Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.com

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Rybny wypad - czyli "IL DOTTORE" się uczy 2010

Pomysł wykorzystania łowienia ryb jako jednej z technik przetrwania nie jest niczym nowym. Dla kogoś zagubionego w leśnych ostępach, znalezienie rzeki czy jeziora jest właściwie gwarancją przetrwania. I to nie tylko ze względu na swobodny dostęp do wody pitnej, ale przede wszystkim na możliwość stosunkowo łatwego zdobycia wartościowego pożywienia. Wielu autorów (Meissner, Mears, Wiseman, Krisek nie lubi ryb więc mało o nich pisze ) podkreśla rolę tej umiejętności, a ich laikami w tej dziedzinie z pewnością nie można nazwać…


FILIP:
Ze Staszkiem poznaliśmy się jesienią ubiegłego roku. Był jednym z instruktorów survivalu w ramach unijnego projektu, którego adresatem była młodzież ze szkoły, w której pracuję. Przez przypadek okazało się, że Staszek poważnie myśli o nauce podstaw wędkarstwa, aby być jeszcze bardziej samowystarczalnym w ramach sztuki przetrwania. Słowo do słowa i po dograniu terminów umówiliśmy się w połowie sierpnia na wędkarsko-survivalowy biwak. Zapalony Staszek pokonał swoją ,,dwieścieszóstką’’ ponad 350 kilometrów, by do mnie dołączyć. Na swoja bazę wybraliśmy leśne jezioro Lgiń Mały, położone 30 kilometrów od Leszna, na trasie do Zielonej Góry.

STASZEK:
Dawno, dawno temu, kiedy starzy ludzie pamiętali jeszcze mamuty, a w każdym potoku płynęła woda tak czysta, że jej widać nie było, za to ryb różnych było bez liku, przyszło mi się urodzić. Razem z paroma urwipołciami podobnymi do mnie, miło spędzaliśmy swoje beztroskie lata w bardzo bliskim kontakcie z naturą. Zaczytując się w naskalnych łowieckich opowieściach, sami robiliśmy sobie proce (o zagalopowałem się – pierwszą procę zrobił mi mój Tata, a ja później zacząłem prawie masowo produkować tą broń), łuki i noże (pierwszy porządny scyzoryk też dostałem od Taty, ale pierwszy duży nóż myśliwski wykułem z płaskownika od … płotu). Ujeżdżaliśmy pasące się owce i barany, polowaliśmy na gołębie jednego z naszych rodziców, łapaliśmy na różne sposoby ryby, a nasze strzeleckie umiejętności ćwiczyliśmy w zestrzeliwaniu jabłek z jabłoni. W prywatnym lesie mieliśmy wykopany „bunkier”, przed którym prawie każdego letniego wieczoru paliliśmy ognisko i gotowaliśmy zupę „na-winie” (co się „nawinie” to do kociołka). A później z gospodarki łowieckiej zaczęliśmy przechodzić na hodowlaną, wybudowaliśmy mianowicie w owym lesie staw na ryby. Wiele, wiele lat później ktoś taki sposób bycia nazwał survivalem i nawet zaczęto o tym pisać książki. Ale my na szczęście o tym nie wiedzieliśmy.

FILIP:
Staszek do swej wędkarskiej inicjacji podszedł poważnie. Przywiózł cały zgromadzony ekwipunek, chcąc w ciągu niespełna czterech dni nauczyć się tego, co mnie zajęło prawie 17 lat… Nastawiliśmy się nie tyle na napełnianie siatek rybami, ile na poznanie rozmaitych technik – począwszy na wędkowaniu na spławik przez łowienie metodami gruntowymi, a na spinningu skończywszy. Już na ,,dzień dobry’’ niechcący rozbudziłem wyobraźnie mojego towarzysza, bo z kilkuminutowego rekonesansu z wędką (Staszek w tym czasie zbierał drewno na ognisko) wróciłem w zaskakująco dobrym nastroju…

STASZEK:
Mój Mistrz współczesnego wędkarstwa, zaraz po wyjściu z samochodu, zabrał jedną z kilkunastu (słownie: kilkunastu, oczywiście z kilkudziesięciu jakie miał w domu) wędek i ruszył, jak to określił na góra 20 min na zwiad, żeby dowiedzieć się jak ryby biorą). Po niespełna kwadransie, zanim ja zdążyłem ubrać terenowe buty i zabrać się za zbieranie drewna, Mistrz wrócił ze „skromną” rybą, którą skromnie położył na trawie. Gabaryty owej ryby oraz dalekowschodnio brzmiąca nazwa, od niechcenia wypowiedziana przez Mistrza, wprawiły mnie w osłupienie i podziw. Nie miałem już żadnych wątpliwości, że pierwsze nauki w tym high-techowym łowieniu ryb przyszło mi pobierać od prawdziwego guru. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że pojawienie się mojego Mistrza nad tym jeziorem, wywoła prawdziwą panikę wśród ryb i szkolenie mojej osoby przebiegać będzie w utrudnionych warunkach.

FILIP:
Nocna biesiada przy ognisku okazała się być bardziej obfita, niż zakładaliśmy. Staszek co i rusz rozpustnie mruczał wbijając zęby w amurowe steki, lekceważąc (rzecz niesłychana!) proste, choć przepyszne placki, które sam przyrządził. Niestety, szybko się okazało, że tak wystawne ,,przyjęcie dla dwojga’’ było klasycznym potwierdzeniem powiedzenia, że miłe są złego początki. Przez najbliższe dni i noce ryby (nie licząc drobiazgu w postaci płoci, okoni i krąpi, uwijającego się przy trzcinach) zgodnie pokazywały nam płetwy w szyderczym geście. Staszek jednak wytrwale, choć bezskutecznie, do piątej nad ranem próbował spinningować, a wiatr nie ułatwiał mu zadania.

STASZEK:
Po licznych naukach od Mistrza, które chłonąłem jak gąbka wodę (i niestety trochę wody z tej gąbki, jak to zwykle bywa, wyciekało, ale o tym później) zabrałem się za samodzielne wędkowanie. Oczywiście, od razu nieskromnie nastawiłem się na dużą, drapieżną rybę. Brak wiedzy i umiejętności nadrabiałem zapałem (odwieczny zew łowiecki, odziedziczony po moich przodkach). Kiedy już zaczynało świtać, a setki rzutów przynętą zaczęły skutkować małym paraliżem moich mięśni, postanowiłem zrobić sobie małą przerwę w postaci krótkiej drzemki. Ułożyłem się „wygodnie” w samochodzie, dostosowując swoje ciało do kształtu resztek powierzchni, jakie jeszcze nie zostały zaanektowane przez sprzęt wędkarski. Sen przyszedł szybko i obfitował w niesamowite przeżycia wędkarskie. Pobudka przyszła jeszcze szybciej niż sen, zew natury zaczął mnie wzywać. Ponownie zacząłem zaspakajać swój instynkt łowiecki.

FILIP:
Niezrażony brakiem chęci współpracy ze strony ryb, Staszek z animuszem zabrał się do łowienia. Uzbrojony w lekki zestaw spławikowy, polował na swoja pierwszą w życiu zdobycz - o pstrągach, które dziecięciem będąc łapał rękami (STASZEK: Ocenzurowano! O tych metodach możecie poczytać sobie w podręcznikach do survivalu, są one dopuszczalne tylko w przypadku zagrożenia życia głodem!) - wspominam tylko z kronikarskiego obowiązku, obiecując, że na obiad będą przynajmniej płocie pieczone nad żarem. Gdy zegar wskazał 11.41, a spławik gwałtownie zniknął pod wodą, mój towarzysz przeżył swoją rybią inicjację!

STASZEK:
Kiedy już zrozumiałem, że nie mogę dorównać mojemu Mistrzowi w jakości, postanowiłem pójść na ilość. W pewnym momencie ilość ryb („drobnicy”), jakie zacząłem wyciągać z wody w jednostce czasu, „otarła” się o wynik ustanowiony przez jednego z mistrzów, o którym mój Mistrz czytał w fachowej literaturze. W pewnym momencie stało się! Na haczyk załapała się moja pierwsza „wielka” i szlachetna ryba, która wzbudziła uznanie u mojego Mistrza. Zrozumiałem, że w tym momencie dostąpiłem zaszczytu zostania prawdziwym współczesnym wędkarskim łowcą.

FILIP:
Jako że na rybach, w stosunku do świeżo upieczonych wędkarzy, odnosi się tzw. prawo frajera (wybacz, Staszku!), musiało się stać coś, co pokazało, że nie ma sprawiedliwości na świecie. Niespodziewanie szalejący z wędką ,,Dottore’’ złowił w kolejnym dniu coraz rzadziej występującego w polskich wodach pięknego, prawdziwego złotego karasia. Do rekordu Polski sporo mu brakowało, ale i tak zżerała mnie zazdrość, bo mnie taka ryba trafiła się całe dziesięć lat temu.

STASZEK:
Oczywiście moje trofeum z częścią pozostałych ryb trafiło nad ognisko. Teraz jak prawdziwy łowca mogłem zasiąść przy ognisku, sycąc się swoimi zdobyczami i toczyć opowieści o mojej pierwszej rybie. I jak prawdziwi łowcy, do ryb zagryzaliśmy chleb pieczony w żarze ogniska.

FILIP:
Czterodniowy wędkarsko-survivalowy wypad okazał się być sukcesem, choć radość Staszka byłaby z pewnością większa, gdyby nie bojkot naszych przynęt, ogłoszony przez duże ryby. Wygląda jednak na to, że chłop złapał bakcyla, do czego przyczynił się prawie złowiony przez niego szczupak. Wielce prawdopodobne, że jeszcze tej jesieni zorganizujemy sobie kolejną eskapadę, rzecz jasna w równie (a może jeszcze bardziej?) spartańskich warunkach. Tym razem naszym celem będą wyłącznie drapieżniki, z nieśmiałym wskazaniem na szczupaka. Obiecujemy kolejną garść wspomnień! 

STASZEK:
W ostatni dzień, naszego wędkowania, wstałem wcześnie rano i zacząłem realizować swoje marzenia o wielkiej rybie. Wobler co chwilę szybował w powietrzu, aby z pluskiem opaść do wody. Dwa wolne obroty młynkiem (czyt. kołowrotkiem) i jeden szybki, i tak w kółko. Aż za którymś tam razem, kiedy przynęta przepływała koło trzcin, poczułem jakby branie. Odczekałem chwilę, a później zaciąłem. Szczytówka mojego teleskopu wskazywała, coś znacznie większego od drobnicy. Kiedy doholowałem zdobycz do drewnianego mostka, rozpoznałem charakterystyczną sylwetkę drapieżcy szczupaka. Pomny przestróg Mistrza, nie próbowałem tak dużej ryby podnieść na wędce z wody. Jednocześnie uświadomiłem sobie, że nie zabrałem ze sobą podbieraka. Zacząłem przywoływać swojego Mistrza, aby pośpieszył mi z pomocą. Powoli holowałem moją zdobycz wzdłuż podestu w stronę brzegu. Podziwiałem smukłą sylwetkę drapieżnika i jego szczęki. I w tym momencie popełniłem ogromny błąd (to ta część wiedzy, która mi wyciekła jak woda z gąbki), zamiast zaczekać na Mistrza, który już biegł do mnie z podbierakiem, postanowiłem sam wyciągnąć zdobycz z wody. W tym celu położyłem wędkę płasko na podeście, co spowodowało że do tej pory napięta żyłka zaczęła luźno zwisać z wędki. Mój szczupak tylko czekał na taki błąd. Machnął mi w podziękowaniu parę razy ogonem na pożegnanie. Przez chwilę stałem wpatrzony w toń jeziora w której zniknęła moja zdobycz. To zdarzenie było jak wyzwanie. Wiem, muszę tam wrócić. I chyba o to chodziło w tej pierwszej lekcji udzielonej mi przez Mistrza i Naturę.

FILIP
Wielkie dzięki dla Staszka, który choć dokucza mi wyzywając mnie od ,,mistrzów’’, okazał się wspaniałym kompanem i nieocenionym towarzyszem podczas biwaku. Mogę śmiało powiedzieć, że mój Przyjaciel z pewnością jeszcze niejeden raz mnie zaskoczy swoimi osiągnięciami (byle tylko nie wpędził w kompleksy rozmiarami swoich trofeów…).

STASZEK:
Bardzo serdecznie dziękuję mojemu Przyjacielowi i Mistrzowi od „moczenia kija” Filipowi, za skompletowanie sprzętu wędkarskiego, bezcenną naukę i wspólne chwile przy ognisku.


Uprzejmie informujemy szanownych Czytelników, że mimo survivalowego charakteru, cały pobyt i połów ryb odbywał się z zachowaniem wszystkich przepisów PZW (wykupienie licencji, wymiary i okresy ochronne, ilość wędek, sposób połowu itp.).

Filip „Wosman”, Staszek „Dottore”



Mistrz i jego skromne trofeum.


Uczeń i jego pierwsza ryba.


Uczeń i jego wielka ryba.


Mistrz sam dogląda piekących się ryb.


Uczeń szaleje w kuchni.


Do walki o żywność wytoczono ciężką artylerię

Brak komentarzy: