Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.eu

wtorek, 3 kwietnia 2012

Minimalistyczny biwak zimowy 2011

Któregoś pięknego i mroźnego zimowego dnia pojechałem w góry do Człowieka Lasu, czyli Marka. Nasze spotkanie było wynikiem wcześniejszych rozmów prowadzonych na survivalowym forum. Z góry poinformowałem go, że chcę spędzić noc przy syberyjskim ognisku bez śpiwora, karimaty, namiotu czy też puchowej kurtki. Jedynymi narzędziami jakimi zamierzałem się posługiwać miały być noże (BK-7, Victorinox Forester, CS Trawel Guide), ciężka siekiera (Gransfors Bruks), krzesiwo syntetyczne twarde (Primus), latarka (Petzl Tikka XP), peleryna w postaci starej wojskowej pałatki (WP z 1974 r.) oraz kociołek (Tattonka 4 l) pełen jedzenia wraz z kubkiem, miską i łyżką. Dla bezpieczeństwa, czyli na tak zwany wszelki wypadek, miałem survival kit, składaną piłę do drewna, GPSa, mapę, puchowy śpiwór, dwie dodatkowe latarki, dwa telefony komórkowe (z dwoma różnymi operatorami), zegarek wodoodporny i oczywiście aparat fotograficzny do dokumentowania naszych poczynań. Z wymienionych dodatkowych rzeczy ostatecznie skorzystałem z telefonu komórkowego, zegarka, kompasowego termometru z survival kitu oraz aparatu fotograficznego. Za przybory toaletowe służyły mi chusteczki higieniczne, woda, śnieg, popiół z ogniska oraz kawałek nylonowej nitki z survival kitu.

Marek, fan leśnego życia, zawodowo związany z górami i przyrodą, wybrał wcześniej odpowiednie miejsce na nasz biwak, około godziny drogi od ostatnich śladów „cywilizacji”. Górski strumyk i piękny świerkowy las (niestety, ze względu na ludzką ręką posadzoną monokulturę świerka, przeznaczony do wycinki) oraz kilka metrów kwadratowych w miarę płaskiego i słabo nachylonego terenu, miało stanowić przez najbliższy wieczór i noc nasze Eldorado.


Nasze Eldorado

Ponieważ styczniowe dni są krótkie, szybko zabraliśmy się do pracy. Zgodnie z kanonami sztuki survivalowej i podszeptami naszych żołądków, zaczęliśmy gromadzić hubkę i drewno na ognisko, aby ugotować na nim zupę z solidną mięsną wkładką. Za hubkę posłużyła kora brzozowa z dodatkiem świerkowej żywicy, natomiast w odwodzie czekało trochę trocin spiłowanych piłką Victorinoxa z wewnętrznych warstw uschniętych świerkowych gałązek. Na szczęście odwody okazały się zbyteczne i brzozowa kora, mimo wilgoci, po kilku krzesaniach niemrawo zapłonęła. Powoli miejsce naszego biwaku stawało się coraz bardziej przytulne. Od ogniska zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło, a z kociołka - wydobywać przyjemne zapachy. Właściwie to ciepło z ogniska miało większe znaczenie psychologiczne niż praktyczne, ponieważ gromadzenie i rąbanie drewna wymagało sporo wysiłku, więc mimo mrozu pracowaliśmy tylko w swetrach.

Naszym celem było zbudowanie dwóch szałasów-przybudówek z syberyjskim ogniskiem pomiędzy nimi. Za opał do nodii miały posłużyć dwa, około metrowej długości, bukowe bale oraz powalony przez nas, uschnięty, około 10-metrowy świerk. W trakcie budowy pierwszego szałasu nasze plany zostały zmodyfikowane i Marek postanowił spać pod gołym niebem, przy ognisku złożonym z kilku bali. Ja nadal realizowałem budowę szałasu z gałęzi świerkowych, które w tym miejscu były jedynym budulcem, z którego można było postawić szałas. Na szczęście w nocy nie groził nam deszcz, tylko w najgorszym przypadku opad śniegu. A do odbijania ciepła z ogniska, jak również ochrony przed ewentualnym opadem śniegu, taki szałas był w miarę wystarczający.

Kiedy szałas był już ukończony i w lesie zapanowały egipskie ciemności, rozświetlane tylko blaskiem naszego ogniska i skrzącymi się na granatowym firmamencie nieba gwiazdami, wizytę złożyła nam Żona Marka wraz z Córką. Fachowym okiem oceniła nasze wysiłki i w nagrodę dostaliśmy „chmielowe wywary”. Córce najbardziej spodobał się szałas, który od razu postanowiła wypróbować, układając się wewnątrz niego do drzemki.


Próba odpalenia nodii z bukowych pni

Czas miło i szybko płynął, a nam niestety zostało jeszcze sporo pracy. Kiedy Marek odprowadzał Żonę i Córkę, ja zabrałem się za przygotowanie nodii z bukowych bali. Niestety, próba odpalenia ich, mimo moich intensywnych starań, spełzła na niczym. Naiwnie sądziłem, że jeden z bali, który nie stykał się bezpośrednio z ziemią, ponieważ leżał na innych, jest wystarczająco suchy, aby zacząć się żarzyć. Prawdopodobnie wszystkie bale były wcześniej zagrzebane w śniegu i podczas ostatniej odwilży zostały odsłonięte, nasiąkając przy okazji wodą z topniejącego śniegu. Szkoda mi było tych buczynowych bali, ponieważ jest to jedno z najlepszych drew na tego typu ognisko. Pali się równomiernie i długo, dając sporo ciepła. Niestety, trzeba było zacząć przygotowywać następną nodię z wcześniej powalonego przez nas świerka.


Nodia z bali świerkowych

Po odrąbaniu dwóch bali, równych mniej więcej mojemu wzrostowi, zacząłem z jednej strony zrównywać je. Po zastabilizowaniu dolnego bala, zapaliłem na całej jego długości ułożone na nim drobne gałązki. Kiedy ociosana część pnia zaczęła się żarzyć, z pomocą Marka położyłem drugi pień. Nodia powoli zaczynała się normalnie palić, dając w niewielkiej odległości od niej przyjemne ciepło. Wyłożyłem się wygodnie w szałasie, leżąc w odległości kilkudziesięciu centymetrów od nodii. Marek w tym czasie ułożył koło swojego ogniska kilka drewnianych bali, nakrył je karimatą, a następnie położył się na nich przykrywając pałatką. Od czasu do czasu przerywał swoją drzemkę na poprawienie drew w ognisku lub też na zmianę ułożenia swojego ciała, kiedy z jednej strony zaczynało mu być zbyt gorąco. Rozlegające się co pewien czas chrapanie świadczyło o błogim śnie Marka.


Marek i jego ognisko

Mnie niestety nie był dany tak błogi sen, a to za sprawą drobnego, ale bardzo istotnego błędu. Układając posłanie w szałasie, najpierw na zamarzniętej ziemi ułożyłem suche patyki, a na nie nałożyłem warstwę zielonych świerkowych gałęzi. Do pełnego komfortu brakowało mi jeszcze suchej trawy, której niestety nie było w naszym otoczeniu. Grubość wyżej wymienionych warstw, a zwłaszcza zielonej świerczyny, okazała się niewystarczająca i co pewien czas moją drzemkę przerywało zimno dobywające się do mnie od gruntu. Często więc musiałem zmieniać pozycję, obracając się niczym rożen. Kiedy leżąc na plecach zacząłem odczuwać w nich zimno, odwracałem się na bok, wystawiając plecy w kierunku przyjemnego ciepła wydobywającego się z nodii. Kiedy z kolei zacząłem wychładzać sobie któryś z boków, kładłem się ponownie na plecach lub brzuchu. Na szczęście nie musiałem nic poprawiać w nodii, która cały czas jednolicie żarzyła się.

Na kilka godzin przed świtem postanowiłem swoje posłanie ulokować pomiędzy nodią a ogniskiem Marka. Bukowe bale, które wcześniej nie chciały się zapalić i leżały niewykorzystane, włożyłem do trochę przygasającego ogniska Marka. Duży żar ogniska spowodował, że buczyna zaczęła się powoli palić, dając do końca naszego pobytu bardzo dużo ciepła. Ja w tym czasie leżałem pomiędzy dwoma ogniskami na posłaniu ze świerkowych gałęzi i pałatki. Podobno w pewnym momencie zacząłem nawet chrapać, chociaż osobiście nic takiego nie pamiętam.


Czas na poranną herbatę…


… i kolejne przemyślenia

Gdzieś przed godziną ósmą zaczęliśmy przygotowania do śniadania. Na wpół wypalone bale ze świerkowej nodii, które nadal żarzyły się, powędrowały do ogniska Marka. Buchnął spory płomień, dając bardzo przyjemne uczucie ciepła, które było nam bardzo potrzebne, ponieważ termometr umieszczony w „toalecie”, odległej o kilkanaście metrów od ogniska, pokazywał -15oC. Gorąca poranna herbata i kiełbaski pieczone w ognisku przywróciły nam resztę sprawności. Wstawał piękny słoneczny dzień, a my, niestety, musieliśmy wracać do szarej rzeczywistości. Trochę wody i kilkanaście kociołków śniegu zakończyły żywot naszego ogniska. Ruszyliśmy w drogę powrotną, na spotkanie słońca.


W drodze do słońca

Rady przy konstruowaniu nodii z dwóch pni

Drewno musi być suche. Nie należy używać pni leżących na ziemi. W zimie również nie powinno się używać pni, które leżą na innych pniach i są, lub były, zagrzebane w śniegu.

Dolny pień należy rozpalić jednocześnie i równomiernie na całej długości. Dopiero, kiedy dolny pień zacznie się żarzyć, można go przykryć drugim pniem.

Ze względu na czas palenia się, ilość wydzielanego ciepła i możliwości transportu, najbardziej optymalne wydają się pnie o średnicy około 20-25 cm. Długość pni powinna być zbliżona do naszego wzrostu.

Po obu stronach nodii warto ustawić ekrany odbijające ciepło. Legowisko powinno oczywiście być pomiędzy nodią a jednym z ekranów. Najlepszym rozwiązaniem (dla jednej osoby śpiącej przy ognisku) jest ustawienie po jednej stronie nodii szałasu w postaci przybudówki, a po drugiej stronie ekranu, lub (dla dwóch osób) dwóch szałasów po obu stronach nodii (patrz na relacje z poprzedniego biwaku minimalistycznego). Do skonstruowania szałasów i ekranów można użyć materiałów naturalnych, znalezionych w lesie lub przyniesionych przez nas (poncho, folia NRC, czy też popularna wśród survivalowców plandeka).

Bezpieczeństwo

Nodię można rozpalać tylko w miejscach, w których wolno palić ogniska.

W celu zabezpieczenia górnego pnia przed zsunięciem się z dolnego pnia, najlepiej po obu stronach i na obu końcach nodii wbić w ziemię paliki ze świeżego drewna. Zwykle, jeżeli pnie są równe (nie są powyginane) i równo spalają się, górny pień do końca lub prawie do końca samoistnie utrzymuje się na dolnym pniu.

Podczas mrozów legowisko należy ułożyć w odległości około 40-50 cm od żarzących się (już bez płomieni!) pni. W celu zabezpieczenia się przez zbytnim przysunięciem się do nodii w czasie snu, należy w odległości około 30-40 cm od żarzących się pni ułożyć belkę z mokrego drewna o średnicy około 15 cm i unieruchomić ją wbitymi w ziemię palikami. Żadne części posłania (gałęzie, karimata, koc, śpiwór itp.) nie tylko nie mogą stykać się z żarzącymi pniami, ale muszą być w bezpiecznej odległości od nich.

Nodię najlepiej ustawić w zacisznym miejscu. Jeżeli nie jest to możliwe, to ustawiamy ją po stronie zawietrznej w stosunku do naszego legowiska.

Należy unikać drewna strzelającego iskrami.

Ponieważ śpiwory są najczęściej szyte z materiałów z tworzyw sztucznych, dlatego w celu zabezpieczenia ich przed iskrami należy je przykryć materiałem odpornym na wysokie temperatury.

Z nodii nie powinny korzystać osoby, które podczas snu mają tendencję do „wędrówek” po swoim legowisku, jak też wymachiwania rękami lub nogami.

Uwaga na wszelkie nowoczesne high-techowe ubiory, iskry z ogniska robią z nich durszlaki. Najlepsze są ubrania z tkanin naturalnych lub ubrania wojskowe z tkanin NY-CO.

Zalety i wady nodii składającej się z dwóch pni (!) w porównaniu ze zwykłym ogniskiem (czyli stożkiem lub stożkowo-podobnym)

Zalety :
- po właściwym ułożeniu i rozpaleniu nie wymaga obsługi
- długo się pali
- zużywa mało drewna
- przez większą część czasu daje stałą ilość ciepła

Wady:
- przygotowanie do rozpalenia i samo rozpalanie wymaga więcej czasu
- daje mniej ciepła
- wymaga lepszego doboru drewna
- poza nielicznymi przypadkami, nie nadaje się do przygotowania posiłków

Bardzo serdecznie dziękuję Markowi za wspólny biwak i cenne informacje.
Staszek


Komentarz Marka

Warto próbować nowych rzeczy. Okazuje się, że można całkiem smacznie spać i chrapać przy ognisku w temp -15oC, bez szałasu i porządnego schronienia. Zazwyczaj śpię w namiocie. Okazuje się jednak, że przy ognisku jest cieplej niż w namiocie... Tam, gdzie założyliśmy swój biwak, pod śniegiem było dużo resztek (wałków) pozrębowych, które okazały się suche i zapewniły mi łatwy do pozyskania opał na prawie całą noc. Cieszę się, że zobaczyłem jak Staszek rozpala nodię. To interesujący typ ogniska. Trzeba mieć jednak nieco więcej chęci i zapału do przygotowania go. Staszek zbudował porządny szałas, który, pomimo wiatru halnego, stoi do dziś. Tak wygląda po dwóch miesiącach i z pewnością postoi jeszcze trochę.



Żałuję, że nie odciągnąłem Staszka od pracy, by pokazać mu widoki, które były w zasięgu kilku minut marszu...



Pomimo tego, że biwak był minimalistyczny, Staszek okazał się znawcą sprzętu i miłośnikiem noży ,które są naprawdę fajne... Dużo spokojniej się śpi, gdy ktoś czuwa. :-)

Do zobaczenia na górskich bezdrożach.

Marek

2 komentarze:

Konrad pisze...

Bardzo miło czyta się o biwakowaniu w lesie, w dodatku zimą, gdzie ognisko skupia, a ciepła herbata dopełnia klimatu.

Dowiedziałem się również czegoś nowego o Nodiach, spróbuję rozpalić ją podczas najbliższego, samotnego pobytu w lesie.

Pozdrawiam serdecznie!

Staszek pisze...

Dziękuję! Miło mi. :-)
Nodie przewijają się w wielu relacjach u mnie i Zdybiego.

Życzę udanego biwaku zimowego
Staszek