Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.eu

wtorek, 3 kwietnia 2012

Zimowy biwak eksperymentalny [Zima 2012]

STASZEK:
Prawie syberyjskie mrozy, które na przełomie stycznia i lutego zagościły w sporej części naszego kraju, stały się doskonałą okazją do przetestowania pewnych pomysłów. Jednym z nich miał być szałas z folii NRC (czyli obowiązkowego wyposażenia każdego turysty wyruszającego w góry nawet na jednodniowy spacer), ogrzewany nodią z dwóch pni. Pomysłem zaraziłem Mariusza, a na miejsce testów wybrałem włości Marka, zagubione w urokliwych Beskidach.

MARIUSZ:
Staszek, jako sprawdzony i niezawodny kompan naszych wspólnych survivalowych eskapad, nie musiał długo zarażać mnie tym i innymi wcześniejszymi pomysłami.
Po złapaniu (drogą telefoniczną po telefonie od Staszka) tydzień przed wyjazdem infekcji wywołanej survirusem dostałem gorączki przygotowań do wyjazdu. Typowe objawy to: obmyślanie tego, co mam zabrać, ewentualne przeróbki sprzętu (jak się okazało w 100% trafione i zwiększające komfort moich terenowych poczynań i wywołujące braki w śnie, na przykład poprzez nocne uzbrajanie kurtki w guziki do podpinki itp.) oraz występujący na końcu objaw w postaci spakowanego plecaka, ustępujący zazwyczaj po powrocie ;).
Żarty żartami, ale ważne jest, aby dobrze się przygotować na wszelkie możliwe zagrożenia w warunkach zawężających znacznie margines bezpieczeństwa w przypadku zaistnienia niesprzyjających okoliczności. Słusznie wspomina Staszek o folii NRC jako jednym z obowiązkowych elementów górskiego wyposażenia i to nie tylko w zimie. My, poza ekwipunkiem, mieliśmy również wsparcie ze strony Marka, który w razie czego służył nam pomocą.

STASZEK:
Na działkę Marka dotarliśmy około godz. 16, czyli o tej porze, w której turysta wędrujący zimą po górach, zaskoczony przez naturę perspektywą nieplanowanego biwaku, powinien już znaleźć odpowiednie miejsce na spędzenie nocy i zacząć zbierać materiał na ognisko i do budowy schronienia. Na miejsce naszego noclegu wybraliśmy skraj lasu, powyżej rozległej łąki. Pokrywa śnieżna była znacznie mniejsza niż na łące, ale lodowaty wiatr hulał prawie z taką samą siłą jak na otwartej przestrzeni. Mimo że termometry zawieszone na gałęziach drzew na wysokości około 1,5m nad powierzchnią gruntu zgodnie pokazywały tylko -20oC (liczyliśmy przynajmniej na temperaturę -25oC), to na skutek wiatru temperatura odczuwalna była co najmniej o 10 stopni niższa. Ja zabrałem się do odśnieżenia około 4m2 gruntu, potrzebnych do postawienia schronienia z trzech folii NRC, natomiast Marek z Mariuszem przystąpili do ścięcia dwóch uschniętych niewielkich olch obstukanych już przez dzięcioły. Po zakończeniu odśnieżania zabrałem się za rozpalenie ogniska, co niestety okazało się trochę skomplikowane, ponieważ większość uschniętych gałęzi pokryta była cienką warstwą lodu. Jednakże po usunięciu kory wraz z lodem, wnętrze okazało się suche. Udało się znaleźć również trochę bardzo cienkich gałązek świerkowych wolnych od lodu, które bez problemu zapaliły się od płomienia zapalniczki sztormowej. Niestety, ścięte drzewka okazały się zbyt wilgotne na sporządzenie nodii z dwóch pni, na której bardzo nam zależało. Nodia z dwóch suchych pni nałożonych na siebie po rozpaleniu nie daje płomienia, tylko żarzy się, roztaczając przez wiele godzin w miarę stałą ilość ciepła, ale znacznie mniejszą niż nodia sporządzona z kilku pni i paląca się płomieniem. Nodia z dwóch żarzących się pni, ze względu na wydzielaną małą ilość ciepła, wymaga spania w małej odległości od niej. Z tego względu świetnie nadaje się do ogrzewania małych szałasów. A taki właśnie planowaliśmy postawić.

