Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.com

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Minimalistyczny biwak 2008

STASZEK: Pomysł minimalistycznego biwaku powstał podczas naszego ostatniego wakacyjnego pilicowania (czytaj: pobytu nad Pilicą). Postanowiliśmy w ramach treningu i przetestowania pewnych pomysłów pojechać w jakiś nowy teren. W rozmowach najczęściej brana była pod uwagę Puszcza Bolimowska, jednakże Jacek Gaj swoją propozycją przebił wszystkie nasze pomysły. I tak w sobotę, rozpoczynającą długi listopadowy weekend, pędziłem swoim samochodem w stronę Opola. Mimo, że pomysł minimalistycznego biwaku podobał się wielu osobom i wiele z nich wyraziło chęć wyjazdu, to jednak z różnych przyczyn, na wyjazd zdecydował się tylko Mariusz.

MARIUSZ: Założenie było takie, że na 3 dni stajemy się „rozbitkami”. Według pierwotnych ustaleń mieliśmy nie zabierać jedzenia, śpiworów, namiotów, materacy, kuchenek, siekier, pił itp. Po kilku rozmowach telefonicznych ustaliliśmy ostatecznie, że każdy sam wyznacza sobie minimum przy założeniu, że wspólnie zabieramy płachty biwakowe/poncza, noże, krzesiwa, menażki (do szaleństw kulinarnych), manierki/butelki z wodą, mapy, kompasy/busole, latarki, aparaty fotograficzne, minimalny zestaw toaletowy i dla bezpieczeństwa survival kit-y.

STASZEK: I tak w moim zestawie znalazł się dodatkowo 1 kg mąki, drożdże, trochę cukru i soli, trochę słoniny i jako żelazny zapas konserwa mięsna.

MARIUSZ: Ja zabrałem natomiast dodatkowo około 1 kg mąki, parę jajek, kawałeczek boczku, kiełbasy, flaczki (na pożegnalny obiad po wszystkim) oraz dawny akademikowy, uniwersalny ;) zestaw przypraw czyli pieprz i sól. Dodatkowo zabrałem jeszcze pusty żołądek z racji planowej około 2 dobowej głodówki, którą rozpocząłem od piątkowego popołudnia aby jak to określił Staszek „lepiej wczuć się w rolę rozbitka”. Moim survival kitem okazał się śpiwór, którego miałem użyć tylko w ostateczności i alumata dla ochrony śpiwora przed zabrudzeniem od podłoża w razie jego awaryjnego użycia.

STASZEK: Kiedy dojechałem do nieszczęsnego Opola (ze względu na remonty dróg i reorganizację ruchu nawet GPS miał problemy z wyborem właściwej drogi i często kierował mnie pod prąd) spotkałem się z Mariuszem w umówionym miejscu przy dworcu PKP i ruszyliśmy dalej. Moja próba namówienia go na ostatni smaczny i cywilizowany obiad w Opolu spełzła na niczym. Tak więc śniadanie zjedzone w sobotę wczesnym rankiem było moim ostatnim posiłkiem w tym dniu. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że następnego dnia śniadania też nie będzie.


Mariusz przy swoim dziele.
Poniżej otworu głównego (tego z płomieniami) widać mały otwór wentylacyjny.


STASZEK: Po dojechaniu do rancza Jacka, przywitaniu się z Gospodarzem i uzupełnieniu zapasu wody, ruszyliśmy pieszo w stronę lasu będącego jego prywatną własnością. Ja w przebłysku rozsądku, wywołanego zabraniem przez Mariusza śpiwora, wyciągnąłem z samochodu mały kocyk i włożyłem go do plecaka. Droga szybko minęła nam na sympatycznej rozmowie z Gospodarzem. Po dojściu na miejsce okazało się, że do zmroku pozostały tylko dwie godziny a my musieliśmy w tym czasie wykonać piec w stylu „Dakota Fire Hole”, postawić szałas i znaleźć coś do jedzenia. Po pożegnaniu się z Jackiem zabraliśmy się ostro do pracy.

MARIUSZ: Zacząłem kopać piec używając zastruganej dębowej gałązki i kawałka kory a Staszek ze swoim BK 7 gromadził materiał na opał i budowę szałasu. Po wykopaniu pieca postanowiliśmy szybko w nim rozpalić ogień za pomocą krzesiwa i hubki w postaci kłosów suchej trawy i kory brzozowej, ponieważ zamierzaliśmy, według pomysłu Staszka, wykorzystać go również do ogrzewania szałasu (stąd zwiększone wymiary pieca).

STASZEK: Zaczęliśmy ostro w nim palić aby jak najszybciej nagromadzić odpowiednią ilość wypalonych żagwi i dostatecznie rozgrzać grunt wokół pieca. We wcześniejszych planach mieliśmy jeszcze zagotowanie herbatki na wykopanym piecu, ale niestety szybko zapadający zmrok i przybierający na sile deszczyk oddalił do następnego dnia perspektywę picia czegoś gorącego. Jeszcze w piecu palił się ogień, kiedy przystąpiliśmy do budowy szałasu. Najpierw powstała konstrukcja z patyków, którą obłożyliśmy uschniętą paprocią i liśćmi z brzóz i dębów, które obłożyliśmy gałązkami z drzew aby zapobiec ich rozwiewaniu przez wiatr. Mimo, że w naszym ziemnym piecu jeszcze nie wszystko drewno uległo spaleniu, to ze względu na potrzebę schronienia się przed ciągle padającym deszczem, musieliśmy go zasypać aby można było podłogę w szałasie wymościć gałęziami sosny i suchą trawą.


Udaję, że coś robię. W środku szałasu widoczny jest piec z płomieniami. Szałas nakryliśmy uschniętymi paprociami i liśćmi brzozy i dębu. Widoczne gałązki sosny (przy wejściu) i trawy (widoczne w głębi szałasu) posłużyły do wymoszczenia podłogi.

MARIUSZ: Po dyskusji ze Staszkiem na temat ewentualnego wydostawania się tlenku węgla w wyniku niedopalenia się resztek drewna, główną zasypaną dziurę od pieca nakryliśmy folią. Na tak wymoszczone posłanie Staszek położył swoją „kosmiczną” płachtę biwakową i na niej położyliśmy się. Wejście do szałasu zastawiliśmy plecakami i rozwieszoną kurtką. Mimo deszczu w szałasie było jednak sucho. Niestety, późna pora i padający deszcz nie pozwoliły nam na wycięcie takiej ilości paproci aby nasz szałas uczynić prawie hermetycznym dla zimnego powietrza z zewnątrz.

STASZEK: Po wieczornych oblucjach i kolacji z wody mineralnej (ja zjadłem dodatkowo jedną marchewkę) położyliśmy się spać. Ciepło wydostające się z naszego pieca miło grzało nas w dolną część pleców i poniżej. Niestety, mój skromny ubiór (z ciepłych rzeczy miałem tylko sweter i cienki polar) zmusiły mnie do wyciągnięcia z plecaka kocyka, którym przykryłem sobie nogi. Niestety po paru godzinach temperatura obniżyła się do kilku stopni powyżej zera i przez zbyt cienkie ściany szałasu dostawało się zimne i bardzo wilgotne powietrze z zewnątrz. Ponieważ mieliśmy przed sobą jeszcze jedną noc w terenie, uznaliśmy że nie będziemy silić się na dalszy eksperyment z ewentualną hipotermią w tle i dalszą część nocy spaliśmy przykryci śpiworem Mariusza. Miłe ciepło z naszego piecyka ogrzewało nas od dołu, natomiast śpiwór dobrze izolował od góry. Tak przytuleni spaliśmy do rana, przewracając się na drugi bok jednocześnie, niczym na komendę.


Następnego dnia rano.

STASZEK: Ranek przywitał nas nie tylko niską temperaturą ale również dużą mgłą, więc ochoczo przemieściliśmy się o około 20 m (jak przystało na zaprawionych we włóczędze weteranów) i zabraliśmy się do rozpalenia ognia w miejscu naszego następnego obozowiska. Niestety w momencie zbierania opału na ognisko uświadomiliśmy sobie, że poprzedniego wieczoru popełniliśmy błąd nie robiąc zapasu hubki na następne ognisko. Więc trzeba było sobie jakoś poradzić z tym co mieliśmy (oczywiście wyciągnięcie zapałek z survival kitu i kawałka papieru z plecaka nie wchodziło w rachubę). Kawałek brzozowej kory, trochę wiór zestruganych z wnętrza patyka i 300% mocy wydobytej z krzesiwa przez Mariusza zakończyło się sukcesem. Najpierw była herbatka (wiem, wiem Krisku, że Ty jako smakosz herbaty w tym momencie zaprotestujesz przeciwko nazywaniu tego herbatką) z igieł sosny, liści jeżyny i pokrzywy. Następnie zabraliśmy się za wypiek chlebów.

MARIUSZ: Chcąc w końcu coś zjeść (Staszka w nocy oszczędziłem ;)) po prawie 2 dniach upiekłem coś, co ze względu na skład Staszek nazwał chlebojajecznicą, ponieważ ów chleb składał się z jajek wymieszanych z mąką oraz odrobiną wody a pieczony był nad żarem na kawałku blachy. Staszek postanowił upiec „prawdziwy” chleb i po dyskretnym wyrobieniu ciasta (pewnie ze względu na tajemną recepturę) zagonił mnie do czuwania nad jego wyrośnięciem przy ognisku. Niestety trochę to trwało. Staszek udał się na poszukiwanie roślin mających wzbogacić nasze menu a ja zostałem na posterunku czuwając nad chlebem i całym obozem podjadając po troszku to i owo.

STASZEK: Pierwotnie zamierzaliśmy zjeść ten chleb z dżemem z jarzębiny, jednakże ze względu na brak takowych owoców w naszym sąsiedztwie (przynajmniej tym najbliższym) zjedliśmy go z pieczonym na ogniu boczkiem. A ponieważ południe już minęło, więc postanowiliśmy rozejrzeć się za czymś na obiad. Wyruszyłem na poszukiwanie pałki wodnej, która według wskazań Jacka miała rosnąć około kilometra od nas. Niestety nie udało mi się odnaleźć tego miejsca ani też innych roślin (strzałki wodnej, oczeretu, ostów), z których zamierzaliśmy sporządzić obiad. Po powrocie do obozowiska postanowiliśmy z Mariuszem tak łatwo się nie poddawać i ruszyć razem na poszukiwanie żołędzi. Mimo, że w lesie koło nas rosło kilka dębów, to udało nam się znaleźć tylko kilka żołędzi w tym większość spleśniałych. Oczywiście całą winę przypisaliśmy dzikom. Ja w akcie desperacji i zemsty już widziałem nad ogniskiem kilka dobrze wypieczonych kąsków z dzika. Skończyło się jednak na wieprzowinie z konserwy, stanowiącej moją żelazną porcję.


Nasza herbatka pokrzywowo-jeżynowo-sosnowa


Nasz chlebek

STASZEK: Ponieważ słońce zaczęło się już powoli chować za ścianą lasu, szybko przystąpiliśmy do rozbierania starego szałasu i konstruowania nowego lokum. Nasze nowe mieszkanko tym razem miało się składać z dwóch półotwartych szałasów (przybudówek), po środku których miała się palić nodia. Z szałasami uporaliśmy się w miarę szybko. Najpierw na ziemię powędrowały gałęzie z drzew iglastych, później na to okoliczne uschnięte zielsko i sucha trawa.


Rozpoczynamy budowę następnego lokum od ułożenia na ziemi warstwy gałęzi z drzew iglastych a następnie pokryciu ich uschniętym zielskiem i trawą.


Nad tak wymoszczonymi posłaniami układamy z patyków szkielety przybudówek.

Następnie przyszła kolej na postawienie nad tymi posłaniami szkieletów szałasów z patyków, które obłożyliśmy, podobnie jak w poprzednim szałasie, uschniętymi paprociami.


Mariusz testuje swoje lokum

Kiedy już wszystko było gotowe, nawet herbatka pokrzywowo-jeżynowo-sosnowa, wizytę złożył nam Jacek wraz z synem. Jacek zrobił to oczywiście w swoim stylu podchodząc do naszego obozowiska w rynsztunku maskującym Specnazu (oczywiście oryginalnym !). Jego syn też był ubrany nie gorzej od taty. Jacek przyniósł wodę i gorącą kawę w termosie. My zrewanżowaliśmy się herbatką i chlebem. I tak sobie miło siedzieliśmy przy ognisku i gawędzili aż zrobiło się późno.

MARIUSZ: Ze względu na wyważony sentyment do wojska (dawne czasy) ucieszyła mnie SPECwizyta połączona z wieloma ciekawymi opowieściami Jacka. Nie przeczuwałem jednak, że dosłownie parę łyczków kawy z przyniesionego przez SPECgrupę tajemniczego czarnego termosu pozbawi mnie snu prawie do rana. Staszek okazał się „czujny” i nie wypił nic, co pozwoliło mu smacznie spać w nocy. Ale o tym później.


Przygotowania do snu.
Oczyszczanie z łatwopalnych materiałów gruntu między ogniskiem a legowiskiem


STASZEK: Po wizycie rozpoczęliśmy konstruowanie nodii. Niestety brak piły, siekiery i odpowiedniego drewna nie pozwoliły nam na skonstruowanie poprawnie działającego tego typu ogniska. Co pewien czas trzeba było podsuwać któryś z pni lub nawet dorzucić trochę drobnych patyków. Mariusz pierwszy objął czuwanie przy ognisku. W pewnym momencie ognisko tak się rozpaliło, że w mojej ognioodpornej płachcie biwakowej, leżącej na posłaniu, stopił się pasek troczny, którym obszyłem krawędzie płachty. Niestety ów pasek w odróżnieniu od materiału płachty nie był wykonany z ognioodpornego materiału tylko ze zwykłej taśmy. Samej płachcie nic się nie stało. Jestem pełen uznania dla producenta tego materiału, a nie była to żadna wielka, zagraniczna i wielce znana firma produkująca kosmiczne materiały dla ekstremalistów, tylko nasza rodzima fabryka z Andrychowa (AZPB „Andropol”). Mariusz, bardzo przejęty swoją rolą, czuwał nad ogniskiem do godz. 3, ja oczywiście w tym czasie smacznie spałem, podobno pochrapując czasami.

MARIUSZ: „Nafaszerowany” zdRadziecką odrobiną kawy „spałem” czujnie jak foka, wstając co jakiś czas aby wsunąć większe kłody do ognia gdy ten przygasał z powodu kompromisu na jaki poszliśmy przy konstruowaniu nodii (ze względu na ograniczenia sprzętowe i dostępność materiałów do palenia). Staszek oczywiście wspierał mnie w moich nocnych wysiłkach z utrzymaniem ognia, pochrapując co jakiś czas. Około godziny 3 zawziąłem się i postanowiłem poćwiczyć „silną wolę indianina” (tekst mojego szwagra) i nie dokładać więcej. Wcisnąłem się w najgłębszy kąt mojego schronienia i przykryłem ledwo od zewnątrz dość wąską alumatą. Po godzinie próby termicznej wstał Staszek i zajął się do rana ogniem a przy próbach pomocy z mojej strony kazał kłaść mi się spać. Do południa był z tego powodu moim bohaterem bo sądziłem, że wstał ze względu na moje zmagania z narastającym zimnem. Niestety w ciągu dnia powiedział mi, że wstał bo po prostu zachciało mu się .... siku.

STASZEK: Tym razem nie były mi potrzebne do spania żadne kocyki ani śpiwory (przyp. MARIUSZA: Rzec Staszku muszę Ci coś „Ktoś nie spał, żeby spać mógł ktoś”), spałem przykryty tylko płachtą. Po godz. 3 rola palacza mnie przypadła. Ponieważ Mariusz spał bez żadnego przykrycia (pomijając wyjętą w ostateczności alumatę), więc ciągle „dopominał” się o więcej ciepła. W pewnym momencie ja już zacząłem się rozbierać z gorąca ale na szczęście „zaspokoiłem” potrzeby cieplne Mariusza. Przed godz. 7 rolę palacza oddałem słońcu i zasnąłem błogim snem. Niestety, nie było mi dane długo spać. Przed godz. 8 Mariusz odczuł nieodpartą potrzebę sfotografowania się w swoim łożu i niestety ponawiał ją regularnie co kilkanaście minut. W końcu, chyba jeszcze w półśnie, zrobiłem mu fotkę. I tu należy się czytelnikom małe wyjaśnienie. Prawie wszystko co robił Mariusz musiało zostać utrwalone na fotkach, nawet jego oblucje. Zapewne jak ktoś mieszka w Łodzi i prawdopodobnie jeszcze blisko słynnej szkoły filmowej, to mu się udziela trochę z tych filmowych klimatów.


Ostatni dzień rano. Czas na przemyślenia i wnioski.

MARIUSZ: Zdjęć w sumie nie wyszło tak dużo ale ze względu na to, że ten wyjazd miał u mnie zamykać tegoroczny sezon survivalowy, to postanowiłem jak najwięcej rzeczy obfocić.
Staszka „dopadłem” z prośbą o zdjęcie jak się obudził z błogiego snu ale chyba nie do końca, bo coś tam powiedział i zasnął z powrotem. Postanowiłem więc poćwiczyć cierpliwość survivalowca i poczekać aż się ponownie obudzi. 

STASZEK: Po tym filmowym poranku zjedliśmy szybko śniadanie, posprzątaliśmy teren i ruszyliśmy w stronę domu Jacka.

Oczywiście „grzecznościowo” wstąpiliśmy do niego na małą herbatkę, którą w bardzo miłej atmosferze sączyliśmy przez prawie 4 godziny i pewno potrwałoby to jeszcze dłużej, ale już zbliżała się pora odjazdu pociągu Mariusza, więc ruszyliśmy w kierunku Opola. W ten sposób zakończyliśmy swój treningowo-eksperymentalny biwak minimalistyczny.


MARIUSZ, STASZEK: Korzystając z okazji dziękujemy Jackowi Gajowi za użyczenie swoich włości do naszych eksperymentów. Dziękujemy również za bardzo miłą atmosferę oraz fachowe informacje z pokrewnego nam survivalu militarnego (Jacek jest specjalistą w tej dziedzinie).

STASZEK: Dziękuję mojemu koledze Mariuszowi za współtowarzyszenie w tym i innych „szaleństwach” oraz za dostąpienie zaszczytu bycia jego osobistym fotoasystentem.

MARIUSZ: Dziękuję mojemu niezawodnemu i zawsze życzliwemu koledze i od niedawna osobistemu ;) fotoasystentowi Staszkowi, od którego sporo się dowiedziałem i nauczyłem w ramach naszych dotychczasowych wyjazdów.


Na koniec trochę praktycznych uwag wynikających z naszych testów:

Piec typu „Dakota Fire Hole”, zwany też czasem ze względu na jego odmianę „piecem zboczowym” bardzo dobrze nadaje się do gotowania posiłków w terenie. Zużywa mało drewna, ma bardzo dobry ciąg (cug), jest bezpieczniejszy w użyciu niż zwykłe ognisko. Nie musimy się martwić, że wiatr rozwieje nam płonące żagwie, a po skończeniu gotowania wylewać duże ilości wody martwiąc się czy nie został jeszcze jakiś żar, który może wzniecić pożar. Wystarczy trochę wody i dokładne zasypanie obu otworów ziemią. Taki piec jest również znacznie bardziej ekologiczny od zwykłego naziemnego ogniska. Po zasypaniu otworów ziemią i położeniu usuniętej wcześniej darni prawie wszelki ślad po ognisku znika. Gotowanie na tego typu piecu mniej rzuca się w oczy niż gotowanie na zwykłym ognisku, ze względu na małą ilość płomieni wydobywających się ponad powierzchnię gruntu.

UWAGA: NIE WOLNO UŻYTKOWAĆ TEGO TYPU PIECÓW NA TORFACH (NA TORFOWISKACH NIE PALIĆ TEŻ ŻADNYCH INNYCH OGNISK). PODCZAS KOPANIA PIECA NALEŻY ZWRÓCIĆ UWAGĘ NA ZAWARTOŚĆ CZĘŚCI ORGANICZNYCH W GLEBIE, KTÓRE NIESTETY MOGĄ ULEC ZAPALENIU I DOPROWADZIĆ DO GROŹNEGO POŻARU !

Jeżeli chcemy wykorzystać piec tylko do gotowania wystarczy wykopać dół o średnicy około 25 - 30 cm, natomiast piec, który po gotowaniu chcemy wykorzystać również do ogrzewania namiotu, powinien mieć nieco większą średnicę rzędu 40 cm i być trochę głębszy. Otwory w piecu (otwór główny i wentylacyjny) przeznaczonym również do ogrzewania, po skończeniu gotowania i spaleniu się drewna, zasypujemy piaskiem/ziemią (nie zalewamy wodą) i kładziemy darń. Jeżeli popiół i żagwie wypełniają prawie cały otwór należy część popiołu usunąć w bezpieczne miejsce (najlepiej zalać wodą) tak aby można było żagwie zasypać odpowiednio grubą warstwą piasku/ziemi i jeszcze położyć darń. W przeciwnym wypadku grozi nam stopienie się podłogi namiotu a być może i samego materaca.

Budując szałas z liści, który ma być odporny na deszcz, pamiętajmy aby najgrubsza warstwa liści i traw znajdowała się w okolicy szczytu szałasu. Dolne części ścianek mogą zawierać mniej materiału.

Do skonstruowania poprawnej nodii potrzebna jest piła, siekiera i oczywiście odpowiednie drewno. Dobrze w roli drzewa opałowego spisuje się dąb. Nawet mały ogień przy odpowiednio ustawionych szałasach (ekranach ciepła) i bezwietrznej lub prawie bezwietrznej pogodzie da odpowiednio dużo ciepła do spania bez śpiwora.

Staszek i Mariusz

Brak komentarzy: