy, mgle, mrozie, śnieżycy, silnym wietrze itp.). Pamiętajmy o tym zanim wyruszymy na „szerokie wody”.

Do zobaczenia na bezdrożach
Staszek


Powyższy tekst został napisany z myślą o potrzebach i wiedzy przeciętnego turysty, dlatego słownictwo jak również prezentowane zagadnienia związane z GPS, zostały znacznie uproszczone.


Literatura:

Graszka W., Lipiński E. J., 2001, AB lokalizacji satelitarnej GPS w sporcie, turystyce i rekreacji. Wojskowe Stowarzyszenie ”Sport-Turystyka-Obronność”, Harcerskie Biuro wydawnicze „Horyzonty”, Warszawa s. 96.

Narkiewicz J., 2003, GPS Globalny System Pozycyjny. Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, Warszawa, s. 164.


Po licznych doświadczeniach z różnymi przymiarami skonstruowałem przymiar, który można zastosować zarówno do map ze współrzędnymi geograficznymi jak również prostokątnymi płaskimi, niezależnie od skali mapy.

Ryc. 1.Dwa różnej wielkości przymiary (waypointery) zarówno do map z siatką kilometrową jak i geograficzną oraz sposób ich wykorzystania.






Miernik do map topograficznych (siatka kilometrowa), głównie do map dziesiątek. Przy drukowaniu należy zwrócić uwagę aby długość boku po wydrukowaniu wynosiła dokładnie 10 cm. Po wydrukowaniu na folii i przycięciu do odpowiednich rozmiarów należy całość dwustronnie zafoliować.



Tabela przeliczeniowa jednostek kątowych (stopni, minut i sekund) na jednostki metryczne.

Wykorzystanie w turystycznej nawigacji satelitarnej map nie przystosowanych do współpracy z GPS-em

Obecnie na rynku jest coraz więcej map przystosowanych do współpracy z odbiornikami GPS. Mapy te posiadają siatkę ze współrzędnymi geograficznymi lub siatkę kilometrową (UTM, PUWG-1992). Jednakże nadal jest wydawanych wiele map nie posiadających żadnej siatki, lub jest to siatka oznaczona w pionie kolejnymi literkami alfabetu a w poziomie kolejnymi cyframi (bądź opisane w odwrotnej kolejności), służąca tylko do łatwiejszego odnalezienia obiektów (miejscowości, ulic, itp.) opisanych w części tekstowej na odwrotnej stronie mapy. Czasami można kupić mapy, które wprawdzie posiadają siatkę ale wykonaną w nieznanym układzie, dotyczy to głównie map zagranicznych. Według większości poradników z zakresu terenoznawstwa tego rodzaju mapy nie nadają się do nawigacji z użyciem GPS-a. Jednakże czasami nie mamy możliwości kupna innej mapy, ponieważ są to jedyne mapy które prezentują interesujący nas obszar i jesteśmy skazani na korzystanie z nich. Oczywiście, że najlepiej mieć mapę przystosowaną do współpracy z GPS-em ale w przypadku braku takowej mapy możemy, wbrew temu co piszą poradniki, również i taką mapę wykorzystać do nawigacji satelitarnej. Są przynajmniej dwa sposoby pozwalające do pewnego stopnia na współpracę GPS-a z takimi mapami.

1. Jeżeli mapę udało nam się zakupić przed wyjazdem, możemy w internecie poszukać informacji o obiektach (np. szczytach, schroniskach) które znajdują się na zakupionej przez nas mapie. Często przy opisie owych obiektów podane są ich współrzędne (najczęściej geograficzne). Wówczas takie współrzędne (minimum cztery punkty, najlepiej jeżeli są usytuowane na obrzeżach mapy w pobliżu każdego rogu mapy), nanosimy na mapę i w oparciu o nie, na zasadzie interpolacji i ekstrapolacji, nanosimy siatkę ze współrzędnymi. Do odczytania współrzędnych wybranych obiektów na mapie możemy również wykorzystać program Google Earth. Jeżeli tylko zamieszczone w Internecie zdjęcie lotnicze interesującego nas obszaru jest dostatecznie czytelne (a z tym różnie bywa nawet dla naszego kraju), możemy odczytać współrzędne wybranego obiektu i następnie nanieść je na mapę. Należy mieć jednak na uwadze, że w niektórych krajach mapy mogą ze względów obronnych nie odzwierciedlać rzeczywistego położenia niektórych obiektów, np. ważnych mostów.

Jest to może trochę żmudna praca ale daje najlepsze efekty podczas późniejszej nawigacji z GPS-em. Siatkę kilometrową nanosi się najłatwiej, więc w przypadku kiedy zdobędziemy (np. w Internecie) współrzędne geograficzne interesujących nas obiektów, to warto po zapisaniu ich w GPS-ie zamienić na współrzędne kilometrowe, np. w układzie UTM. Należy jednak pamiętać, że tak sporządzona siatka nie będzie tak dokładna, jak już istniejące siatki na mapach przystosowanych do nawigacji satelitarnej !

Czasami jednak nie mamy możliwości zakupu takiej mapy przed wyjazdem i niestety kupujemy ją dopiero na miejscu, czyli po przyjeździe w interesujący nas rejon. Jeżeli dysponujemy własnym środkiem transportu i istnieje możliwość objechania (okrążenia) terenu prezentowanego na mapie, wówczas możemy sami pomierzyć GPS-em współrzędne punktów (wcześniej zlokalizowanych na zakupionej mapie) i w oparciu o nie wrysować siatkę. Najlepszymi do tego punktami są, ze względu na łatwość lokalizacji przez nas na mapie i w terenie oraz zgodność usytuowania ich sygnatur na mapie z rzeczywistym położeniem w terenie, mosty na rzekach, wiadukty, skrzyżowania i rozwidlenia dróg, przejazdy kolejowe. W ostateczności możemy pomierzyć również współrzędne np. przydrożnych kapliczek, krzyży, stacji benzynowych ale należy mieć na uwadze, że czasami sygnatury tych obiektów nie zawsze znajdują się dokładnie tam, gdzie rzeczywiście znajduje się dany obiekt. Dotyczy to map turystycznych.

2. Jeżeli nie mieliśmy możliwości wcześniejszego ustalenia współrzędnych wybranych obiektów na naszej mapie ( a tym samym wrysowania siatki) to możemy to robić w trakcie wycieczki.

Załóżmy, że rycina 1 przedstawia wycinek obszaru z zakupionej właśnie mapy. Po jej gruntownym przestudiowaniu postanawiamy dojechać autobusem do przystanku usytuowanego w przysiółku Bacowiska i stamtąd wyruszyć zielonym szlakiem do schroniska pod Kopą. Po opuszczeniu autobusu na przystanku Bacowiska, włączamy GPS i zapisujemy w jego pamięci współrzędne przystanku (tworzymy tzw. waypoint). Jednocześnie na mapie ów przystanek obrysowujemy ołówkiem i wpisujemy obok numer punktu pod którym został on zapisany w GPS-ie. Po dotarciu na szczyt Cisowej Grapy powtórnie włączamy GPS i zapisujemy w nim współrzędne szczytu, zaznaczając jednocześnie ołówkiem ów szczyt na mapie i wpisując obok niego numer przyporządkowany mu w GPS-ie. Takie operacje powtarzamy co pewien czas, oczywiście w punktach, które udało nam się bez żadnych wątpliwości zlokalizować na mapie i w terenie. W miejscach takich jak szczyty, przełęcze, często znajdują się tablice informacyjne podające nie tylko nazwę szczytu/przełęczy ale również wysokość owego szczytu/przełęczy nad poziomem morza. Jeżeli takowej tablicy nie ma, to pozostaje nam tylko obserwacja ukształtowania terenu i śledzenie wysokości podawanej nam przez GPS lub altymetr. Na naszej mapie kolejnymi punktami pomiarowymi będą Barania Przełęcz oraz szczyt Groń.

Niestety upojeni pięknymi widokami, schodząc z Gronia mylimy ścieżki i zamiast pójść szlakiem w kierunku N-E (północno-wschodnim), idziemy nie oznakowaną ścieżką w kierunku S-E (południowo-wschodnim). Naszą pomyłkę zauważamy dopiero w momencie kiedy kończy się ścieżka. Oczywiście, pierwszą naszą reakcją powinien być powrót do ścieżki i miejsca w którym ostatni raz widzieliśmy zielony szlak. W naszym przypadku będzie to oznaczało powrót na szczyt Gronia. Ale niestety nie udaje nam się odnaleźć ścieżki którą szliśmy. Wówczas (najlepiej po krótkim odpoczynku przeznaczonym na przysłowiowe zebranie myśli) włączamy GPS-a i ustalamy współrzędne miejsca w którym się znajdujemy. Po ustaleniu naszej pozycji przez GPS mamy kilka (!!!) wariantów nawigacji, pozwalających nam powrócić do szlaku z którego omyłkowo zeszliśmy lub bezpośrednio dojść do wcześniej obranego celu podróży (w tym przypadku schroniska).

Po wyznaczeniu naszej pozycji przez GPS musimy tą pozycję przenieś na mapę. Do tego celu potrzebna nam będzie znajomość azymutu i odległości do przynajmniej jednego najbliższego punktu, który jest zaznaczony na mapie i którego współrzędne zapisaliśmy w GPS-ie. Takimi punktami na naszej mapie są: Groń, Barania Przełęcz, Cisowa Góra i przystanek autobusowy w Bacowiskach od którego zaczęliśmy wędrówkę. W celu poznania azymutu i odległości można wykorzystać różne funkcje GPS-a.

Jedną z takich funkcji jest funkcja „idź do” („GOTO”). W tym celu z zapisanych w pamięci punktów wybieramy ten do którego chcemy poznać azymut i odległość, a następnie włączamy funkcję „idź do”. Wówczas nasz GPS poda nam azymut i odległość do wybranego punktu. Dalej za pomocą busoli lub zwykłego kątomierza (jeżeli go mamy) odmierzamy na mapie azymut wybranego punktu i zaznaczamy odległość od tego punktu. W ten sposób otrzymujemy na mapie punkt, który oznacza nasze położenie. W celu wyeliminowania ewentualnej pomyłki możemy sprawdzić poprawność zaznaczonego na mapie naszego położenia, poprzez wybranie z pamięci GPS-a kolejnego punktu i ponowne uruchomienia funkcji „idź do”. Następnie ów azymut przenosimy na mapę i odmierzamy odległość. Jeżeli pomiary GPS-em były wykonane poprawnie i starannie odmierzaliśmy azymuty i odległości na mapie, wówczas oba punkty wyznaczające nasze położenie na mapie powinny się pokrywać lub być bardzo blisko siebie. Jeżeli punkty te są zbyt oddalone od siebie, wówczas powinniśmy ponownie uruchomić funkcję „idź do”, wykorzystując do tego kolejny zapisany w pamięci GPS-a punkt. I tak samo jak poprzednio przenosimy go na mapę i zaznaczamy odległość. Ów trzeci punkt powinien pokryć się z którymś z dwóch wcześniej zaznaczonych. Miejsce pokrycia się dwóch punktów będzie oznaczać nasze położenie na mapie. Jeżeli wszystkie pomiary były wykonywane poprawnie a północ topograficzna na mapie nie odbiega znacząco od północy geograficznej, to oczywiście wszystkie wyznaczone w wyżej opisany sposób punkty, oznaczające nasze położenie na mapie, powinny się pokrywać lub znajdować bardzo blisko siebie. Do wyznaczenia naszej pozycji na mapie, możemy posłużyć się tylko samymi azymutami, pomijając odległości, ale wówczas musimy wykorzystać przynajmniej dwa punkty zapisane w pamięci GPS-a. Dla bezpieczeństwa, czyli wyeliminowania ewentualnego błędu, najlepiej wykorzystać trzy punkty.

Kolejną funkcją w GPS-ie, którą możemy wykorzystać do wyznaczenia naszego położenia na mapie, jest funkcja „ekran mapy” („map page”). Przełączamy GPS w „ekran mapy” i wówczas na ekranie pokażą się znajdujące się najbliżej nas punkty, które oczywiście wcześniej zapisaliśmy w pamięci GPS-a. Następnie wystarczy kursorem najechać na wybrany przez nas punkt a wówczas w rogach ekranu pokaże się wartość azymutu i odległość do wybranego punktu. Dalej postępujemy tak samo jak we wcześniej opisanej funkcji, czyli wyznaczamy na mapie za pomocą busoli lub kątomierza otrzymane z GPS-a azymuty i odległości lub same azymuty.

Wyżej wymienione funkcje („idź do” oraz „ekran mapy”) powinny znajdować się we wszystkich GPS-ach turystycznych. W wielu GPS-ach znajdują się również inne funkcje podające azymuty i odległości. Do nich należą m.in. „ekran najbliższych punktów” („nearest waypoint”). W niektórych GPS-ach wystarczy wybrać lub tylko podświetlić któryś z zapisanych w jego pamięci punktów a wówczas automatycznie na ekranie pokaże się azymut i odległość do danego punktu, mierzona od miejsca w którym się znajdujemy.

Po wyznaczeniu na mapie naszej pozycji, powinniśmy przeanalizować (poprzez m.in. porównanie odległości, rzeźbę terenu, łatwość nawigacji) warianty dalszej naszej wędrówki. W naszym przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do Gronia lub ewentualny marsz bezpośrednio w kierunku schroniska.

W przypadku wybrania przez nas pierwszej opcji, czyli powrotu na Groń, należy w GPS-ie uruchomić wspomnianą już wcześniej opcję – „idź do”, wybierając zapisany w pamięci urządzenia pod numerem 4 punkt Groń. Jeżeli marsz do wybranego punktu nie zajmie nam dużo czasu, możemy wędrować do Gronia nawigując za pomocą stale włączonego GPS-a. Podczas wielogodzinnego marszu, przy niskich temperaturach i braku zapasowych baterii do GPS-a, lepiej nawigować za pomocą busoli (pamiętać musimy o deklinacji magnetycznej), włączając GPS-a tylko co pewien czas w celu skontrolowania naszego położenia i naniesienia ewentualnych poprawek do kierunku dalszego marszu. Nawigować do wyznaczonego punktu można również za pomocą funkcji „ekran mapy”.

W przypadku wybrania drugiej opcji, czyli marszu na azymut bezpośrednio do schroniska, należy dokładnie przestudiować na mapie rzeźbę terenu (np. strome zbocza, kaniony), jego pokrycie (np. kosodrzewina) i deniwelacje (np. głęboka dolina), jakie musimy pokonać. Jeżeli po naszych studiach dojdziemy do wniosku, że marsz prosto do schroniska zajmie nam mniej czasu niż powrót do Gronia i dalszy marsz szlakiem turystycznym, wówczas musimy zmierzyć na mapie azymut schroniska od miejsca w którym się znajdujemy. Do tego celu możemy wykorzystać busolę lub kątomierz. Azymut mierzymy celując z miejsca w którym się znajdujemy (oczywiście na mapie) prosto w schronisko (jego sygnaturę), lecz do marszu wyznaczamy nieco inny azymut. Otóż w przypadku przyjęcia do marszu takiego samego azymutu jaki został zmierzony na mapie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że podczas długiego marszu nieświadomie zboczymy z kierunku (z azymutu) i wejdziemy na szlak z prawej lub lewej strony schroniska. Jeżeli z miejsca w którym przetniemy szlak nie będzie widać schroniska, wówczas istnieje ryzyko że wchodząc na szlak, obierzemy niewłaściwy kierunek i zamiast zbliżać się do schroniska będziemy się od niego oddalać. Aby zapobiec takiej niekorzystnej dla nas sytuacji, należy przed obraniem kierunku marszu ocenić nasze możliwości utrzymania właściwego azymutu. To utrzymanie azymutu będzie się wiązało nie tylko z naszym doświadczeniem ale między innymi z odległością którą musimy pokonać, porą doby (dzień, noc) i roku (pokrywa śnieżna, gęsto ulistnione korony drzew), pogodą, rzeźbą terenu, deniwelacją. Jeżeli dojdziemy do wniosku, że na danym odcinku marszu nie powinniśmy zboczyć z azymutu więcej niż np. 8o, wówczas dla bezpieczeństwa powinnyśmy przyjąć nieco większą wartość np. 12o. Pozostaje jeszcze ustalenie czy pomierzony na mapie azymut schroniska zwiększamy, czy też zmniejszamy o te 12o. W naszym przypadku zwiększenie azymutu wydłużyłoby drogę, więc powinniśmy zmierzony do schroniska azymut zmniejszyć o 12o. Oczywiście cały czas musimy pamiętać również o uwzględnieniu deklinacji magnetycznej. W momencie dojścia do szlaku kierujemy się w prawą stronę. Przed rozpoczęciem marszu warto również zmierzyć na mapie odległość jaka nas dzieli od schroniska. W czasie marszu powinniśmy nie tylko kontrolować kierunek marszu ale również odległość. Dlatego powinniśmy mierzyć czas jaki upłynął od chwili startu i w ten sposób szacować przebytą odległość. W razie niepewności swojego położenia należy włączyć GPS i tak jak to zostało opisane wcześniej, ustalić swoje położenie. Istnieje również inna metoda nawigacji w marszu na azymut, wykorzystująca pośrednie punkty, ale to będzie omówione w osobnym rozdziale.

Jeżeli dysponujemy mapą w skali 1: 25 000 (1 mm na mapie = 25 m w terenie) wówczas możemy, po wcześniej opisanym wyznaczeniu naszego położenia na mapie i zmierzeniu azymutu oraz odległości do schroniska, wyznaczyć współrzędne schroniska. W tym celu wykorzystujemy jedną z funkcji GPS-a, pozwalającą w oparciu o dowolny punkt zapisany w pamięci urządzenia utworzyć, po wprowadzeniu azymutu i odległości, nowy punkt. Należy jednak pamiętać, że współrzędne schroniska wyznaczone tą metodą mogą być obarczone, na skutek sumowania się błędów (przy wyznaczaniu na podstawie azymutów i odległości naszej pozycji na mapie i następnie przy mierzeniu azymutu i odległości do schroniska), sporą niedokładnością. Stąd też tak otrzymane współrzędne należy traktować raczej jako współrzędne o wartościach orientacyjnych. Przy mapach w skali 1 : 50 000 czy też 1 : 75 000 współrzędne jakiegoś obiektu wyznaczone tą metodą będą obciążone jeszcze większymi błędami.

Niestety, ta metoda wymaga od turysty pewnej wprawy w posługiwaniu się busolą i GPS-em. Wprawy, którą należy zdobyć przed wyruszeniem na szlak.
Staszek

Wyznaczanie czasu

Za pomocą busoli i Słońca

Opisana przeze mnie metoda opiera się na zasadach wykorzystywanych do określania czasu za pomocą zegara słonecznego a głównymi narzędziami jest busola i oczywiście Słońce.

Pozorny ruch Słońca po niebie wynika z ruchu obrotowego Ziemi wokół własnej osi. Na wykonanie pełnego obrotu nasza planeta potrzebuje 24 godziny1 a to oznacza, że Słońce przemieszcza się po niebie z prędkością kątową 15o na godzinę (360o : 24 godz. = 15o). I tą wartość 15o czyli 1 godziny przyjęto przy wyznaczaniu stref czasowych. Czas zimowy w naszym kraju, zwany też czasem środkowoeuropejskim, oznacza że o godzinie 12 00 Słońce góruje (w tym momencie pomijam równanie czasu), czyli znajduje się najwyżej na niebie w danym dniu, na południku 15o długości geograficznej wschodniej. Natomiast czas letni jest przesunięty o godzinę i oznacza, że o godzinie 12 00 Słońce góruje na południku 30o, również szerokości geograficznej wschodniej. To oznacza, że np. w Krakowie, który się znajduje na 20o długości geograficznej wschodniej (w skrócie E 20o)2 w zimie Słońce będzie górować 20 minut przed dwunastą (bo tyle czasu potrzebuje Słońce żeby przemieścić się o te 5o z Krakowa na południk E 15o) czyli o godzinie 1140. Natomiast w lecie Słońce w Krakowie będzie górować o godz. 12 40, ponieważ Kraków znajduje się w odległości 10o od południka E 30o, a tym samym Słońce potrzebuje 40 minut żeby przemieścić się z E 30o nad Kraków (E 20o). To jest bardzo ważne przy wyznaczaniu czasu za pomocą busoli i Słońca.

W tej metodzie należy za pomocą busoli wyznaczyć azymut Słońca. Oczywiście mowa jest tutaj o takim azymucie z jakim mamy do czynienia w turystyce, czyli mierzonym zgodnie z ruchem wskazówek zegara, od północy geograficznej. Przy niskich położeniach Słońca (rano lub późnym popołudniem) lub wówczas kiedy tarcza Słońca jest widoczna przez chmury, nie stanowi to problemu. Problemem jest pomierzenie azymutu, kiedy Słońce jest wysoko i oślepia nas. Wówczas nawet okulary słoneczne mogą okazać się bezużyteczne. W takim przypadku najlepiej pomierzyć azymut Słońca mierząc np. azymut cienia sznurka zawieszonego na gałęzi lub patyku wbitym w ziemię i zwisającego pionowo (z tego powodu dolny koniec sznurka warto czymś obciążyć). Do tego celu można wykorzystać np. but turystyczny, ponieważ posiada długą i grubą sznurówkę. Można też pomierzyć azymut jakiegoś obiektu np. drzewa, które znajduje się dokładnie, czyli pionowo, poniżej środka tarczy słonecznej. Załóżmy, że azymut Słońca został dobrze pomierzony i otrzymaliśmy wartość 235o. Ponieważ igła busoli wskazuje północ magnetyczną a nas interesuje północ geograficzna, to wartość odczytaną z busoli musimy skorygować o wartość odchyłki magnetycznej występującej w danym miejscu i czasie. Możemy to uczynić posługując się informacjami zamieszczonymi na mapach topograficznych w skali 1:50 000, jeżeli oczywiście wcześniej tego nie zrobiliśmy zapoznając się z mapą izogonną lub internetowym kalkulatorem. Załóżmy, że jesteśmy w pobliżu Krakowa i owa odchyłka magnetyczna w 2008 roku wynosi około 4o na wschód, co oznacza że igła naszej busoli zawyża wartość pokazywanego azymutu o 4o. Tak więc od zmierzonej wcześniej wartości 235o musimy odjąć te 4o, co daje nam wartość 231o. Następnie musimy dokonać korekty związanej z różnicą pomiędzy czasem słonecznym, wyznaczanym przez Słońce dla danego miejsca, a czasem urzędowym owego miejsca (czyli Krakowa). W tym celu w lecie do zmierzonego azymutu Słońca 231o dodajemy 10o (różnicę pomiędzy długością geograficzną Krakowa a południkiem E 30o). Natomiast w zimie od zmierzonego azymutu odejmujemy 5o (różnicę pomiędzy długością geograficzną Krakowa a południkiem E 15o). W ten sposób otrzymujemy w lecie wartość 241o , natomiast w zimie 226o . Teraz wystarczy ów kąt zamienić na godziny, przyjmując azymut 0 za godzinę 00 00, czyli północ geograficzną przyjmujemy jako północ czasową.

Lato
241 : 15 = 16 godz. i 04 min. czyli mamy 16 04

Zima
226 : 15 = 15 godz. i 04 min. czyli mamy 15 04

W zasadzie moglibyśmy na tym zakończyć obliczenia, jednakże wyznaczony w ten sposób czas będzie obarczony błędem. Od początku kwietnia do połowy września ów błąd będzie wynosił od 0 do 5 min. natomiast w pozostałym okresie roku od 0 do około 17 min. Niestety nasze Słońce jest punktualne tylko cztery razy w roku. W pozostałym okresie albo się spóźnia albo śpieszy. Wynika to między innymi z tego, że nasza planeta nie porusza się wokół Słońca po orbicie kołowej tylko po elipsie. Aby pozbyć się tego błędu musimy skorzystać z tak zwanego równania czasu, najlepiej w postaci wykresu. Na wykresie odczytujemy dla danego dnia roku wartość o jaką Słońce się spóźnia/śpieszy i odpowiednio dodajemy/odejmujemy od wyżej wyliczonego czasu.

Z moich doświadczeń wynika, że dokładność wyznaczenia czasu tą metodą najbardziej zależy od naszej umiejętności w wyznaczaniu azymutu Słońca oraz dokładności busoli którą się posługujemy. Przy posługiwaniu się dokładną busolą należy szczególnie zwrócić uwagę na wszelkie uwarunkowania mogące mieć wpływ na dokładność wskazań igły magnetycznej.

1. Ze względu na przeznaczenie tego artykułu pomijam zagadnienie doby gwiazdowej, prawdziwej słonecznej i średniej słonecznej. Osoby zainteresowane poznaniem tych terminów odsyłam do linku o równaniu czasu lub do akademickich podręczników z astronomii.
2. E 21o – litera E pochodzi od angielskiego słowa east (wschód) i w tym przypadku oznacza półkulę wschodnią

Staszek

Warsztaty Zimowego Przetrwania 2012

Na początku marca 2012 roku odbyły się w Beskidzie Żywieckim koło Zwardonia Warsztaty Zimowego Przetrwania. Firmowane były przez Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu. W warsztatach miało wziąć udział 4 organizatorów, którzy mieli przydzielone określone zadania. Kierownikiem całego zamieszania był niejaki Staszek, piszący zresztą to sprawozdanie. Niestety z różnych przyczyn (dżuma, masaże erotyczne) w warsztatach wzięło udział tylko 2 organizatorów. W wyznaczonym czasie i miejscu, na starcie zjawiły się 2 osoby – Paweł z III PR i Staszek, którzy do późna wieczór zabawiali się w przerzucanie śniegu z jednego miejsca w drugie. Kiedy już im się to znudziło, postanowili wybudować sobie tipi, ogrzewane ogniskiem syberyjskim. I tu należą się duże słowa uznania leśniczemu Panu Andrzejowi, który polecił naciąć pilarzom odpowiedniego do naszych potrzeb drewna, prawdziwie od serca. W związku z tym nie musieliśmy oszczędzać na ogrzewaniu (temperatura w nocy spadała do -15 oC), a i rachunek jaki Pan leśniczy nam na końcu wystawił był wyrazem jego przychylności do naszego zimowego szkolenia.

Około północy dojechali na miejsce dwaj komandosi – Adam i Kuba, jeden z firmy, drugi z czasopisma „Komandos”. Ten drugi zasłynął z chodzenia po śniegu w klapkach, ponieważ jeden z jego palców u nogi chwilowo nie mieścił się w normalnych butach. Ale komandosi są twardzi i słowa dotrzymują, więc przyjechali. Dyskusje około-survivalowe toczyły się do 4 nad ranem. Wczesnym rankiem, zgodnie z zapowiedzią, zjawili się kolejni dwaj uczestnicy: Super Paweł z Supertechu i Piotr AP (ratownik medyczny) z Recona. Już w drodze na warsztaty postanowili przećwiczyć niektóre elementy sztuki survivalowej, jak chodzenie na azymut i skoki w dal po rzecznym lodzie z rzutem plecakiem przez głowę.

Po zasłużonym śniadaniu wszyscy uczestnicy warsztatów kontynuowali zabawę z przerzucaniem śniegu. Kiedy udało się odsłonić spod grubej warstwy zbitego śniegu około 25 m2 gruntu, postanowiono powiększyć tipi do docelowych rozmiarów. Jednocześnie rozpoczęto budowę dwóch jednoosobowych apartamentów, jednego z klimatyzacją typu „usypywane igloo”, drugiego z ogrzewaniem podłogowym, czyli szałas norka z Dakotą Fire Hole. Przy „usypywanym igloo” postanowiono sobie ułatwić zadanie zasypując śniegiem różne fanty (worki napompowane powietrzem i z liśćmi). Bodowa szałasu rozpoczęła się od wykopania w gruncie Dakoty i jej uruchomienia. Po nagromadzeniu odpowiedniej ilości żaru, otwór zasypano popiołem i darnią. I tu nastąpiła pewne nieporozumienie. Super Paweł zamawiał szałas tylko z ogrzewaniem. Jednakże pomysłodawca tego apartamentu w osobie piszącego tą relację, przez przypadek postanowił podnieść standard owego lokum, fundując jej mieszkańcowi przez pierwsze dwie godziny saunę z lodu zawartego w darni pokrywającej Dakotę. Ku rozczarowaniu architekta, Paweł nie skorzystał z tego udogodnienia, twierdząc, że jego najnowsza, testowana kurtka takie rzeczy ma już w standardzie.

I tu należy wspomnieć, że ów szałas był budowany w technologii, polegającej na wykorzystaniu najnowocześniejszych osiągnięć budownictwa prymitywnego. Na szkielet zrobiony z naturalnie sezonowanych patyków narzucono kosmiczną folię NRC, następnie położoną warstwę gałęzi świerkowych z regla dolnego, na to warstwę izolacyjną z uschniętych liści klonu kanadyjskiego (prawie 2000 cui) i na koniec ponownie położono gałązki świerka, tym razem z regla górnego (duża odporność na surowe warunki klimatu, porównywalna z odpornością świerka syberyjskiego). Podłogę szałasu wyłożono chrustem i gałęziami świerka, tym razem ponownie dolnoreglowego.

Jeżeli natomiast chodzi o „usypywane igloo” to po wyciągnięciu fantów i powiększeniu przestrzeni bytowania okazało się, że budowla osiągnęła wytrzymałość lekkiego bunkra. Skakanie z przyświstem i przytupem po jej dachu, nie robiło na niej żadnego wrażenia. Podłoga igloo, podobnie jak szałasu, została wyścielona gałązkami świerka. Pomimo, że od czasu postawienia igloo minął prawie miesiąc, budowla nadal stoi, wciąż zapewniając ten sam komfort i stałą temperaturę. Dzięki Marku za informację.

Wieczorem Andrzej, drugi organizator warsztatów, w jednej osobie ratownik medyczny z Bydgoskiego Centrum Ratownictwa i Outdooru oraz żeglarz, zrobił wykład na temat hipotermii i odwodnienia się. Wszystkim do gustu przypadł szczególnie ten drugi temat, zwłaszcza, że Andrzej jako pomoc naukową przywiózł parę litrów wyciągu z mniszka lekarskiego, aby każdy osobiście mógł zbadać zawartość „cukru w cukrze”. Następnego dnia Darek z Projektu Bushcraft, serwował wszystkim orzeźwiający czosnek niedźwiedzi, a kierownik zamieszania każdego częstował orzeszkami buczyny, którymi dziki doprowadzają się do syndromu dnia poprzedniego.

Każdej nocy w tipi prowadzone były doświadczenia nad progowym stężeniem dymu, po przekroczeniu którego pada wszystko co lata i bzyka. Niestety, z braku moskitów postanowiono wyznaczyć wartość progową dla ludzi. Wartość tą udało się osiągnąć w momencie, kiedy Kuba w poszukiwaniu tlenu wyciął nożem dziurę w ściance tipi. Jacek, drugi uczestnik warsztatów z Projektu Bushcraft, postanowił wyłączyć się z tego eksperymentu i zakopał się w śniegu, cały czas badając za pomocą swoich elektronicznych zabawek jego parametry izolacyjne.

Kolejnego dnia postanowiliśmy przećwiczyć wzywanie pomocy i gotowanie wody za pomocą „świecy skandynawskiej”. Wodę udał się zagotować, ale z pomocą nikt nam nie przyszedł. Za to my musieliśmy wyciągać ze śniegu samochód pewnej wesołej rodzinki. Gotowanie wody kontynuowaliśmy, ale już inną metodą. W tym celu nawrzucaliśmy do ogniska kamieni, czekając aż zmienią swoją barwę z szarej na jaskrawo czerwoną. Kiedy osiągnęły już oczekiwany kolor, wrzuciliśmy je do foliowego worka z wodą, którego dno wcześniej wyłożyliśmy małymi gałązkami świerkowymi. Po krótkiej chwili herbatka świerkowa, aromatyzowana plastikiem, była gotowa. Niektórym nawet smakowała.

W trakcie szkolenia zaplanowaną wizytę złożył nam Pan Kajetan z firmy „Rakiety.pl”. Zaprezentował kilka wspaniałych modeli rakiet śnieżnych, szczegółowo omawiając ich wady i zalety. Każdy z uczestników mógł na miejscu wypróbować poszczególne egzemplarze, tego jeszcze wciąż nie docenianego w naszym kraju sprzętu. A zapewne warto. Bardzo dziękujemy firmie „Rakiety.pl” za doskonałą prezentację i możliwość przetestowania rakiet.

Doceniając możliwości poruszania się za pomocą rakiet, zarówno w świeżym jak i przepadającym śniegu, w programie warsztatów nie zabrakło również punktu dotyczącego szybkiego konstruowania prymitywnych rakiet z gałęzi drzew iglastych. Nam do tego celu posłużyły gałęzie świerka. Efekty widoczne są na zdjęciach. Oprócz rakiet, prezentowany był również sprzęt skiturowy. Tutaj wiedzą i możliwościami z pełnym uznaniem popisywał się Adam.

Na koniec wypada powiedzieć chyba o najważniejszej rzeczy, a mianowicie metodach rozpalania ognia, zarówno tych prymitywnych jak i współczesnych. W użyciu były noże i krzesiwa kowalskie oraz za sprawą Pawła, prawie wszystkie dostępne w Polsce modele krzesiw syntetycznych. Niektóre z nich, niczym czarodziejskie różdżki, po odpowiednim dotknięciu same rozpalały ogień. Po krzesiwach przyszedł czas na inne metody rozpalania ognia. Metodą szybką i nie wymagającą prawie żadnego wysiłku jest rozpalanie ognia za pomocą promieni słonecznych, przy wykorzystaniu lup od busol i kart survivalowych oraz śmieci, w postaci aluminiowych puszek po napojach. Można to robić również przy użyciu butelek PET wypełnionych wodą. Osobom pragnącym się rozgrzać, jeszcze przed rozpaleniem ognia, polecana jest prezentowana na warsztatach metoda łuku ogniowego. W użyciu były też bardziej nowoczesne metody rozpalania ognia z wykorzystaniem zawartości dobrej apteczki samochodowej i płynów samochodowych, jak również popularnych baterii paluszków.

W celu poznania prawdziwej wartości merytorycznej warsztatów odsyłam do poważniejszych relacji innych uczestników warsztatów.

Wszystkim Uczestnikom warsztatów bardzo serdecznie dziękuję za udział i wszelki wkład wniesiony w to szkolenie.

Szanownym Czytelnikom przypominam, że wszelkie tego typu poczynania należy uzgadniać z gospodarzami terenu.

Staszek


Neotipi, czyli połączenie tipi z kurną chatą - patent Staszka (fot. P. Drozd).


Rozpalamy nodię w tipi (fot. P. Drozd).


W tipi rano (fot. J. Straszak).


Jacek się zakopuje (fot. P. Drozd).


Rozpalamy Dakotę (fot. P. Drozd).


W szałasie norce (fot. P. Supernat).


Przed igloo (fot. P. Supernat).


W igloo (fot. P. Supernat)..


Rakieta śnieżna (fot. P. Drozd).


W rakietach śnieżnych (fot. D. Hajduk).


Rozpalamy ogień za pomocą noża, krzemienia i błyskoporka (fot. D. Hajduk).


... za pomocą promieni słonecznych i lupy w busoli (fot. J. Straszak)


... a tutaj za pomocą puszki po piwie (fot. P. Supernat)


Efekt tego rozpalenia (fot. P. Supernat).



A to ogień otrzymany z łuku ogniowego (fot. P. Supernat).


Gotujemy wodę na świecy skandynawskiej (fot. P. Supernat).


... a tym razem rozżarzonymi kamieniami w worku foliowym (fot. P. Supernat).

http://supertac.pl/warsztaty-zimowego-survivalu/

http://goldenline.pl/forum/2833530/relacja-z-warsztatow-zimowego-przetrwania-spss/

http://reconnet.pl/viewtopic.php?t=4051&start=0&sid=83ac196f791dc0e5dc599b8bcc6a564b/

Zimowy biwak eksperymentalny [Zima 2012]

STASZEK:
Prawie syberyjskie mrozy, które na przełomie stycznia i lutego zagościły w sporej części naszego kraju, stały się doskonałą okazją do przetestowania pewnych pomysłów. Jednym z nich miał być szałas z folii NRC (czyli obowiązkowego wyposażenia każdego turysty wyruszającego w góry nawet na jednodniowy spacer), ogrzewany nodią z dwóch pni. Pomysłem zaraziłem Mariusza, a na miejsce testów wybrałem włości Marka, zagubione w urokliwych Beskidach.

MARIUSZ:
Staszek, jako sprawdzony i niezawodny kompan naszych wspólnych survivalowych eskapad, nie musiał długo zarażać mnie tym i innymi wcześniejszymi pomysłami.
Po złapaniu (drogą telefoniczną po telefonie od Staszka) tydzień przed wyjazdem infekcji wywołanej survirusem dostałem gorączki przygotowań do wyjazdu. Typowe objawy to: obmyślanie tego, co mam zabrać, ewentualne przeróbki sprzętu (jak się okazało w 100% trafione i zwiększające komfort moich terenowych poczynań i wywołujące braki w śnie, na przykład poprzez nocne uzbrajanie kurtki w guziki do podpinki itp.) oraz występujący na końcu objaw w postaci spakowanego plecaka, ustępujący zazwyczaj po powrocie ;).
Żarty żartami, ale ważne jest, aby dobrze się przygotować na wszelkie możliwe zagrożenia w warunkach zawężających znacznie margines bezpieczeństwa w przypadku zaistnienia niesprzyjających okoliczności. Słusznie wspomina Staszek o folii NRC jako jednym z obowiązkowych elementów górskiego wyposażenia i to nie tylko w zimie. My, poza ekwipunkiem, mieliśmy również wsparcie ze strony Marka, który w razie czego służył nam pomocą.

STASZEK:
Na działkę Marka dotarliśmy około godz. 16, czyli o tej porze, w której turysta wędrujący zimą po górach, zaskoczony przez naturę perspektywą nieplanowanego biwaku, powinien już znaleźć odpowiednie miejsce na spędzenie nocy i zacząć zbierać materiał na ognisko i do budowy schronienia. Na miejsce naszego noclegu wybraliśmy skraj lasu, powyżej rozległej łąki. Pokrywa śnieżna była znacznie mniejsza niż na łące, ale lodowaty wiatr hulał prawie z taką samą siłą jak na otwartej przestrzeni. Mimo że termometry zawieszone na gałęziach drzew na wysokości około 1,5m nad powierzchnią gruntu zgodnie pokazywały tylko -20oC (liczyliśmy przynajmniej na temperaturę -25oC), to na skutek wiatru temperatura odczuwalna była co najmniej o 10 stopni niższa. Ja zabrałem się do odśnieżenia około 4m2 gruntu, potrzebnych do postawienia schronienia z trzech folii NRC, natomiast Marek z Mariuszem przystąpili do ścięcia dwóch uschniętych niewielkich olch obstukanych już przez dzięcioły. Po zakończeniu odśnieżania zabrałem się za rozpalenie ogniska, co niestety okazało się trochę skomplikowane, ponieważ większość uschniętych gałęzi pokryta była cienką warstwą lodu. Jednakże po usunięciu kory wraz z lodem, wnętrze okazało się suche. Udało się znaleźć również trochę bardzo cienkich gałązek świerkowych wolnych od lodu, które bez problemu zapaliły się od płomienia zapalniczki sztormowej. Niestety, ścięte drzewka okazały się zbyt wilgotne na sporządzenie nodii z dwóch pni, na której bardzo nam zależało. Nodia z dwóch suchych pni nałożonych na siebie po rozpaleniu nie daje płomienia, tylko żarzy się, roztaczając przez wiele godzin w miarę stałą ilość ciepła, ale znacznie mniejszą niż nodia sporządzona z kilku pni i paląca się płomieniem. Nodia z dwóch żarzących się pni, ze względu na wydzielaną małą ilość ciepła, wymaga spania w małej odległości od niej. Z tego względu świetnie nadaje się do ogrzewania małych szałasów. A taki właśnie planowaliśmy postawić.

MARIUSZ:
Po podziale obowiązków obozowych, wyposażony w składaną piłę i Staszkową supersiekierkę, przystąpiłem z Markiem do ścinki drzew. Ponieważ, jak zwykle, przestawiłem się w "tryb terenowy", starałem się maksymalnie zwracać uwagę na otoczenie i na wszelkie zagrożenia nie tylko ze strony ścinanych drzew, mimo że odpowiednimi cięciami i z określonym wcześniej kierunkiem upadku, ale też - jakże istotny przy niskiej temperaturze - problem zapocenia się podczas zbyt intensywnego wysiłku. W trakcie tych działań, robiąc co jakiś czas przerwy, po spadnięciu na jednego z nas (również częściowo za ubranie) z drzewa sporej ilości śniegu, wzmogłem czujność i poprawiłem ubranie, bardziej naciągając kaptur na głowę oraz zakrywając kieszenie patkami. W tym miejscu Staszek określił problem słowami, że "wilgoć jest wrogiem polarników" (do polarników nam jeszcze daleko - ale może następnym razem? :)). Niby dość oczywiste, ale poprawiając odzież znalazłem trochę śniegu w jednej z kieszeni kurtki, który szybko stopniałby w pobliżu ogniska, którym dogrzewaliśmy się dość często. Uchroniło to zapewne moją kurtkę przed częściowym zesztywnieniem, tak jak to się stało z rękawicami roboczymi, których nie oszczędzałem podczas wycinki i pod koniec trochę zamokły. Na mrozie szybko zrobiły się sztywniutkie, a potem suszyły się już spokojnie przy ognisku. Dodam, że ze Staszkiem mieliśmy dodatkowe pary rękawic (w tym nieprzemakalne), będące istotnym elementem wyposażenia w tych warunkach, gdyż praca na mrozie w mokrych rękawicach skończyłaby się po paru minutach. Za każdym razem przed zbliżeniem się do ogniska otrzepywałem się też maksymalnie ze śniegu z podanych wyżej powodów, uważając również na buty, aby nie były zbyt blisko ognia. Bezpieczny dystans sprawdzałem gołą ręką przy bucie, oceniając w ten sposób temperaturę.

STASZEK:
Ze względu na lodowaty wiatr miał to być szałas w kształcie litery C o boku 2m, otwarty od strony zawietrznej. Niestety, folie NRC okazały się zbyt mało wytrzymałe, aby przy ich użyciu i cienkiego sznurka sporządzić odpowiednie schronienie. Natomiast bardzo dobrze nadają się jako materiał uszczelniający i ekranizujący w szałasach zbudowanych z gałęzi. My w zapasie mieliśmy jednakże 3 plandeki budowlane, dzięki którym mogliśmy postawić szałas, bez dodatkowego chodzenia po lesie i szukania odpowiednich materiałów na szałas.

MARIUSZ:
Oczywiście plandeki okazały się wybawieniem i przy użyciu paru sprytnych węzłów (wiązanych gołymi rękami, niestety), m.in. Prusika do odciągów, pętli zaciskowej na kołkach i innych, zbudowaliśmy dość sprawnie schronienie w założonym przez nas kształcie. Stosując odpowiednie w poszczególnych miejscach węzły, ograniczaliśmy w ten sposób czas wystawienia gołych rąk na mróz, które i tak dość często rozgrzewaliśmy nad ogniem.

STASZEK:
Zanim postawiliśmy schronienie z plandek, próbowaliśmy chociaż trochę podsuszyć nad ogniskiem pnie ściętych drzew. Niestety, przy próbie rozpalenia z nich nodii okazało się, że na ich żarzenie się nie ma co liczyć. W grę wchodziła tylko nodia z wielu pni, paląca się płomieniem. A na takie ognisko nasze schronienie było trochę zbyt małe i w półzamkniętym szałasie ilość dymu wydobywająca się z wilgotnego drzewa dawała się we znaki.

Siedzenie w małym szałasie przy takim ognisku trochę przypominało siedzenie w piekarniku i jednocześnie wędzarni. Ponieważ zaczął padać śnieg i nadal wiał lodowaty wiatr, na przebudowę szałasu, czy też szukanie w tych warunkach bardziej suchego drewna, nie mieliśmy już ochoty. Sytuację podratował Marek, przywożąc nam trochę suchszego drewna, między innymi połówkę bardzo grubego pnia, która najpierw zaczęła palić się płomieniem, a później żarzyć.

MARIUSZ:
Po dostarczeniu przez Marka pniaka i po zaciągnięciu go (pniaka, nie Marka) na lince do miejsca naszego biwaku, rozpoczęliśmy eksperyment z suchym drewnem. Mieliśmy już za sobą parę godzin prób ze wspomnianymi wcześniej ściętymi pniakami. Było już dość późno i zacząłem się zastanawiać nad ewentualnymi skutkami spania w takich warunkach. Kilkakrotnie kładłem się na miejscu mojego ewentualnego noclegu na trochę już sztywnej od mrozu karimacie i oceniałem możliwości komfortowego i bezpiecznego spędzenia reszty nocy w naszym schronieniu. Przedstawiłem Staszkowi parę moich uwag dotyczących bliskości ognia i tańczącego wewnątrz schronienia dymu, sugerując ewentualne spędzenie reszty nocy u Marka. Starałem się przedstawić Staszkowi szereg zaobserwowanych niedogodności i ewentualnych zagrożeń. Staszek jednak postanowił dzielnie dokończyć eksperyment i zostać do rana. Uspokojony rozwagą Staszka i jego niezachwianą determinacją, było już grubo po północy, ostatecznie spakowałem do plecaka jeden ze śpiworów oraz karimatę. Zostawiwszy Staszkowi drugi śpiwór, docieplacz w postaci podpinki do poncha US oraz alumatę i drugą karimatę, ruszyłem w kilkukilometrowy nocny spacer do domu Marka, tzn. w kierunku zielonego światła, jak mnie poinstruował gospodarz :). Trasę przeszedłem delektując się spokojem śpiących gór. Po drodze rozmyślałem o różnych rzeczach i miałem cichą nadzieję, że Staszek wygasi jednak wędzarnię i uzbrojony we wszystkie śpiwory prześpi spokojnie noc do rana. Okazało się inaczej. Po dotarciu do domu Marka, gdy byłem jeszcze na schodach, zadzwonił Staszek, aby upewnić się, czy bezpiecznie dotarłem. Ponieważ nie zdążyłem się jeszcze rozebrać, więc na czas nie odebrałem głęboko ukrytego przed mrozem i włączanego tylko od czasu do czasu telefonu. Sprawę przejął Marek, informując Staszka o moim dotarciu do jego domu.

STASZEK:
Mariusz jednak nie chciał ryzykować opalenia sobie śpiwora, więc postanowił pójść spać do domu Marka. Ja, dzięki ognioodpornej płachcie biwakowej, nie miałem takich problemów. Dopóki gruby pień palił się płomieniem, leżałem na śpiworze z wsuniętymi do niego nogami. Kiedy płomień zgasł i drewno zaczęło się żarzyć, musiałem już cały wsunąć się do śpiwora i przysunąć moje legowisko bliżej ogniska. Rano obudził mnie telefon od Marka, który postanowił sprawdzić, czy jestem mrożonką, skwarkiem czy też wędzonką. Wkrótce razem z Mariuszem zjawili się przy ognisku i wspólnie zjedliśmy śniadanie.

MARIUSZ:
Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować, wzajemnie przypominając sobie o wyposażeniu, częściowo zawieszonym na drzewach. Marek jeszcze zwrócił nam uwagę, na cienkie, czerwone sznureczki, których używaliśmy. Nieopatrznie pozostawione w lesie, mogłyby być przyczyną zaplątania się w nie, czy chociażby udławienia się nimi piskląt ptaków, które zaniosłyby owe sznurki do gniazda. Po spakowaniu, obowiązkowo dokładnie uprzątnęliśmy teren i ostatecznie go skontrolowaliśmy, w ramach stałego punktu naszych survivalowych treningów. Następnie udaliśmy się do samochodu Staszka.
W ten sposób zakończył się kolejny eksperymentalny biwak.


Bardzo dziękujemy Markowi za dużą życzliwość i pomoc.
Mariusz i Staszek

MAREK:
Cieszę się, że "leśni goście" zakończyli bezpiecznie swoją zimową próbę. Ich przygoda świadczy o tym, że mroźny i surowy bór może być sprzymierzeńcem. Nawet gdy zbłądzimy podczas nocnych ciemności, możemy korzystać z jego dobrodziejstw. Górskie strumyki zaprowadzą nas w doliny... Nawet jeśli zabraknie nam sił na dalszą wędrówkę, a bateria telefonu się wyczerpie... Jeśli się potrafi i wie, jak można bezpiecznie spędzić noc...

Dziękuję wam, Mariuszu i Staszku, za zwrócenie uwagi na sznurki, o których, gdy jesteśmy zmęczeni i przemarznięci, wolimy nie pamiętać.
O problemie zabójczych sznurków można przeczytać na ornitologicznych stronach.

"Od wielu lat znaczna liczba bocianich piskląt traci życie przez śmiercionośne sznurki do snopowiązałek. Niewinnie wyglądające leżą na polu, skąd wraz z wyściółką zbierane są przez bocianich rodziców i zanoszone do gniazda. Wkomponowane w jego strukturę początkowo nie sprawiają zagrożenia dla ptaków, jednak sytuacja zmienia się po wykluciu piskląt. Młode wiercą się i rozpychają w gnieździe, doprowadzając do owinięcia niepozornie wyglądających sznurków wokół bocianich nóżek, powodując w większości przypadków śmierć piskląt.
Ptaki giną w dużych męczarniach, ponieważ owijające się wokół nóg sznurki najpierw odcinają dopływ krwi do kończyn, co prowadzi do ich opuchnięcia i okaleczenia, a w konsekwencji powoduje ich „amputacje”. Nawet jeśli jakimś cudem zwierzę przeżyje, to brak kończyny skazuje go na śmierć w późniejszych etapach życia. Nie jest on w stanie poradzić sobie podczas nauki latania, żerowania, czy długiej podróży, jaka go czeka."




Miejsce biwaku Mariusza i Staszka znajduje się niedaleko miejsca zwanego Piekłem. Piekło, bo dawno temu prowadził tamtędy stary trakt kupiecki i przez okoliczne bagna trudno było przejechać wozom i dostać się do innych krajów.

Pozdrawiam i do zobaczenia na górskich bezdrożach.



Miejsce naszego biwaku.


Po odśnieżeniu.


Próbujemy podsuszyć ścięte pnie.


Chałupa w całej okazałości.


Termometry wieczorem i rano pokazywały niezmiennie -20oC. Stale wiał też lodowaty wiatr.


Poranne śniadanie.


Mariusz w góralskim stylu próbuje złapać stopa do domu.

Minimalistyczny biwak zimowy 2011

Któregoś pięknego i mroźnego zimowego dnia pojechałem w góry do Człowieka Lasu, czyli Marka. Nasze spotkanie było wynikiem wcześniejszych rozmów prowadzonych na survivalowym forum. Z góry poinformowałem go, że chcę spędzić noc przy syberyjskim ognisku bez śpiwora, karimaty, namiotu czy też puchowej kurtki. Jedynymi narzędziami jakimi zamierzałem się posługiwać miały być noże (BK-7, Victorinox Forester, CS Trawel Guide), ciężka siekiera (Gransfors Bruks), krzesiwo syntetyczne twarde (Primus), latarka (Petzl Tikka XP), peleryna w postaci starej wojskowej pałatki (WP z 1974 r.) oraz kociołek (Tattonka 4 l) pełen jedzenia wraz z kubkiem, miską i łyżką. Dla bezpieczeństwa, czyli na tak zwany wszelki wypadek, miałem survival kit, składaną piłę do drewna, GPSa, mapę, puchowy śpiwór, dwie dodatkowe latarki, dwa telefony komórkowe (z dwoma różnymi operatorami), zegarek wodoodporny i oczywiście aparat fotograficzny do dokumentowania naszych poczynań. Z wymienionych dodatkowych rzeczy ostatecznie skorzystałem z telefonu komórkowego, zegarka, kompasowego termometru z survival kitu oraz aparatu fotograficznego. Za przybory toaletowe służyły mi chusteczki higieniczne, woda, śnieg, popiół z ogniska oraz kawałek nylonowej nitki z survival kitu.

Marek, fan leśnego życia, zawodowo związany z górami i przyrodą, wybrał wcześniej odpowiednie miejsce na nasz biwak, około godziny drogi od ostatnich śladów „cywilizacji”. Górski strumyk i piękny świerkowy las (niestety, ze względu na ludzką ręką posadzoną monokulturę świerka, przeznaczony do wycinki) oraz kilka metrów kwadratowych w miarę płaskiego i słabo nachylonego terenu, miało stanowić przez najbliższy wieczór i noc nasze Eldorado.


Nasze Eldorado

Ponieważ styczniowe dni są krótkie, szybko zabraliśmy się do pracy. Zgodnie z kanonami sztuki survivalowej i podszeptami naszych żołądków, zaczęliśmy gromadzić hubkę i drewno na ognisko, aby ugotować na nim zupę z solidną mięsną wkładką. Za hubkę posłużyła kora brzozowa z dodatkiem świerkowej żywicy, natomiast w odwodzie czekało trochę trocin spiłowanych piłką Victorinoxa z wewnętrznych warstw uschniętych świerkowych gałązek. Na szczęście odwody okazały się zbyteczne i brzozowa kora, mimo wilgoci, po kilku krzesaniach niemrawo zapłonęła. Powoli miejsce naszego biwaku stawało się coraz bardziej przytulne. Od ogniska zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło, a z kociołka - wydobywać przyjemne zapachy. Właściwie to ciepło z ogniska miało większe znaczenie psychologiczne niż praktyczne, ponieważ gromadzenie i rąbanie drewna wymagało sporo wysiłku, więc mimo mrozu pracowaliśmy tylko w swetrach.

Naszym celem było zbudowanie dwóch szałasów-przybudówek z syberyjskim ogniskiem pomiędzy nimi. Za opał do nodii miały posłużyć dwa, około metrowej długości, bukowe bale oraz powalony przez nas, uschnięty, około 10-metrowy świerk. W trakcie budowy pierwszego szałasu nasze plany zostały zmodyfikowane i Marek postanowił spać pod gołym niebem, przy ognisku złożonym z kilku bali. Ja nadal realizowałem budowę szałasu z gałęzi świerkowych, które w tym miejscu były jedynym budulcem, z którego można było postawić szałas. Na szczęście w nocy nie groził nam deszcz, tylko w najgorszym przypadku opad śniegu. A do odbijania ciepła z ogniska, jak również ochrony przed ewentualnym opadem śniegu, taki szałas był w miarę wystarczający.

Kiedy szałas był już ukończony i w lesie zapanowały egipskie ciemności, rozświetlane tylko blaskiem naszego ogniska i skrzącymi się na granatowym firmamencie nieba gwiazdami, wizytę złożyła nam Żona Marka wraz z Córką. Fachowym okiem oceniła nasze wysiłki i w nagrodę dostaliśmy „chmielowe wywary”. Córce najbardziej spodobał się szałas, który od razu postanowiła wypróbować, układając się wewnątrz niego do drzemki.


Próba odpalenia nodii z bukowych pni

Czas miło i szybko płynął, a nam niestety zostało jeszcze sporo pracy. Kiedy Marek odprowadzał Żonę i Córkę, ja zabrałem się za przygotowanie nodii z bukowych bali. Niestety, próba odpalenia ich, mimo moich intensywnych starań, spełzła na niczym. Naiwnie sądziłem, że jeden z bali, który nie stykał się bezpośrednio z ziemią, ponieważ leżał na innych, jest wystarczająco suchy, aby zacząć się żarzyć. Prawdopodobnie wszystkie bale były wcześniej zagrzebane w śniegu i podczas ostatniej odwilży zostały odsłonięte, nasiąkając przy okazji wodą z topniejącego śniegu. Szkoda mi było tych buczynowych bali, ponieważ jest to jedno z najlepszych drew na tego typu ognisko. Pali się równomiernie i długo, dając sporo ciepła. Niestety, trzeba było zacząć przygotowywać następną nodię z wcześniej powalonego przez nas świerka.


Nodia z bali świerkowych

Po odrąbaniu dwóch bali, równych mniej więcej mojemu wzrostowi, zacząłem z jednej strony zrównywać je. Po zastabilizowaniu dolnego bala, zapaliłem na całej jego długości ułożone na nim drobne gałązki. Kiedy ociosana część pnia zaczęła się żarzyć, z pomocą Marka położyłem drugi pień. Nodia powoli zaczynała się normalnie palić, dając w niewielkiej odległości od niej przyjemne ciepło. Wyłożyłem się wygodnie w szałasie, leżąc w odległości kilkudziesięciu centymetrów od nodii. Marek w tym czasie ułożył koło swojego ogniska kilka drewnianych bali, nakrył je karimatą, a następnie położył się na nich przykrywając pałatką. Od czasu do czasu przerywał swoją drzemkę na poprawienie drew w ognisku lub też na zmianę ułożenia swojego ciała, kiedy z jednej strony zaczynało mu być zbyt gorąco. Rozlegające się co pewien czas chrapanie świadczyło o błogim śnie Marka.


Marek i jego ognisko

Mnie niestety nie był dany tak błogi sen, a to za sprawą drobnego, ale bardzo istotnego błędu. Układając posłanie w szałasie, najpierw na zamarzniętej ziemi ułożyłem suche patyki, a na nie nałożyłem warstwę zielonych świerkowych gałęzi. Do pełnego komfortu brakowało mi jeszcze suchej trawy, której niestety nie było w naszym otoczeniu. Grubość wyżej wymienionych warstw, a zwłaszcza zielonej świerczyny, okazała się niewystarczająca i co pewien czas moją drzemkę przerywało zimno dobywające się do mnie od gruntu. Często więc musiałem zmieniać pozycję, obracając się niczym rożen. Kiedy leżąc na plecach zacząłem odczuwać w nich zimno, odwracałem się na bok, wystawiając plecy w kierunku przyjemnego ciepła wydobywającego się z nodii. Kiedy z kolei zacząłem wychładzać sobie któryś z boków, kładłem się ponownie na plecach lub brzuchu. Na szczęście nie musiałem nic poprawiać w nodii, która cały czas jednolicie żarzyła się.

Na kilka godzin przed świtem postanowiłem swoje posłanie ulokować pomiędzy nodią a ogniskiem Marka. Bukowe bale, które wcześniej nie chciały się zapalić i leżały niewykorzystane, włożyłem do trochę przygasającego ogniska Marka. Duży żar ogniska spowodował, że buczyna zaczęła się powoli palić, dając do końca naszego pobytu bardzo dużo ciepła. Ja w tym czasie leżałem pomiędzy dwoma ogniskami na posłaniu ze świerkowych gałęzi i pałatki. Podobno w pewnym momencie zacząłem nawet chrapać, chociaż osobiście nic takiego nie pamiętam.


Czas na poranną herbatę…


… i kolejne przemyślenia

Gdzieś przed godziną ósmą zaczęliśmy przygotowania do śniadania. Na wpół wypalone bale ze świerkowej nodii, które nadal żarzyły się, powędrowały do ogniska Marka. Buchnął spory płomień, dając bardzo przyjemne uczucie ciepła, które było nam bardzo potrzebne, ponieważ termometr umieszczony w „toalecie”, odległej o kilkanaście metrów od ogniska, pokazywał -15oC. Gorąca poranna herbata i kiełbaski pieczone w ognisku przywróciły nam resztę sprawności. Wstawał piękny słoneczny dzień, a my, niestety, musieliśmy wracać do szarej rzeczywistości. Trochę wody i kilkanaście kociołków śniegu zakończyły żywot naszego ogniska. Ruszyliśmy w drogę powrotną, na spotkanie słońca.


W drodze do słońca

Rady przy konstruowaniu nodii z dwóch pni

Drewno musi być suche. Nie należy używać pni leżących na ziemi. W zimie również nie powinno się używać pni, które leżą na innych pniach i są, lub były, zagrzebane w śniegu.

Dolny pień należy rozpalić jednocześnie i równomiernie na całej długości. Dopiero, kiedy dolny pień zacznie się żarzyć, można go przykryć drugim pniem.

Ze względu na czas palenia się, ilość wydzielanego ciepła i możliwości transportu, najbardziej optymalne wydają się pnie o średnicy około 20-25 cm. Długość pni powinna być zbliżona do naszego wzrostu.

Po obu stronach nodii warto ustawić ekrany odbijające ciepło. Legowisko powinno oczywiście być pomiędzy nodią a jednym z ekranów. Najlepszym rozwiązaniem (dla jednej osoby śpiącej przy ognisku) jest ustawienie po jednej stronie nodii szałasu w postaci przybudówki, a po drugiej stronie ekranu, lub (dla dwóch osób) dwóch szałasów po obu stronach nodii (patrz na relacje z poprzedniego biwaku minimalistycznego). Do skonstruowania szałasów i ekranów można użyć materiałów naturalnych, znalezionych w lesie lub przyniesionych przez nas (poncho, folia NRC, czy też popularna wśród survivalowców plandeka).

Bezpieczeństwo

Nodię można rozpalać tylko w miejscach, w których wolno palić ogniska.

W celu zabezpieczenia górnego pnia przed zsunięciem się z dolnego pnia, najlepiej po obu stronach i na obu końcach nodii wbić w ziemię paliki ze świeżego drewna. Zwykle, jeżeli pnie są równe (nie są powyginane) i równo spalają się, górny pień do końca lub prawie do końca samoistnie utrzymuje się na dolnym pniu.

Podczas mrozów legowisko należy ułożyć w odległości około 40-50 cm od żarzących się (już bez płomieni!) pni. W celu zabezpieczenia się przez zbytnim przysunięciem się do nodii w czasie snu, należy w odległości około 30-40 cm od żarzących się pni ułożyć belkę z mokrego drewna o średnicy około 15 cm i unieruchomić ją wbitymi w ziemię palikami. Żadne części posłania (gałęzie, karimata, koc, śpiwór itp.) nie tylko nie mogą stykać się z żarzącymi pniami, ale muszą być w bezpiecznej odległości od nich.

Nodię najlepiej ustawić w zacisznym miejscu. Jeżeli nie jest to możliwe, to ustawiamy ją po stronie zawietrznej w stosunku do naszego legowiska.

Należy unikać drewna strzelającego iskrami.

Ponieważ śpiwory są najczęściej szyte z materiałów z tworzyw sztucznych, dlatego w celu zabezpieczenia ich przed iskrami należy je przykryć materiałem odpornym na wysokie temperatury.

Z nodii nie powinny korzystać osoby, które podczas snu mają tendencję do „wędrówek” po swoim legowisku, jak też wymachiwania rękami lub nogami.

Uwaga na wszelkie nowoczesne high-techowe ubiory, iskry z ogniska robią z nich durszlaki. Najlepsze są ubrania z tkanin naturalnych lub ubrania wojskowe z tkanin NY-CO.

Zalety i wady nodii składającej się z dwóch pni (!) w porównaniu ze zwykłym ogniskiem (czyli stożkiem lub stożkowo-podobnym)

Zalety :
- po właściwym ułożeniu i rozpaleniu nie wymaga obsługi
- długo się pali
- zużywa mało drewna
- przez większą część czasu daje stałą ilość ciepła

Wady:
- przygotowanie do rozpalenia i samo rozpalanie wymaga więcej czasu
- daje mniej ciepła
- wymaga lepszego doboru drewna
- poza nielicznymi przypadkami, nie nadaje się do przygotowania posiłków

Bardzo serdecznie dziękuję Markowi za wspólny biwak i cenne informacje.
Staszek


Komentarz Marka

Warto próbować nowych rzeczy. Okazuje się, że można całkiem smacznie spać i chrapać przy ognisku w temp -15oC, bez szałasu i porządnego schronienia. Zazwyczaj śpię w namiocie. Okazuje się jednak, że przy ognisku jest cieplej niż w namiocie... Tam, gdzie założyliśmy swój biwak, pod śniegiem było dużo resztek (wałków) pozrębowych, które okazały się suche i zapewniły mi łatwy do pozyskania opał na prawie całą noc. Cieszę się, że zobaczyłem jak Staszek rozpala nodię. To interesujący typ ogniska. Trzeba mieć jednak nieco więcej chęci i zapału do przygotowania go. Staszek zbudował porządny szałas, który, pomimo wiatru halnego, stoi do dziś. Tak wygląda po dwóch miesiącach i z pewnością postoi jeszcze trochę.



Żałuję, że nie odciągnąłem Staszka od pracy, by pokazać mu widoki, które były w zasięgu kilku minut marszu...



Pomimo tego, że biwak był minimalistyczny, Staszek okazał się znawcą sprzętu i miłośnikiem noży ,które są naprawdę fajne... Dużo spokojniej się śpi, gdy ktoś czuwa. :-)

Do zobaczenia na górskich bezdrożach.

Marek