Staszek

Staszek
staszek2000(malpa)ymail.com / zdybi(malpa)interia.com

środa, 16 listopada 2016

Kanapki, cygara i szlufki - czyli drobne patenty survivalowe

Bardzo lubię zimę w górach, ale taką z mrozem i śnieżnymi czapami na drzewach. Żadna inna pora roku nie potrafi tak bajkowo i różnorodnie urozmaicić górskiego krajobrazu. W żadnej innej porze roku nie doceniamy tak bardzo ogniska, jak właśnie w zimie. Po dniu spędzonym na brodzeniu w iskrzącym się śnieżnym puchu, ciepło i blask ogniska w połączeniu z kubkiem gorącego napoju i pieczonymi kiełbaskami, nadają mroźnym i długim zimowym wieczorom magicznego charakteru. W górach bywam często, zarówno prywatnie jak i służbowo. W zasadzie, to góry mam „za płotem”. Ze względu na wcześnie zapadający zimą zmrok, prawie wszystkie moje (a raczej nasze :-)) górskie wędrówki kończą się dopiero po wielu godzinach świecenia na granatowym niebie gwiazdozbioru Oriona. Powrót z gór często połączony jest z chaszczingiem, testem zmysłu orientacji i astronawigacją. Oczywiście, w plecaku zawsze czuwa w pogotowiu mapa, busola i GPS. Dopełnieniem zimowej wędrówki jest wspomniane ognisko (Fot. 1).

Fot. 1. Magia zimowego ogniska.

Ponieważ nie rzadko zdarza się, że wszystko co wystaje ponad pokrywę śnieżną i nadaje się do palenia pokryte jest lodem (łącznie z uschniętymi gałęziami w dolnej części koron drzew iglastych), a jedynym dużym narzędziem tnącym jest wiszący na moim pasie kilkunastocentymetrowy fixed, rozpalenie ogniska w takich warunkach trwa znacznie dłużej niż w lecie. O ile w ciepłej porze roku, nawet w deszczowy dzień, możemy bez większego problemu pozyskać suche drewno i rozpalić go małym zwitkiem brzozowej lub sosnowej kory, lub też zeskrobanymi wiórami wewnętrznego, suchego drewna (najlepiej przesączonego żywicą), o tyle w zimie rozpalanie nie jest już tak proste. Zeskrobywanie lodowej skorupy z gałęzi oraz zamarzniętych, zewnętrznych warstw mokrego drewna jest niestety czasochłonne i kłopotliwe. Takich zamarzniętych, wilgotnych gałęzi nie rozpalimy małym zwitkiem kory. Do tego potrzebny jest dużo większy zwój, który niestety zajmuje znacznie więcej miejsca w plecaku niż mały zwitek. Problem ten można rozwiązać poprzez wcześniejsze przygotowanie tytułowych kanapek i cygar. W poście dotyczącym sporządzenia kaganka z hubiaka i żywicy pisałem o użyciu kory brzozowej w połączeniu z żywicą drzew iglastych. Wędrując po górach warto z uszkodzonych drzew iglastych zeskrobać żywicę, a następnie zawinąć w korę pozyskaną z powalonych (!) brzóz. Z małych skrawków kory i okruchów żywicy sporządzamy zawiniątka przypominające kanapki (Fot. 2, dwa najmniejsze zawiniątka po lewej stronie). Do rozpalenia zamarzniętych, wilgotnych gałązek potrzebne są znacznie większe porcje kory i żywicy. Z dużych i grubych zwitków kory brzozowej robimy rulon, którego wnętrze wypełniamy sporą porcją świeżej żywicy (Fot. 2, dwa największe zawiniątka po prawej stronie). Do robienia cygar najlepiej nadaje się świeża żywica, ponieważ jest plastyczna i dobrze się klei do kory. W zależności od warunków atmosferycznych i stanu drewna stosujemy kanapki, bądź cygara. Po odwinięciu kawałka kory z kanapki lub cygara, ogień rozpalamy za pomocą krzesiwa (Fot. 3).

Fot. 2. Kanapki i cygara.

Fot. 3. Rozpalanie kanapki.


Od pewnego czasu w modzie są bransolety survivalowe. Oprócz paru metrów linki, taka bransoleta posiada również przydatne gadżety w postaci gwizdka, kompasu, krzesiwa i małego nożyka. Wszystkie wymienione drobiazgi w sytuacji survivalowej mogą okazać się bezcenne. O ile jednak korzystanie z kompasu, gwizdka, krzesiwa, czy też nożyka, nie stanowi żadnego problemu, to jednak korzystanie z linki nastręcza pewne trudności. Rozplatanie bransolety nie jest trudne i trwa tylko chwilę, ale jej zaplatanie wymaga już wprawy i czasu. A wykonanie tego w warunkach zimowych (sztywniejące na mrozie palce) może być kłopotliwe. Długość linki w bransolecie podyktowana jest rodzajem splotu oraz grubością naszej ręki. W przypadku odcięcia kawałka linki (np. do reperacji buta lub plecaka) może okazać się, że pozostała jej część jest zbyt krótka, aby powtórnie wykonać z niej bransoletę. Wymienione problemy z linką przyczyniły się do wymyślenia innego sposobu jej noszenia i wykorzystania. W ten sposób narodził się pomysł zrobienia z linki szlufki (Fot. 4, 5). Zaletą tego rozwiązania jest nie tylko bardzo szybki demontaż szlufki, ale również bardzo prosty i szybki sposób jej zakładania. Długość linki użytej do wykonania szlufki może wynosić od kilkunastu centymetrów do kilku metrów. Widoczna na fotografiach szlufka ma około 2 m długości. W przypadku potrzeby odcięcia kawałka linki nie musimy się martwić jej pozostałą długością. Na tak wykonanej szlufce można podwiesić, zarówno wysoko jak i nisko, różne akcesoria, na przykład łapawice (tak, aby wystawały spod kurtki).

Fot. 4. Szlufka z paracordu.

Fot. 5. Szlufka z paracordu w zbliżeniu.

Staszek

Alu, dziękuję za pomoc!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Fajny patent ze szlufką. Właśnie szukałem innego sposobu na przenoszenie linki

B-ski pisze...

Dodatkowo linka zapleciona w bransolecie noszona długi czas ciasno zapleciona (z wieloma zagięciami)i poddana zmiennym warunkom (zmoczenie, słońce) traci swoją wytrzymałość. Ja osobiście noszę zapas linki owinięty na pochwie noża. Bez bicia przyznam się, że barnsoletę też noszę :)