Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.com

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Zimowe spotkanie

Od mojej ostatniej relacji z survivalowego szkolenia minęło kilka miesięcy, więc nadszedł czas aby opisać któryś z survivalowych wyjazdów. Od kilku dni w moje strony zawitała zima. No może nie całkiem prawdziwa zima, bo śniegu mało, ale temperatura jest nie do pogardzenia. I właśnie moi Koledzy korzystając z zimowej aury, postanowili wybrać się w górskie ostępy leśne, aby poćwiczyć co nieco z survivalowych umiejętności. Postanowiłem do nich dołączyć w drugi dzień wieczorem. Jacek opisał mi przez telefon miejsce do którego mam dojechać, więc nie zaprzątałem sobie głowy nawigacją satelitarną, tylko ruszyłem z zapamiętanym w głowie opisem dojazdu do celu. Nieco ponad godzinę zajęła mi droga do wyznaczonej miejscowości. Odnalazłem leśną drogę w którą miałem skręcić i ruszyłem nią, wypatrując po lewej stronie małego budynku gospodarczego, a po prawej głównego budynku z zaparkowanymi samochodami. Wkrótce zobaczyłem po lewej stronie drogi mały budynek, ale po prawej nie było żadnego budynku, ani też samochodów. Więc pojechałem dalej. Leśna droga pokryta kilkucentymetrową warstwą świeżego śniegu, zrobiła się bardziej kręta i zaczęły się strome zjazdy w dół. Mimo zimowych opon i hamowania silnikiem mój samochód momentami tracił sterowność i dopiero wciśnięcie sprzęgła ją przywracało. Po przejechaniu kilku kilometrów dojechałem do jakiegoś przysiółka i wówczas zadzwoniłem do Jacka, aby upewnić się co do miejsca do którego miałem dojechać. Okazało się, że go minąłem. Główny budynek i samochody były trochę oddalone od drogi i z tego powodu nie dostrzegłem ich. Powrót tą samą drogą był niemożliwy.

Przyszedł więc czas na nawigację satelitarną. W GPSie miałem wgrane dwie mapy tego regionu. Wybrałem punkt docelowy i najszybszą drogę okrężną. Na ekranie GPSa wyświetlił się dystans 26 km. Nie zadowalało to mnie, więc zmieniłem odbiornikowi polecenie na wyszukanie najkrótszej drogi. Tym razem na ekranie pojawiła się odległość 16 km. To już było do zaakceptowania, więc ruszyłem według wskazań GPSa. Wybranie najkrótszej trasy okrężnej nie było najrozsądniejszym posunięciem, ponieważ wiodła leśnymi drogami i istniało ryzyko, że i na tej drodze napotkam bardzo strome podjazdy, na których przegram „walkę z Sir Newtonem.” :-) No cóż, jak survival, to survival. Nie wybierałem się przecież na nocleg do hotelu, tylko na spanie w dziczy. Więc tu, czy tam, nie robiło większej różnicy. Ale chęć pobycia w miłym towarzystwie była bardzo silna. Strome podjazdy oczywiście były, ale nie aż tak strome aby mój rozpędzony bolid nie zdążył na nie wjechać, zanim opony straciły przyczepność. Adrenalina też oczywiście była i bajkowe, zimowe krajobrazy również.

Wreszcie dojechałem do celu, o czym poinformowałem telefonicznie Kolegów. Wkrótce pojawił się Piotrek i poprowadził mnie do miejsca noclegu. Pierwsze co zobaczyłem, to ognisko oraz Jacka i Tomka. Później zostałem oprowadzony po zagrodzie, która była usytuowana w zakolu strumyka z krystalicznie czystą wodą i mnóstwem lodu do drinków. Piotrek wybudował komfortowy szałas w iście góralskim stylu. Jacek postawił na nowoczesność, testując Ducha (nazwa hamaka oczywiście) i swoją twórczość w postaci tarpa oraz innych pomniejszych rozwiązań. Natomiast Tomek wybudował duży szałas w kształcie igloo i oznajmił mi, że przygotował w nim również miejsce dla mnie. To był baaardzo miły gest, za co Ci Tomku baaardzo dziękuję. :-) W planach miałem spanie pod jednospadowym szałasem, zrobionym z zimowego poncha. Tomek również przewidział ogrzewanie szałasu w postaci nodii z dwóch żarzących się pni. Ponieważ mogliśmy korzystać tylko z powalonych drzew i pozrębowych resztek, więc niestety drewno które mieliśmy do dyspozycji było zbyt wilgotne na nodię z dwóch pni. Postanowiliśmy przed szałasem Tomka rozpalić nodię z kilku pni, palącą się płomieniem.

Uwielbiam mroźne, zimowe wieczory przy ognisku z gorącą herbatką z wkładem, pieczonymi kiełbaskami lub mięsem i z wesołymi rozmowami osób normalnymi inaczej. :-) Wreszcie przyszedł czas na spanie. Ponieważ moje miejsce w szałasie było nachylone, a ja w ten wieczór miałem już dosyć konfrontacji z Sir Newtonem, postanowiłem położyć się w bardziej poziomym miejscu u wejścia do szałasu. W ten sposób mogłem odwdzięczyć się Tomkowi za lokum, broniąc go własnym ciałem przed cierpiącymi tej zimy na bezsenność misiami, watahami głodnych wilków, podstępnych rysiami i rozjuszonymi dzikami. Po dostosowaniu topografii mojego ciała do topografii miejsca w którym leżałem, zasnąłem, wpatrując się w nodię. Podobno człowiek może bez końca wpatrywać się w płynącą wodę, płonące ognisko i jak szef wypłaca pensję. Budząc się w nocy na kolejne topograficzne badania, słyszałem równomierny, stereofoniczny sen Piotrka i Jacka. Nad ranem obudziła mnie najgorsza z możliwych sytuacji - potrzeba wyjścia z ciepłego, przytulnego śpiwora do „łazienki”. Przez pewien czas toczyłem wyrównaną walkę, ale w końcu się poddałem. Szok termiczny przegonił resztki snu i wraz z Tomkiem, który w nocy po zgaśnięciu nodii testował temperaturę minimalną śpiwora, zabraliśmy się za rozpalanie ogniska.

Później herbatka, kawka, śniadanko i trochę survivalowych eksperymentów. I niestety, trzeba było wracać do rzeczywistości.

Dziękuję Wszystkim za miłe towarzystwo.
Panu leśniczemu Andrzejowi dziękujemy za zgodę i wskazanie miejsca.

Staszek


Szałas Tomka i nodia

Góralski szałas Piotrka

Wiszące lokum Jacka

Magia ogniska

Śniadanie

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo sympatyczna relacja, Staszku - dzięki. Przy okazji umniejszyłeś nieco swoich zasług, bo udaną nodię zwdzięczamy Tobie :)

Tomek

Leszek LJM pisze...

Ale super relacja, strasznie zazdroszczę przede wszystkim zgranej ekipy, no i samego biwakowania...

Staszek pisze...

Dziękuję w imieniu swoim i Kolegów.

Staszek