MARIUSZ:
Po podziale obowiązków obozowych, wyposażony w składaną piłę i Staszkową supersiekierkę, przystąpiłem z Markiem do ścinki drzew. Ponieważ, jak zwykle, przestawiłem się w "tryb terenowy", starałem się maksymalnie zwracać uwagę na otoczenie i na wszelkie zagrożenia nie tylko ze strony ścinanych drzew, mimo że odpowiednimi cięciami i z określonym wcześniej kierunkiem upadku, ale też - jakże istotny przy niskiej temperaturze - problem zapocenia się podczas zbyt intensywnego wysiłku. W trakcie tych działań, robiąc co jakiś czas przerwy, po spadnięciu na jednego z nas (również częściowo za ubranie) z drzewa sporej ilości śniegu, wzmogłem czujność i poprawiłem ubranie, bardziej naciągając kaptur na głowę oraz zakrywając kieszenie patkami. W tym miejscu Staszek określił problem słowami, że "wilgoć jest wrogiem polarników" (do polarników nam jeszcze daleko - ale może następnym razem? :)). Niby dość oczywiste, ale poprawiając odzież znalazłem trochę śniegu w jednej z kieszeni kurtki, który szybko stopniałby w pobliżu ogniska, którym dogrzewaliśmy się dość często. Uchroniło to zapewne moją kurtkę przed częściowym zesztywnieniem, tak jak to się stało z rękawicami roboczymi, których nie oszczędzałem podczas wycinki i pod koniec trochę zamokły. Na mrozie szybko zrobiły się sztywniutkie, a potem suszyły się już spokojnie przy ognisku. Dodam, że ze Staszkiem mieliśmy dodatkowe pary rękawic (w tym nieprzemakalne), będące istotnym elementem wyposażenia w tych warunkach, gdyż praca na mrozie w mokrych rękawicach skończyłaby się po paru minutach. Za każdym razem przed zbliżeniem się do ogniska otrzepywałem się też maksymalnie ze śniegu z podanych wyżej powodów, uważając również na buty, aby nie były zbyt blisko ognia. Bezpieczny dystans sprawdzałem gołą ręką przy bucie, oceniając w ten sposób temperaturę.

STASZEK:
Ze względu na lodowaty wiatr miał to być szałas w kształcie litery C o boku 2m, otwarty od strony zawietrznej. Niestety, folie NRC okazały się zbyt mało wytrzymałe, aby przy ich użyciu i cienkiego sznurka sporządzić odpowiednie schronienie. Natomiast bardzo dobrze nadają się jako materiał uszczelniający i ekranizujący w szałasach zbudowanych z gałęzi. My w zapasie mieliśmy jednakże 3 plandeki budowlane, dzięki którym mogliśmy postawić szałas, bez dodatkowego chodzenia po lesie i szukania odpowiednich materiałów na szałas.

MARIUSZ:
Oczywiście plandeki okazały się wybawieniem i przy użyciu paru sprytnych węzłów (wiązanych gołymi rękami, niestety), m.in. Prusika do odciągów, pętli zaciskowej na kołkach i innych, zbudowaliśmy dość sprawnie schronienie w założonym przez nas kształcie. Stosując odpowiednie w poszczególnych miejscach węzły, ograniczaliśmy w ten sposób czas wystawienia gołych rąk na mróz, które i tak dość często rozgrzewaliśmy nad ogniem.

STASZEK:
Zanim postawiliśmy schronienie z plandek, próbowaliśmy chociaż trochę podsuszyć nad ogniskiem pnie ściętych drzew. Niestety, przy próbie rozpalenia z nich nodii okazało się, że na ich żarzenie się nie ma co liczyć. W grę wchodziła tylko nodia z wielu pni, paląca się płomieniem. A na takie ognisko nasze schronienie było trochę zbyt małe i w półzamkniętym szałasie ilość dymu wydobywająca się z wilgotnego drzewa dawała się we znaki.

Siedzenie w małym szałasie przy takim ognisku trochę przypominało siedzenie w piekarniku i jednocześnie wędzarni. Ponieważ zaczął padać śnieg i nadal wiał lodowaty wiatr, na przebudowę szałasu, czy też szukanie w tych warunkach bardziej suchego drewna, nie mieliśmy już ochoty. Sytuację podratował Marek, przywożąc nam trochę suchszego drewna, między innymi połówkę bardzo grubego pnia, która najpierw zaczęła palić się płomieniem, a później żarzyć.

MARIUSZ:
Po dostarczeniu przez Marka pniaka i po zaciągnięciu go (pniaka, nie Marka) na lince do miejsca naszego biwaku, rozpoczęliśmy eksperyment z suchym drewnem. Mieliśmy już za sobą parę godzin prób ze wspomnianymi wcześniej ściętymi pniakami. Było już dość późno i zacząłem się zastanawiać nad ewentualnymi skutkami spania w takich warunkach. Kilkakrotnie kładłem się na miejscu mojego ewentualnego noclegu na trochę już sztywnej od mrozu karimacie i oceniałem możliwości komfortowego i bezpiecznego spędzenia reszty nocy w naszym schronieniu. Przedstawiłem Staszkowi parę moich uwag dotyczących bliskości ognia i tańczącego wewnątrz schronienia dymu, sugerując ewentualne spędzenie reszty nocy u Marka. Starałem się przedstawić Staszkowi szereg zaobserwowanych niedogodności i ewentualnych zagrożeń. Staszek jednak postanowił dzielnie dokończyć eksperyment i zostać do rana. Uspokojony rozwagą Staszka i jego niezachwianą determinacją, było już grubo po północy, ostatecznie spakowałem do plecaka jeden ze śpiworów oraz karimatę. Zostawiwszy Staszkowi drugi śpiwór, docieplacz w postaci podpinki do poncha US oraz alumatę i drugą karimatę, ruszyłem w kilkukilometrowy nocny spacer do domu Marka, tzn. w kierunku zielonego światła, jak mnie poinstruował gospodarz :). Trasę przeszedłem delektując się spokojem śpiących gór. Po drodze rozmyślałem o różnych rzeczach i miałem cichą nadzieję, że Staszek wygasi jednak wędzarnię i uzbrojony we wszystkie śpiwory prześpi spokojnie noc do rana. Okazało się inaczej. Po dotarciu do domu Marka, gdy byłem jeszcze na schodach, zadzwonił Staszek, aby upewnić się, czy bezpiecznie dotarłem. Ponieważ nie zdążyłem się jeszcze rozebrać, więc na czas nie odebrałem głęboko ukrytego przed mrozem i włączanego tylko od czasu do czasu telefonu. Sprawę przejął Marek, informując Staszka o moim dotarciu do jego domu.

STASZEK:
Mariusz jednak nie chciał ryzykować opalenia sobie śpiwora, więc postanowił pójść spać do domu Marka. Ja, dzięki ognioodpornej płachcie biwakowej, nie miałem takich problemów. Dopóki gruby pień palił się płomieniem, leżałem na śpiworze z wsuniętymi do niego nogami. Kiedy płomień zgasł i drewno zaczęło się żarzyć, musiałem już cały wsunąć się do śpiwora i przysunąć moje legowisko bliżej ogniska. Rano obudził mnie telefon od Marka, który postanowił sprawdzić, czy jestem mrożonką, skwarkiem czy też wędzonką. Wkrótce razem z Mariuszem zjawili się przy ognisku i wspólnie zjedliśmy śniadanie.

MARIUSZ:
Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować, wzajemnie przypominając sobie o wyposażeniu, częściowo zawieszonym na drzewach. Marek jeszcze zwrócił nam uwagę, na cienkie, czerwone sznureczki, których używaliśmy. Nieopatrznie pozostawione w lesie, mogłyby być przyczyną zaplątania się w nie, czy chociażby udławienia się nimi piskląt ptaków, które zaniosłyby owe sznurki do gniazda. Po spakowaniu, obowiązkowo dokładnie uprzątnęliśmy teren i ostatecznie go skontrolowaliśmy, w ramach stałego punktu naszych survivalowych treningów. Następnie udaliśmy się do samochodu Staszka.
W ten sposób zakończył się kolejny eksperymentalny biwak.


Bardzo dziękujemy Markowi za dużą życzliwość i pomoc.
Mariusz i Staszek

MAREK:
Cieszę się, że "leśni goście" zakończyli bezpiecznie swoją zimową próbę. Ich przygoda świadczy o tym, że mroźny i surowy bór może być sprzymierzeńcem. Nawet gdy zbłądzimy podczas nocnych ciemności, możemy korzystać z jego dobrodziejstw. Górskie strumyki zaprowadzą nas w doliny... Nawet jeśli zabraknie nam sił na dalszą wędrówkę, a bateria telefonu się wyczerpie... Jeśli się potrafi i wie, jak można bezpiecznie spędzić noc...

Dziękuję wam, Mariuszu i Staszku, za zwrócenie uwagi na sznurki, o których, gdy jesteśmy zmęczeni i przemarznięci, wolimy nie pamiętać.
O problemie zabójczych sznurków można przeczytać na ornitologicznych stronach.

"Od wielu lat znaczna liczba bocianich piskląt traci życie przez śmiercionośne sznurki do snopowiązałek. Niewinnie wyglądające leżą na polu, skąd wraz z wyściółką zbierane są przez bocianich rodziców i zanoszone do gniazda. Wkomponowane w jego strukturę początkowo nie sprawiają zagrożenia dla ptaków, jednak sytuacja zmienia się po wykluciu piskląt. Młode wiercą się i rozpychają w gnieździe, doprowadzając do owinięcia niepozornie wyglądających sznurków wokół bocianich nóżek, powodując w większości przypadków śmierć piskląt.
Ptaki giną w dużych męczarniach, ponieważ owijające się wokół nóg sznurki najpierw odcinają dopływ krwi do kończyn, co prowadzi do ich opuchnięcia i okaleczenia, a w konsekwencji powoduje ich „amputacje”. Nawet jeśli jakimś cudem zwierzę przeżyje, to brak kończyny skazuje go na śmierć w późniejszych etapach życia. Nie jest on w stanie poradzić sobie podczas nauki latania, żerowania, czy długiej podróży, jaka go czeka."




Miejsce biwaku Mariusza i Staszka znajduje się niedaleko miejsca zwanego Piekłem. Piekło, bo dawno temu prowadził tamtędy stary trakt kupiecki i przez okoliczne bagna trudno było przejechać wozom i dostać się do innych krajów.

Pozdrawiam i do zobaczenia na górskich bezdrożach.



Miejsce naszego biwaku.


Po odśnieżeniu.


Próbujemy podsuszyć ścięte pnie.


Chałupa w całej okazałości.


Termometry wieczorem i rano pokazywały niezmiennie -20oC. Stale wiał też lodowaty wiatr.


Poranne śniadanie.


Mariusz w góralskim stylu próbuje złapać stopa do domu.

Brak komentarzy: